Archiwum autora: ks. Jacek Fijałkowski

Wizyta w szpitalu

Kilka dni temu byłem w szpitalu odwiedzić pewnego ciężko chorego człowieka. Nie znam go osobiście. Jest jednak szwagrem mojego przyjaciela, który prosił, bym poszedł z tych chorym porozmawiać, może wyspowiadać itp. Mam nadzieję, że będą dobre owoce tej wizyty. Jeśli nie uzdrowienie, to przynajmniej nawrócenie i przygotowanie na spotkanie z Panem.

Dziś przyszło mi do głowy pewne porównanie odwiedzania chorych w szpitalu, do uczestniczenia w niedzielnej Mszy św. Ja powiem szczerze, że nie lubię szpitali. Nie lubię odwiedzać chorych. To, że nie lubię, to nie znaczy oczywiście, że tego nie robię. Ale często wynika to z poczucia powinności. Czym bardziej osoba chora jest mi bliska, tym chętniej go odwiedzam. Człowiek, by odwiedzić kochaną osobę w szpitalu, jest gotów zerwać się z pracy, przejechać wiele kilometrów i ogólnie poświęcić dużo czasu. Moja mama podobno w pierwszym roku małżeństwa codziennie kilka godzin spędzała w pociągu, by odwiedzić mojego tatę przebywającego aktualnie na leczeniu. Zupełnie jest inna sytuacja gdy człowiekowi nie zależy na tej osobie, która w szpitalu przebywa. Ale jak widać spotkanie z bliską osobą zależy od tego, na ile jest ważna, na ile jest kochana itp.

Przekładając powyższe spostrzeżenia na relację z Bogiem i uczestnictwo w niedzielnej Mszy św., nie wierzę, że człowiek, który kocha Boga i twierdzi, że On jest dla niego ważny, nie znajdzie możliwości (a tym bardziej chęci) bycia na Mszy św. Jednakże nierzadko spotykam się z takimi osobami, które twierdzą, że są wierzące i Bóg jest ważny, a jednak tylko sporadycznie pojawiają się w niedzielę na Eucharystii. Ale to chyba nie da się pogodzić. Najwyraźniej tu brak wiary, albo związanej z nią miłości. Chociaż najbardziej prawdopodobnie brak świadomości tego, czym Msza św. i Komunia św. są.

Wracając na chwilę do punktu wyjścia tego wpisu, ja poszedłem do szpitala, bo mój przyjaciel jest dla mnie ważny. I głównie z jego powodu poszedłem odwiedzić jego szwagra. I dlatego szczególnie chciałbym, by Bóg mu pomógł. Pozostaje jednak modlitwa. I o tę modlitwę też proszę. Może razem wymodlimy cud uzdrowienia. Oby.

Powietrzem moim jest

Tytuł tego wpisu, to tytuł piosenki wielbiącej Boga. Ale w ostatnich dniach skojarzyłem sobie, jakie to prawdziwe i aktualne. Człowiek, podobnie jak nie jest w stanie żyć bez powietrza, czy oddychania, tak nie może żyć bez Boga. I to tego Boga, którego przyjmujemy do serca w Komunii świętej. Pan Jezus mówi: „jeśli nie będziecie spożywali Ciała Syna człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie”. Człowiek bez powietrza (czy tlenu) umiera. Podobnie umiera (przynajmniej duchowo) człowiek, gdy nie przyjmuje Eucharystii.

Można sobie wyobrazić pewną chwilę, gdy ktoś odetnie nas od tlenu, a my przeżyjemy. Ale na dłuższą metę, konsekwencje mogą być bardzo poważne, łącznie ze śmiercią. Podobnie jest i z utratą łaski uświęcającej (i niemożnością przyjmowania Komunii św.). Zawsze może się zdarzyć jakiś grzech. I chociaż to straszna rzecz, to jednak nie musi doprowadzić do takiej tragedii, jaką jest odłączenie od Komunii św. na dłuższy czas. Konsekwencje tego mogą być po ludzku nieodwracalne. A nawet, jeśli Bóg uzdrowi nas z konsekwencji grzechu, to i tak możemy przez całe życie odczuwać skutki tego grzechu. Bóg nieraz pozwala, byśmy je długo odczuwali, byśmy nigdy podobnych błędów i grzechów nie popełniali.

Szkoła

W sumie nie powinno nikogo dziwić, że na zakończenie wakacji, tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego piszę o szkole. Tyle tylko, że… możecie się zdziwić, z tego co tu napiszę, bo to jest zupełnie inaczej, jak się większości ludziom wydaje.

Dziś dowiedziałem się, że wszystko na to wskazuje, że w nadchodzącym roku szkolnym nie będę uczył w szkole. Tak to jakoś wyszło. Sam jeszcze do końca nie potrafię określić emocji, które towarzyszą przyjęciu tej informacji. Chyba się cieszę. Ale zaskoczenie, a także ileś pewnych (mimo wszystko) plusów związanych ze szkołą powodują brak mojej żywiołowej radości. Tak swoją drogą, to i tak chyba byłem jednym z nielicznych egzorcystów w Polsce, którzy uczą w szkole. Podobnie, jak jestem jednym z niewielu egzorcystów będących jednocześnie wikariuszem w parafii.

Ciekawostką, związaną z tytułem tego wpisu, jest coś innego. Wprawdzie nie będę pracował w szkole (raczej), to raczej będę pracował w Szkole. (sic!) A dokładniej w Szkole Nowej Ewangelizacji. Jest wstępna decyzja założenia Szkoły Nowej Ewangelizacji przy mojej parafii. Na jesieni planujemy zorganizować Kurs „Nowe Życie” i rozpocząć działalność. Wprawdzie wiele zgód już mamy (chyba na obecną chwilę wydaje się, że wszystkie potrzebne), to nie zdziwię się jeśli jeszcze jakieś kłody pod nasze nogi się dostaną. Ale jeśli to Boże plany, to „nic nie zdoła odłączyć nas od Chrystusowej miłości” i poprzez różne kursy (w tym to „Nowe Życie”) będziemy o tej miłości mówić. Bardzo się cieszę na tę myśl. Obecnie jeszcze pewne rzeczy rozeznajemy, zbliżamy się do konkretnych decyzji i ustalania pewnych konkretnych terminów.

Cóż… ciekawe to… Odejść ze szkoły, by mieć więcej czasu na pracę w Szkole. To tylko Bóg może tak wymyślić. On naprawdę jest „ciekawy” w swoich planach i w swoim prowadzeniu. Ja ze swej strony proszę o modlitwę. I już dziś zachęcam do udziału w kursach, które będziemy robili. Pewno to na początek będzie się powoli rozwijało. Ale właśnie potrzeba ludzi, którzy od początku (albo prawie początku) będą się w to angażowali.

Po wakacjach

Zastanawiałem się, od czego zacząć pisać na tym blogu po wakacyjnej przerwie.Tak na marginesie, to ja w sumie już od kilku tygodni pracuję na parafii, a jednocześnie w nadchodzącym tygodniu jeszcze jadę na pewne rekolekcje związane ze Szkołą Nowej Ewangelizacji. Więc trudno stwierdzić, kiedy u mnie jest (będzie) ten koniec wakacji/urlopu.

Chciałem napisać o spowiedzi i moich spostrzeżeniach, jak nieraz ludzie dziwnie do tego sakramentu podchodzą. Ale to może kiedy indziej. Dzisiejsza Ewangelia (podobnie jak i w kilka ostatnich niedziel) mówi dużo o Eucharystii. Kilka zdań z dzisiejszej perykopy, to jedne z najczęściej przeze mnie cytowanych. Ale już nie będę się rozpisywał, jak podejść do stwierdzenia Jezusa, że kto nie spożywa Jego Ciała, nie ma życia w sobie. To, co tu napiszę raczej się wiążę z opuszczaniem niedzielnych Mszy św. – np. z powodu urlopu.

Kiedyś słyszałem (chociaż nie wiem, czy to jest prawda, ale czasami o tym mówię), że w pierwszych wiekach Kościoła, gdy ktoś nie był cztery razy (z rzędu) na niedzielnej Mszy św. bez bardzo ważnego powodu, zostawał ekskomunikowany (czyli wyłączany ze wspólnoty Kościoła). I to nie tak, że biskup ogłaszał dekret ekskomuniki. Człowiek sam siebie ekskomunikował. Po prostu pokazywał dobitnie – tak sobie, jak i wspólnocie Kościoła, że obietnica życia wiecznego (o której Jezus mówi chociażby w dzisiejszej Ewangelii) nie jest dla niego taka istotna.

Po takiej ekskomunice, jak się nie mylę, gdy ktoś jednak chciał wrócić na łono Kościoła i czerpać z darów Bożych, musiał się zwracać do biskupa i oficjalnie, po odbyciu pokuty (najczęściej publicznej) mógł wrócić.

Nie wiem do końca, czy rzeczywiście tak było z tą ekskomuniką. Nie znalazłem o tym informacji. Ale tak sobie myślę, że może by się taka przydała, także i teraz. Boli mnie, gdy ludzie nic sobie nie robią z niechodzenia do kościoła. I przychodzą po długim czasie, jakby nic się nie stało. A czasami mają pretensję, że skupiam się na ich nieobecnościach na Mszy św. a nie na innych ich problemach (np. takich, które są dla nich ważne, ale w ogóle nie są grzechem). Być może gdyby wiedzieli, że notoryczna nieobecność na Mszy św. jest naprawdę problemem, to by inaczej podeszli do tego. Oczywiście boję się, że ileś ludzi w ogóle dałoby sobie spokój z wiarą. Więc może lepiej, że jest jak jest. A mi pozostaje pouczać i rozgrzeszać, mając cichą nadzieję, że może coś do nich dotrze. Ale nie ukrywam, że podejście wielu takich ludzi naprawdę mnie boli. Tylko uświadamiam sobie, że zapewne jeszcze bardziej boli Jezusa, który, by dać nam Eucharystię, jako pokarm potrzebny do życia i zbawienia, umarł za nas na krzyżu.

Jaki dobry i miłosierny jest ten nasz Pan!

Chwilka przerwy

Króciutko jestem w parafii (kilkanaście godzin). Ale podzielę się pewną refleksją. Może to, co tu napiszę jest przypadkiem, ale miałem ostatnio ciekawą sytuację.

Byłem na europejskim spotkaniu egzorcystów oraz modlących się o uwolnienie. Pewnego dnia, nie wiedzieć dlaczego, przestał mi działać samochód. Rozładował się akumulator i w sumie nie wiadomo dlaczego. A tego dnia chciałem samochodem podjechać na jedną z ważnych konferencji. Ponieważ zależało mi na działającym samochodzie (planowałem zaraz jechać w daleką drogę), więc trochę czasu zajęło mi szukanie pomocy. Ostatecznie na konferencję nie dotarłem. Jeden ze znajomych egzorcystów, zapytał żartobliwie, czy nie czułem w tej sprawie „siarki”. Odparłem, że w sumie czułem, że zły próbuje mieszać szyki.

Oczywiście – zapewne dużo w tym przypadku i nie do końca zadbania o sprzęt. Ale co powiedzieć na temat, że po kilku godzinach zatrzymał mi się zegarek, który dostałem jako prezent kilka miesięcy temu. Też nie jest jasne, dlaczego bateria się rozładowała, albo coś innego się wydarzyło. Wprawdzie wszystko można by spróbować zrzucić na upały. Ale może jednak w tym wszystkim jest głębsze dno. I zjazd egzorcystów może dużo wyjaśnić.

Rozmawiając ze znajomymi o tych wydarzeniach przypomniały mi się inne sprzed iluś lat. Pamiętam, jak kiedyś także rozładował mi się akumulator, gdy miałem jechać na ważne modlitwy dotyczące bardzo ciężkiego przypadku.

Natomiast pewna, inna, sytuacja miała miejsce przynajmniej kilkakrotnie. Kiedy miałem wydrukować na drukarce pewne ważne rzeczy – szczególnie dotyczące spraw duchowych – drukarka potrafiła odmawiać posłuszeństwa. W sumie nie wiadomo dlaczego. Jednakże po odpowiednich modlitwach, także związujących działanie złych duchów, drukarka zaczynała działać.

Wnioski? W sumie każdy może wyciągnąć swoje. Ja oczywiście jestem daleki od tego, żeby stwierdzić, że za każdą awarią działają jakieś złe moce. Ale wiele na to wskazuje, że jednak nieraz złe duchy mogą wpływać na świat techniczny.

Wyjaśnię jeszcze jedną sprawę. Nie każda awaria z drukarką, czy samochodem, zakończyła się po moich modlitwach. Nie zrzucajmy wszystkiego na złego ducha. Sami zadbajmy o stan baterii, akumulatorów i innego sprzętu. Jednakże oprócz własnego działania nie wykluczajmy tego, aby i w tak wydawałoby się błahych sprawach prosić Boga o pomoc.