Archiwum autora: ks. Jacek Fijałkowski

O miłosierdziu Bożym i o… samochodzie

Dziś wspomnienie liturgiczne św. Faustyny – apostołki Bożego Miłosierdzia. Już niedługo rozpocznie się Rok Miłosierdzia. Chciałbym tu się podzielić pewnymi refleksjami o miłosierdziu – o naszej grzesznej naturze, upadkach, ale i o powrotach do Boga.

Rozmawiałem kiedyś z pewną kobietą, która przestała chodzić do spowiedzi. Dlaczego? Zauważyła, że jej spowiedzi nic w niej nie zmieniają. Wpadła z tego powodu w duże poczucie winy. Tak bardzo się obwiniała, że jej się nie udaje walczyć z grzechem, iż stwierdziła, że nie jest godna stawać przed Panem Bogiem.

Czytaj dalej

SESA – co to jest?

Ponieważ w jednym z komentarzy pojawiło się pytanie o SESA i pewne sprawy z tym związane, to spróbuję niektóre kwestie wyjaśnić.

Szkoła Ewangelizacji Świętego Andrzeja (SESA) jest oczywiście związana ze św. Andrzejem Apostołem. Chyba nikt się nie łudzi, że ktoś w Meksyku zakładałby coś związane z naszym polskim świętym. Oczywiście on nie jest tylko nasz, ale świętym Kościoła Powszechnego. Więc jest szansa, że ileś osób w Meksyku kojarzy patrona Polski, ale chyba nie na tyle, by zakładać szkołę o zasięgu światowym, przyjmując za patrona św. Andrzeja Bobolę.

Dlaczego zatem św. Andrzej Apostoł? Czytaj dalej

Kurs „Nowe Życie”

Wreszcie mogę ogłosić:

Tworzymy Środowisko Nowej Ewangelizacji „Bartymeusz”, które niedługo będzie przekształcone w Szkołę Nowej Ewangelizacji współpracującą ze Szkołą Ewangelizacji Świętego Andrzeja w Meksyku (SESA).

Już dziś zapraszam na pierwszy organizowany przez nas kurs SNE (SESA) – „Nowe Życie”. To rekolekcje ewangelizacyjne, pomagające wejść w żywą relację z Bogiem. Ktoś, kto jeszcze tego nie przeżywał, to powinien uczestniczyć. Szczególnie, gdy ufa mi, że nie namawiam do błahych spraw. :). Informacje i ewentualne zapisy pod adresem: www.bartymeusz.pl/nowezycie.

Na wszelki wypadek wyjaśniam, że będziemy ten kurs robili na miejscu. Więc nie trzeba ponosić jakichś szczególnych kosztów noclegowych. Ewentualnie zostawić jakąś ofiarę na pewne poniesione koszty i jakieś posiłki na miejscu.

Skarb w naczyniach glinianych – czyli o chrzcie, życiu, a nawet seksie

Co chwilę w mojej głowie pojawiają się różne sprawy, które mógłbym opisać na blogu. Ale jakoś nie ma czasu, albo odkładam na później. Później jednak zapominam, co chciałem napisać. Pojawiają się nowe pomysły, ale znowu odkładam na później itd. itp. Staram się jakoś obserwować świat, wyciągać wnioski. Nie zawsze mógłbym się oczywiście podzielić, by nie być oskarżonym o złamanie tajemnicy spowiedzi. Bo jeśli nawet tego nie robię, to gdybym mówił o jakichś grzechach, mógłby ktoś stwierdzić, że zdradziłem tajemnicę… A to zupełnie nie tak. Tyle może tytułem wstępu, a przejdę do konkretnej myśli.

Ostatnio prowadziłem konferencję przedchrzcielną. Uczestnicy tej konferencji byli różni. Ale niestety byli i tacy, którzy żyją bez jakiegokolwiek formalnego związku ze sobą, co czyni ich niemalże niezdolnych do życia sakramentami. Ale mimo wszystko nic nie zwalnia ich z obowiązku przekazania wiary ich dzieciom. Troszeczkę inna sprawa dotyczy chrzestnych. Inna w tym sensie, że mają mniej kontaktów z dziećmi. A także dlatego inna, że o ile rodziców dla dziecka się na ogół (poza kwestią adopcji) nie wybiera, o tyle chrzestnych się wybiera. I albo ktoś się na bycie chrzestnym zgodzi, albo nie. (Chyba już kiedyś na tym blogu pisałem, że stwierdzenie, że dziecku się nie odmawia i dlatego nie można odmówić bycia chrzestnym, jest podejściem zabobonnym, a odmówić bycia chrzestnym można, a w niektórych sytuacjach nawet należy). Podjęcie się bycia chrzestnym jest odpowiedzialną decyzją. Kiedyś jako chrzestni będziemy przed Bogiem zdawali rachunek z tego, na ile dołożyliśmy wszelkich starań, by dziecko było wychowane po katolicku i otworzyło się na wiarę.

Niestety wielu chrzestnych nie ma nawet takiej świadomości. Wydaje się, że są potrzebni tylko na chrzcie, komunii i być może ślubie. A dodatkowo tylko do dawania prezentów. A prawda jest taka, że o dziecko i jego wiarę trzeba się troszczyć. Zapewne nikt dojrzały nie będzie w taki sposób brał do rąk niemowlaka, by mogła mu się zdarzyć jakaś krzywda (np., że wypadnie z rąk na podłogę, albo uderzy się o coś). Ale jak często rodzice i chrzestni z taką uwagę nie podchodzą do sfery duchowej dziecka. Święty Paweł pisał, że nosimy skarb w naczyniach glinianych. Łaska Chrztu Św. i związane z tym dziecięctwo Boże oraz włączenie w tajemnicę zbawienia jest ogromnym skarbem. Ale jakże często łatwo zniszczyć ten skarb, podobnie jak łatwo zniszczyć gliniane naczynie. A rodzice i chrzestni często tego nie rozumieją. Boją się, by dziecku się fizyczna krzywda nie stała, a ze sferą duchową tak delikatnie nie podchodzą. Trzeba zmienić podejście. Jest o co walczyć. Wiara dziecka jest skarbem i może stać się skarbem także dla rodziców. (Znam wiele przypadków, gdy rodzice dochodzili do wiary dzięki wierze dziecka). Ale trzeba o ten skarb dbać. I człowiek, który decyduje się na bycie chrzestnym, powinien mieć tego świadomość.

Dotyczy to nie tylko chrzestnych, ale także rodziców. Bo chociaż się ich nie wybiera, to jednak osoby podejmujące współżycie seksualne powinny wiedzieć, że już w tym momencie powinny troszczyć się o skarb, którym ich Bóg obdarzy, jako owoc tego współżycia. Jeśli współżycie jest tylko zaspokajaniem żądz, a nie wejściem w tajemnicę Bożego daru i dzieła stwarzania, to już na starcie można zrobić poczętemu dziecku krzywdę.

Podejdźmy zatem do życia jak do skarbu. Do swojego życia, do życia dziecka i życia chrześniaków. Niech nasza troska o dzieci będzie już od momentu decyzji o współżyciu, czy zgodzie na bycie chrzestnym, i trwa przez całe życie – a szczególnie do momentu osiągnięcia dojrzałości przez dziecko. Życie to naprawdę wielki skarb. Tylko uważajmy, by przez zbytnią lekkomyślność go nie zniszczyć.