Archiwum kategorii: Bez kategorii

Zaufanie

Przypomniała mi się pewna myśl z czasu kolędy. 
Nieraz młodzi ludzie nie biorą ślubu i mówią, że nie wiedzą, jak to będzie i nie chcą ryzykować. Ciekawe jest, że tacy ludzie nie widzą problemu wziąć wspólny kredyt na 30-40 lat. I się nie zastanawiają, że ryzykują. Nie wyobrażają sobie, że mogą się rozstać.
Jaki stąd wniosek? Jaka diagnoza? Brak wiary i zaufania Bogu. Gdyby bardziej Jezusowi ufali niż sobie, bądź pożyczonym pieniądzom, nie bali by się pobrać. Bo ci, którzy budują na Bogu, nawet w kryzysowych sytuacjach przetrwają. „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i Jego sprawiedliwości, a wszystko inne będzie wam dodane”. Także trwała małżeńska miłość.

Cyryl i Metody, a św. Walenty

Wczoraj świat głosił święto świętego Walentego. To o tyle ciekawe, bo kult świętych jest rozpowszechniony tylko w Kościele Katolickim i prawosławnym, a w tymże Kościele (przynajmniej katolickim) wczoraj było obchodzone święto Cyryla i Metodego – Patronów Europy. Ktoś celowo wprowadza w błąd, czy prawda jest inna?
Rzeczywiście 14 lutego jest dniem związanym ze św. Walentym – wszak to rocznica jego męczeńskiej śmierci. Podobnie jak 14 lutego jest rocznicą śmierci jednego z wczorajszych patronów. Nie jest jednakże prawdą, że św. Walenty, to głównie patron zakochanych, bo swoją opieką otacza przede wszystkim umysłowo i nerwowo chorych oraz epileptyków.
Spróbowałem się zastanowić, czy wczorajsi „prawowici” patronowie mają coś wspólnego z tym katolickim biskupem, którego patronem wczorajszego dnia uczynił cały świat poza Kościołem Katolickim. Jest to pytanie o to, co wspólnego mają działania ewangelizacyjne z zakochaniem (bądź chorobą psychiczną). Tak swoją drogą, to zakochanie z chorobą psychiczną ma ileś wspólnego. Nieraz ludzie potrafią być szaleńczo zakochani do takiego stopnia, że fiksują na punkcie osoby, którą darzą uczuciem. A jak to się ma do ewangelizacji? Niby nic. A jednak. Po pierwsze zakochanie jest okresem, który często przeradza się w prawdziwą miłość. Ewangelizacja natomiast jest zachętą dla człowieka, aby zwrócił się do prawdziwej miłości, którą jest Bóg. Po drugie znam wiele przypadków osób, które zaraz po zewangelizowaniu potrafią zachowywać się jak zakochani. Osoby takie bawią się jak małe dziecko, skaczą, tańczą a przede wszystkim pragną cały świat zdobyć dla Tego, który ich pokochał i którego na Nowo pokochali. Ich postawa nieraz naprawdę przypomina zakochanych. I powiem jeszcze jedno. Obiekt westchnień osób, które doświadczyły ewangelizacji, jest sporo piękniejszy i potężniejszy niż obiekt zakochania tych, którzy oddają cześć św. Walentemu.

Wyprawa

Obiecałem, to napiszę… Może to nie będzie nic nadzwyczajnego. Być może ktoś stwierdzi, że to nic wielkiego, a jeśli już, to przypadek. Ja natomiast wiem swoje.
Niedawno, w trakcie pewnej Mszy św. naszło mnie, by pojechać do pewnej miejscowości, do pewnego księdza. Nigdy tam nie byłem, a księdza raz z odległości widziałem i wiedziałem, że ma wiele łask od Boga – różne charyzmaty. Żeby być szczerym – to chyba te charyzmaty tam mnie ciągnęły. Chciałem prosić tego księdza o modlitwie w pewnej ważnej sprawie, która miała mieć miejsce następnego dnia w naszej wspólnocie. Ale – jak mówiłem – natchnienie pojawiło się w trakcie Mszy św.
Pojechałem – a dokładniej pojechaliśmy w kilka osób. Jedziemy na miejsce – mały kościółek na krańcu wsi, wokół jakieś budynki, ale zasadniczo nie ma żywego ducha.  Mówię o ludziach, bo niewątpliwie Duch Święty tam był :D. Było strasznie zimno. Nie bardzo dało się wysiedzieć w tym kościółku. Do nikogo nie dało się dostać. Cóż robić? Stwierdziłem: „może mi się tylko wydawało, że mam tam jechać?” Ale i tak wierzyłem, że ten wyjazd jest po coś i nawet jeśli nie spotkałem się z tym księdzem, to i tak obecny tam Bóg bardziej łaskawym okiem na mnie spojrzy i na moje modlitwy.
Wyszliśmy z kościółka, obeszliśmy dookoła wszystkie budynki i żadnych księży, ani zakonników nie zauważyliśmy. Mieliśmy zatem zaraz wracać do domu, po drodze wstępując do innego świętego miejsca. Spostrzegliśmy jednak ludzi, którzy powiedzieli, że do jednego księdza należy pójść wskazaną przez nich drogą przez las. Wyruszyliśmy… W zimnie, nieznaną drogą przy ściemniającym się otoczeniu szliśmy… 5 minut, 10, 15… ponad pół godziny. Doszliśmy do jakiejś kapliczki. Domu księdza jednak nie znaleźliśmy. Najwidoczniej pomyliliśmy drogi. Postanowiliśmy wracać. I to już definitywnie do domu. Po kilkudziesięciu kolejnych minutach drogi doszliśmy do kościółka, w którym właśnie zapaliło się światło w oknach. Kościół był jednak zamknięty. Próbowaliśmy wejść, ale się nie udało. Ale w momencie, gdy odwróciliśmy się na pięcie, by skierować się do samochodu, światło zapaliło się także na zewnątrz kościoła, a drzwi otworzył jakiś zakonnik. Gdyby to zrobił 2 minuty później, zapewne by nas tam już nie było.
Weszliśmy do środka. Po kilku minutach zaczęli schodzić się ludzie, a w kościółku ksiądz wystawił Najświętszy Sakrament do Adoracji. Sami nie wiedzieliśmy, co robić. Zimno, na dworze ciemno, a do domu daleko. Małe szanse, by dało się spotkać i porozmawiać z księdzem, do którego zasadniczo przyjechaliśmy. W duszy rozmawiam z Bogiem (albo sobą samym). „Panie, po co tu przyjechaliśmy?”. „Zobaczysz, poczekaj”. Zorientowaliśmy się, że niedługo ma być tam Msza św. A w duszy docierają do mnie kolejne myśli: „za 5 minut ksiądz wstanie, skończy się Adoracja, a Ciebie poproszą, abyś poszedł odprawiać Mszę św. „. Z zegarkiem w ręku za 5 minut tak właśnie się stało. Tyle tylko, że do odprawienia Mszy św. zachęcił mnie kto inny niż byłem wcześniej przekonany. 
Odprawiałem Mszę św. wraz z księdzem, do którego przyjechaliśmy. Po Mszy św. udało mi się pogadać z nim kilka chwil. Opowiedziałem mu o tym, co robię jako kapłan, o wspólnocie oraz historię tego, jak go szukaliśmy. Poprosiłem o błogosławieństwo, które otrzymałem. A on stwierdził… „nie… to na pewno nie był przypadek, że tu dotarliście”.
A Ty jak myślisz, drogi czytelniku? Bo ja to widzę, że Bóg tak prowadzi, abyśmy dotarli tam, gdzie On chce. On potrafi natchnąć do wyjazdu, pomylić nam drogi w lesie, by za wcześnie z niego nie wyjść, otworzyć na czas drzwi kościoła i dać to, czego potrzebujemy – czy to doprowadzić do ważnego spotkania, czy to pobłogosławić, czy też podtrzymać na duchu dając przekonanie w stylu: „dobrze, że tu jesteście”. Chwała Panu!

Bodziec

Pytanie retoryczne: „Jak sprawić, by po długim czasie pojawił się kolejny post na moim blogu?”. Podpowiem: odpowiedź w temacie posta. Może to wynika z mojej próżności i chciałbym wiedzieć, że komuś na tym zależy… 
To, że nie pojawiały się posty przez ponad miesiąc w dużej mierze jest jednak konsekwencją chodzenia po kolędzie. Ogłaszam wszem i wobec, że wizyta duszpasterska w naszej parafii w ostatnich dniach się zakończyła. Czy to znaczy, że będę więcej pisał? Nie wiem… powiem szczerze, że nawet wątpię. Tzn. może pojawi się coś częściej niż raz na 5 tygodni, ale kto wie… To, że skończyła się kolęda, wcale nie oznacza, że cierpię na brak zajęć. Iluś ludzi czekało na ten moment w moim życiu. I powiem szczerze, że w ostatnich dniach przestaję ogarniać terminy na kiedy z kim mogę się umówić, a ostatnio nawet – głównie z powodu zmęczenia, a także nie dogrania terminów – musiałem komuś odmówić spotkania. Nie mówiąc o spotkaniach, na które dopiero mamy się umówić z ludźmi, bo obecnie nie jestem w stanie. Żeby było jasne – bywają ważne spotkania, których się nie spodziewałem, (bo np. miałem wtedy inne plany), a które dochodzą do skutku (bo tamte inne plany zostały nie przeze mnie zmienione). Przypadek? Oj, nie… Po prostu zapewne to Bóg czuwa nad grafikiem moich zajęć i spotkań.
Tak to jest, że zazwyczaj nie wiem co pisać. Myśli mi dużo przychodzi do głowy i pewno gdyby to spisać, to wielu by się zadziwiło, jak ten Bóg działa. Tyle tylko, że nie zawsze da się to spisać. I jest ku temu kilka powodów. Niektóre doświadczenia działania Boga są bardzo moje i obawiam się, że ktoś mógłby poczuć, że piszę to pyszniąc się. Ktoś inny mógłby zazdrościć – a to też niekoniecznie musi być dobre. Chociaż często świadectwo człowieka może właśnie spowodować zazdrość, ale może też pociągnąć innych do Boga, z nastawieniem – „jeśli on tak ma, to ja też (chyba) mogę”. Ale tych spraw, które dotyczą bezpośrednio mnie (np. różnych proroctw mnie dotyczących, Słów, potwierdzeń) nie będę (przynajmniej na razie) opisywał.
Inny powód nie spisywania, tego co mi się w głowie pojawia, to fakt, że często takie myśli dotyczą konkretnych przypadków różnych osób. Wiedząc jednak, że przynajmniej dla części czytelników nie jestem anonimowy, osoby o których mógłbym pisać też mogą przestać być anonimowe. A to mogłoby podważyć podstawy dyskrecji, która jest ważna w tym, co robię.
Napiszę dziś króciutko o dwóch sprawach. Pierwsza – związana z tematem posta. Tak jak mi potrzebny jest bodziec do tego, by napisać coś na blogu, tak u wielu osób potrzeba solidnego bodźca, by coś ze sobą zrobić w życiu duchowym. Często to jest lęk lub strach. Nie jest to doskonała intencja powrotu do Boga. Jednak jeśli innych się nie wykorzystuje, albo nie ma tu odpowiedniej determinacji, to nieraz Bóg wykorzystuje taki sposób. Człowiek gdzieś w podświadomości sobie uświadamia, że warto wrócić do Boga, bo tylko w Nim nie ma lęku. Bo jak pisze św. Jan – „Bóg jest miłością” oraz „prawdziwa miłość usuwa lęk”. 
Druga sprawa. Albo nie… Nie napiszę teraz. Narzekacie czasami, że za długie posty pisuję. A innym razem, że nie piszę w ogóle. Spróbuję niedługo opisać pewien mój wyjazd. Jakby co, przypomnijcie, że mam o tym napisać. A na razie pozdrawiam 😀

Świat potrzebuje… Zbawiciela

Kilka dni temu oglądałem dużą część filmu „Superman: Powrót”. Oczywiście było o bohaterze oraz o miłości. Oto człowiek ze stali wraca po kilku latach przerwy, której powód nie był zbyt jasny – szczególnie dla zakochanej w nim po uszy Lois Lane. Wcześniej, zapewne w akcie desperacji, z powodu rozłąki, napisała ona artykuł pt. „Świat nie potrzebuje Supermana”, używając nawet stwierdzenia, że „świat nie potrzebuje zbawiciela”. Artykuł jest tak wspaniały, że dziennikarka otrzymała nagrodę Pulitzera. Pojawienie się Supermana, kolejna ochrona świata przed niebezpieczeństwem oraz ponowne ożywienie miłości ostatecznie doprowadza do napisania kolejnego artykułu. Tym razem zatytułowanego „Świat potrzebuje Supermana”. O potrzebie zbawiciela nie ma już mowy. 
Oglądając film zauważyłem, że dużo prawdy jest w tym filmie – a przynajmniej PRAWIE prawdy. Miłość Supermana i Lois, to prawie obraz miłości Boga i człowieka. Superman odszedł zapewne z troski o ukochaną. Ona jednak tracąc z oczu tę prawie prawdziwą miłość wchodzi w związek z wysoko postawionym krewnym szefa wydawnictwa, w którym pracuje. Wybiera namiastkę miłości, nie mogąc ujrzeć tej właściwej. Poczucie odrzuconej miłości prowadzi do buntu i nastawiania wrogo świata przeciwko tej prawie prawdziwej miłości. Wykorzystywane są ku temu media, a jednocześnie ktoś stojący u władzy mediów nadaje największą możliwą nagrodę za stwierdzenia typu: „zbawiciel nie jest potrzebny światu”. Jednakże Superman wraca, wybacza buntowniczce, pociąga ponownie do siebie, ratuje świat od zguby, narażając swoje życie. Jeszcze w to wszystko wpleciony jest wątek typu „kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca”. A na koniec stwierdzenie, że zawsze będę przy Tobie. I co? Mamy oto historię zbawienia i Ewangelię, w nowszej wersji. A przynajmniej PRAWIE Ewangelię.
Prawie robi jednak wielką różnicę. Bo jednak nie jest tu mowa o Jezusie, tylko o Supermanie. Wprawdzie film odkręcił słowa o braku potrzeby Supermana, jednak nie odkręcił słów o braku potrzeby Zbawiciela. Smutna prawda wynikająca z oglądania filmu jest taka – potrzebujemy bohaterów, potrzebujemy pomocy, szukamy miłości i za nią tęsknimy. Film jednak taki z założenia jest tylko piękną bajką. 
Jednakże w częściowym oderwaniu od filmu warto pamiętać najprawdziwszą prawdę – Mamy prawdziwego „bohatera”, który nieustannie obdarza nas miłością, pomaga nam wychodzić z tarapatów i zasadzek Złego, a także nieustannie jest blisko nas – i to nie jest bajka. A tym Kimś jest jedyny Zbawiciel każdego z nas – Jezus Chrystus, który jest najpełniejszym obrazem Ojca niebieskiego oraz Panem całego świata. I nawet, gdy Go nie zauważamy, nie powinniśmy buntować się i mówić, że jest nam niepotrzebny. Bo to wierutne kłamstwo. A świat – często przez media i wysoko postawionych ludzi – odciąga nas od prawdziwej miłości ku jakimś namiastkom, które ostatecznie zniewalają. Wmawia nam, że potrzebujemy różnych rzeczy, bądź bohaterów, a prawdziwego Zbawiciela już nie. Świat jednak potrzebuje Zbawiciela – Jezusa Chrystusa. Szkoda, że wielu ludzi nie ma tego świadomości, bądź świadomie Go odrzuca.