Archiwum kategorii: Bez kategorii

Rodzina a sponsoring

Niedawno słyszałem o rodzinie, w której jest taki układ, gdzie żona jest tak naprawdę tylko od gotowania, sprzątania, współżycia i ewentualnie opieki nad dziećmi. I … nic więcej. Zero bliższych relacji, niemalże zero praw. Dziś jakoś mi się przypomniała sprawa tej rodziny i doszedłem do pewnych wniosków.
Przyszło mi do głowy pytanie: „Czym ta rodzina różni się od coraz popularniejszego w świecie, czy Polsce sponsoringu?”. No… oczywiście – różni się – po pierwsze mają oni legalny (i to kościelny) związek. Po drugie mają dzieci, co w przypadku sponsoringu rzadko się zdarza.
Ale pojawiło mi się w głowie kolejne pytanie: „Dlaczego tak wiele ludzi nie bierze ślubu, a żyją razem bez tego ważnego sakramentu?”. I uświadomiłem sobie, że właśnie nie chodzi o rodzinę, a o sponsoring. Po prostu w wielu przypadkach nie ważne są bliskie relacje, nie ważna jest miłość, nie ważny jest bezinteresowny dar z siebie, czy też odpowiedzialność. Chodzi przede wszystkim o interes i szukanie korzyści. Facet woli mieć kobietę, która nie ma zbyt dużo własnych praw, a za niego zrobi sporo rzeczy – np. posprząta, ugotuje, zaspokoi jego potrzeby seksualne i ewentualnie pójdzie razem na spotkanie z innymi „układami sponsorskimi”. A jak się znudzi, to poszuka sobie innej. Po prostu wymieni kobietę na nowszy model, który tak jak wcześniejszy będzie tylko odpłatnym narzędziem w wygodnym życiu mężczyzny.
Troszkę inaczej w tym wszystkim wygląda rola kobiety. Też w tym wszystkim interes – by mieć „kogoś”, mieć dach nad głową, mieć złudne wrażenie, że jest się dla kogoś ważnym. A jak nie będzie pasować, poszukać nowego „pracodawcy”.
I to naprawdę nie ma wiele wspólnego z miłością – a po prostu z egoizmem. I nie ma co się dziwić, że taki układ nie wchodzi w związek małżeński, bo to z chrześcijaństwem po prostu nie ma nic wspólnego. Przedmiotowe traktowanie drugiej osoby i brak wzięcia odpowiedzialności, nie ma nic wspólnego z miłością. Tak, tak… Ktoś, kto dopuszcza możliwość odejścia od ukochanej osoby, tak naprawdę jej nie kocha. Tylko kocha siebie i swoją wygodę życia. I może lepiej, niech nie wchodzi w sakramentalny związek małżeński. Dopóki człowiek nie zdecyduje się realnie żyć po Bożemu, dopóty trudno mówić o chrześcijaństwie i sakramentach. Przecież jeśli nie ma decyzji życia prawdziwą Bożą miłością (i to nie tylko od święta), to nie powinien dostać rozgrzeszenia – bo to spowoduje w nim jeszcze gorszy stan niż wcześniej.
Brutalne to co tu napisałem? Pewno trochę tak. Może też częściowo przejaskrawiłem. Ale jeśli przeczyta to ktoś, kto żyje w związku niesakramentalnym, to niech się naprawdę zastanowi – czy chodzi o prawdziwą miłość, czy o interes, przy którym tylko niechęć stanięcia w prawdzie nie pozwala tego nazywać sponsoringiem, albo wręcz prostytucją. Niezależnie, jak to z Wami jest, to zachęcam do refleksji nad poniższymi zdaniami:
Starajcie się o większe dary:
a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą.

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
 
Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego.

Miłość nigdy nie ustaje.”
    (1 Kor 12,31; 13,1.4-5.8)

Do 'm…

Drogi (vel Droga) 'm!
Myślę, że nikt na tym blogu nie chce Cię zastraszać, bo chyba nie o to chodzi. Mój blog jest w dużej mierze opisem tego, jak widzę działającego wokół mnie Boga. Nie zawsze widać Go bezpośrednio. Ale są takie teksty, w których można się przekonać, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. Mogę pewne fragmenty streścić i pokazać pewne rzeczy, które bardzo pomogły mi mocniej uwierzyć. Część z nich pojawiła się na stronach tego bloga w listopadzie 2010 r. 
W poście pt.: „Przeczytaj, jeśli chcesz uwierzyć…” napisałem o pewnych sprawach związanych z narodzinami mojej bratanicy. Oczywiście – można stwierdzić, że przypadek, że moja bratowa poczęła córeczkę, kilka dni po potwierdzeniu przez Boga wcześniejszej zapowiedzi. Może być przypadkiem, że osoba, która przez kilka lat nie może zajść w ciążę, kilka dni po zapowiedzi, że to się stanie, rzeczywiście doświadcza tego pięknego cudu. Tyle tylko, że bardziej niż Ty nie wierzysz w Boga, ja nie wierzę w takie przypadki. Tym bardziej, że po ziemi chodzi co najmniej kilkoro dzieci, z których poczęciem był problem i za które m.in. ja się modliłem. Niektóre takie dzieci były poczęte bardzo krótko po mojej modlitwie wstawienniczej nad matkami, bądź ojcami. Za dużo takich „przypadków”.
Kolejne sprawy ugruntowujące moją wiarę mogłyby być uznane za straszenie, bo dotyczą moich relacji z osobami opętanymi. Troszkę o tym temacie wspomniałem w poście: „(Nie) Wszystko mi wolno”. Samo opętanie jest sprawą, której nie da się wytłumaczyć z czysto naukowego spojrzenia. Pojawia się tu kwestia ogromnej siły człowieka, umiejętności mówienia w językach nigdy nie używanych przez daną osobę. Do tego przykładowo sprawa samochodu, który się zepsuł niewiele czasu przed wyjazdem do egzorcysty z osobą opętaną. Na szczęście Bóg w tych przypadkach przychodził z pomocą. I to co się wcześniej popsuło, zostawało naprawione – czy to niby samoistnie, czy przez „przypadkowo” znajdujące się w okolicy osoby.
Inną rzeczą jest kwestia błogosławienia osoby opętanej – bez jej wiedzy, za jej plecami. Dlaczego osoba, która nie ma szans widzieć, że ją błogosławię, w pewnym momencie zaczyna czuć ogromny ból, który ją niemalże w pół wygina? 
A taką sytuacją, która najbardziej do mnie przemówiła, to wypomnienie przez osobę opętaną, moich grzechów z przeszłości. I to grzechy bardzo konkretne, bardzo mnie charakteryzujące, po części bardzo wstydliwe. Nawet, gdyby niektórych grzechów ta opętana osoba mogłaby się domyślać, to o części nie mogła mieć pojęcia. Skąd wiedziała? Przecież w książkach tego nie wyczytała, a psychiatria też nie jest w stanie takie rzeczy wyjaśnić…
Dla mnie jest pewne, że jest szatan, że możliwe jest opętanie, ale także, że jest Bóg, któremu Chwała, że jest nad tym wszystkim. I nie chodzi o to, by straszyć niebezpieczeństwem ludzi. Ale powiedzieć – „Jest ktoś, kto chce Cię od tego wszystkiego, co Ci grozi, uratować. Tylko pozwól Mu na to”.

Jak to z uczniami bywa

Już nieraz dawałem do zrozumienia, że jedną z cięższych rzeczy, które wykonuję, jako kapłan, to bycie nauczycielem religii w szkole. Ciężko się prowadzi lekcje. Nieraz nie daje się w ogóle prowadzić. Już nieraz zauważyłem rolę modlitwy w tej sprawie. Zauważyłem, że jeśli przed lekcjami odmawiam modlitwy uwolnieniowe – związujące działanie złych duchów, na lekcjach pojawia się większy spokój. Chociaż to różnie bywa, ale brak modlitwy często powoduje, że na lekcji bywa naprawdę ciężko.
Taką ciekawostką może być to, że klasy, z którymi było ciężko, troszkę się ostatnio uspokajają, a inne klasy pogarszają swoje zachowanie. Pewnym wyjaśnieniem tego zjawiska może być ilość i rodzaj modlitwy. Chyba bardziej i konkretniej modliłem się za klasy te trudniejsze, a te pozostałe klasy chyba aż tyle modlitwy nie potrzebowały. A przynajmniej tak mi się wydawało i teraz widać efekty.
Aby było jasne wyjaśnię, że w miarę systematycznie (chociaż nie codziennie) modlę się za swoich uczniów, także za nauczycieli w mojej szkole. Pojawić się jednak może pytanie, czy to coś daje. Myślę, że tak. Przede wszystkim potwierdzeniem są wspomniane przeze mnie zmiany postawy uczniów – chociaż do warunków w miarę normalnych dużo jeszcze brakuje. Dziś też jedna z nauczycielek, która do tej pory widząc mnie zawsze odwracała głowę, dziś spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i powiedziała „Niech będzie pochwalony”. Szkoda, że nie dokończyła, ale chyba już połowa sukcesu. Mogłoby też coś się zmienić z pewną nauczycielką, która nieraz zakłada jako biżuterię „Oko Horusa” – znak księcia ciemności. Ale może jeszcze nie czas.
Zmienia się także chyba coś w uczniach, albo przynajmniej jakoś pęka. Otóż dziś w dwóch różnych klasach, zupełnie różne osoby, zapytały mnie o tematykę eksterioryzacji – czyli wychodzenia z ciała. Może to przypadek, może nie. Ale prawda jest taka, że w tym działaniu wykorzystuje się nadprzyrodzoną moc, która nie pochodzi ani od człowieka, ani od Boga (przynajmniej w bezpośrednim znaczeniu). Wyjaśniłem, że to działanie niestety jest dosyć prostą drogą do zniewolenia, a nieraz i do opętania. Jedna z tych osób powiedziała, że próbowała tego, a wie, że sporo innych osób też to robi. Gdy powiedziałem o tej możliwości zniewolenia, chyba się przestraszyła. Przyznała też, że ostatnio ma różne koszmary w nocy itp. Czy po tej rozmowie zmieni swoje życie? Nie wiem. Ale sam fakt, że ludzie zaczynają się przyznawać do pewnych rzeczy jest dla mnie znaczące. Po pierwsze – może to być oznaka, że coś się zaczyna łamać i może warto odpowiednio pokierować, by doprowadzić do wolności. A po drugie – naprawdę nie ma co się dziwić, że zachowanie uczniów na lekcjach jest takie, jakie jest, a modlitwa uwolnieniowa w tym wszystkim na pewien czas pomaga.
Trudna jest rola księdza-katechety. Ale jakże ważna. I chociaż wiem, że za dużo tych uczniów sam nie nauczę, to być może moim zadaniem jest przynajmniej za nich się modlić, a w miarę nadarzającej się okazji być narzędziem Boga i odpowiednio pokierować.

Refleksje o uzdrowieniu

Niedawno słuchałem konferencji o. Fabiana Błaszkiewicza. Dotyczyła ona życiu po uzdrowieniu przez Jezusa. Podzielę się pewnymi refleksjami „z okolic” tej konferencji – tzn. trochę wzięte z niej, a trochę z moich przemyśleń.
Coraz modniejsze jest uczestniczenie w modlitwach o uzdrowienie. Można zadać sobie pytanie dlaczego. Oczywiście – gdy mamy do czynienia z kwestią uzdrowienia fizycznego, z poważnej choroby, to nie ma co się dziwić. Po pierwsze – widoczny znak uzdrowienia bardziej przemawia do ludzi i może pomóc bardziej uwierzyć. Po drugie wielu ludzi mówiąc o zdrowiu, myśli tylko o tym fizycznym.
Jednakże sporo częściej Jezus dokonuje uzdrowienia wewnętrznego. Dlaczego? Sfera duchowa jest sporo ważniejsza, niż fizyczna. Co oczywiście nie oznacza, że możemy lekceważyć ciało – co by nie mówić, to jednak jest nam dane przez Boga i jest świątynią Ducha Świętego, który w nas mieszka. Jednakże zdrowe ciało na nic nam się nie zda w dłuższej perspektywie, jeśli nie będziemy zdrowi duchowo i wewnętrznie. Lepiej przecież bez oka, czy ręki wejść do Królestwa Niebieskiego, niż z całym i pięknym ciałem pójść ku potępieniu. Często także uzdrowienie wewnętrzne jest podstawą do uzdrowienia fizycznego. Wiele bowiem chorób fizycznych ma podłoże psychiczne lub duchowe.
Jezus będąc także na ziemi – 2000 lat temu – uzdrawiał głównie dusze ludzkie. Nawet, gdy był widoczny znak uzdrowienia fizycznego, to głównie po to, by wielu ludzi bardziej uwierzyło w Jezusa i nawróciło się. Dzięki temu wzrastała chwała Boża wśród ludzi i więcej osób mogło doświadczyć zbawienia. Takim wzorcowym przykładem może być scena uzdrowienia paralityka. Wtedy to Jezus zanim kazał wstać i pójść z łożem do domu, odpuścił wpierw grzechy choremu. I chociaż takich scen w Piśmie Świętym za dużo nie znajdziemy, to jednak zapewne tak przebiegał proces uzdrawiania przez Jezusa w większości przypadków.
Mówiąc jednak o uzdrawianiu, można zadać pytanie, dlaczego nie wszyscy doświadczają uzdrowienia fizycznego, a nawet wewnętrznego. Pierwszą odpowiedzią jest to, że Boży plan jest inny, niż nam by się wydawało, jaki powinien być. Druga sprawa, to kwestia naszego trwania w grzechu, lub obstawianiu przy swojej wizji tego, jak Bóg ma działać. Powoduje to, że mocno ograniczamy szansę działania Boga względem nas.
Kolejna sprawa, to pytanie, czy w ogóle mamy świadomość, że jakiegoś uzdrowienia potrzebujemy. Bóg na siłę czegoś za nas i dla nas nie będzie robił. Ważną rzeczą jest uświadomić sobie, co jest nam potrzebne i o to prosić.
W tym wszystkim nie można jednak zapomnieć o pewnej ważnej rzeczy. Bóg nie jest Bogiem przypadku. W Nim i Jego działaniu zawsze jest cel. I dlatego prosząc Jezusa o uzdrowienie, trzeba mieć świadomość, po co On to ma zrobić. Do czego nam jest potrzebne uzdrowienie? Oczywiście – można powiedzieć, że chcemy bardziej chwalić Pana Boga – no… bez tego to się nie obędzie. Ale często ten powód powinien być bardziej konkretny. Trzeba sobie zadać pytanie, do czego planuję wykorzystać to, co Bóg mi daje. Jeśli ma zaspokoić tylko moją ciekawość, albo spowodować, że przeżyję to emocjonalnie, a potem zapomnę, to nie dziwię się, że Bóg może takiego uzdrowienia (czy w ogóle upraszanej łaski) nie dać. 
Pewną sprawą z tą związaną jest zadanie sobie pytania, co ja zamierzam zrobić zaraz po uzdrowieniu. Bo to też kwestia celowości uzdrowienia. To jest o tyle ważne, by na przykład stwierdzić, czy Bóg mnie uzdrowił. Jezus naprawdę dużo osób uzdrawia, tyle tylko, że nie wszyscy mają tego świadomość. Po prostu najczęściej nie wierzą w możliwość uzdrowienia. A jeszcze częściej nie dają Bogu szansy, by potwierdziło się uzdrowienie.
Często człowiek jest uzdrowiony, a żyje, tak jakby nie był. O. Fabian daje przykład chłopca, którego bolał ząb. Bojąc się dentysty zaczął jeść potrawy zębami z drugiej strony ust. Trwało to sporo czasu, tak, że stało się to regułą. Ból zęba jednak tak się nasilił, że wizyta u dentysty była konieczna. Po tej wizycie ząb został naprawiony i uzdrowiony. Jednakże chłopiec nadal jadł tą drugą stroną, tak jakby stan chorobowy nadal miał miejsce. 
I tak jest często z nami. Jezus nas uzdrawia, a my nadal żyjemy, tak jakby tego uzdrowienia nie było. Wiedząc jednak po co nam uzdrowienie i co chcemy dzięki niemu czynić, powinniśmy dać Bogu szansę i zacząć żyć, tak jak by to uzdrowienie miało miejsce. Najczęściej nie przekonamy się, że Bóg nas uzdrowił, dopóki nie spróbujemy żyć, tak jakby uzdrowienie miało miejsce. Przykładowo człowiek nie przekona się, że Bóg uzdrowił jego nogi, gdy nie spróbuje na nich stanąć, czy wręcz się przejść.
Zatem, moi drodzy, módlmy się o uzdrowienie, prośmy o takie modlitwy. Ale także dajmy Bogu w tym wszystkim szansę. Najpierw uświadommy sobie, że potrzebujemy uzdrowienia, po co ono nam jest i co planujemy po tym uzdrowieniu robić. Potem poddajmy się modlitwie, a następnie z wiarą podejmijmy to, co zaplanowaliśmy po uzdrowieniu. W tym wszystkim nie zapomnijmy jednak, że chwała Boża jest ważniejsza niż nasze zdrowie. I poprzez modlitwy wielbiące oraz składanie świadectwa wychwalajmy Boga tak mocno, jak tylko potrafimy.

Miesiąc później – wspomnienie

Moja mama, Alicja, odeszła do Pana dokładnie miesiąc temu, 18 października, o godz. 6.00. Czas na zapowiadane wcześniej refleksje z tego, jak przeżywałem umieranie mamy i tego, co działo się dookoła.
Mama miała kłopoty zdrowotne już od długiego czasu. Mniej więcej 20 lat temu miała mieć pierwszą operację na sercu, ale wtedy się nie zgodziła, bojąc się osierocić dzieci w dosyć młodym wieku. Od tego czasu przeżywała różne operacje i zabiegi związane z sercem – m.in. wymiana jednej z zastawek, wszczepienie stymulatora serca, ablacja. Do tego leczone były inne części organizmu – np. wycięcie guza na nadnerczu. Ogólnie ze stanem zdrowia mamy było nie najlepiej od wielu lat i nieraz bywała w szpitalu. Dlatego też chyba jakoś za mało w nas było świadomości niebezpieczeństwa śmierci mamy, podczas październikowej operacji. Po prostu chyba się jakoś uodporniliśmy na informację o słabym stanie zdrowia mamy, licząc, że kolejny raz będzie dobrze.
To, że operacja była niemalże konieczna, to wiedziałem także od pewnego kardiologa (czy też kardiochirurga), który w szpitalu na Banacha prowadził i badał mamę, a jednocześnie jest moim parafianinem i systematycznym uczestnikiem odprawianych przeze mnie Mszy św. Wydolność serca mamy była bardzo mała. Potrzeba było wymienić jedną z zastawek, a poprzednio wymienianą poprawić. Dopiero po operacji dowiedziałem się, że tak naprawdę, to wymieniali mamie wszystkie 3 zastawki.
Mama zdecydowała się przechodzić operację w Instytucie w Aninie, czyli tam, gdzie przechodziła poprzednie operacje na sercu. Zawiozłem ją tam w Święto Archaniołów – 29 września. Bardzo szybko okazało się, że operacja musi być wykonana w ciągu kilku dni. Pojawiła się nasza wzmożona modlitwa. Odprawiłem w międzyczasie kilka Mszy św. w intencji mamy, byłem na kilku Mszach i modlitwach o uzdrowienie. Prosiłem także o wspólną modlitwę osoby, które mają różne dary charyzmatyczne. W trakcie modlitwy jedna z tych osób, której ufam w kwestii rozeznania, poczuła przynaglenie do modlitwy za lekarzy. Jak się później okazało, ta modlitwa mniej więcej dwukrotnie się przydała. Na końcu wspólnej modlitwy ta sama kobieta dostała takie słowa: „skąd nadejść ma dla mnie pomoc, pomoc moja od Pana”. Z tego zdania miało wynikać, że wszystko się pozytywnie zakończy. Miałem przekonanie, że ogólnie będzie trudno, ale Pan ostatecznie pomoże. 
To przekonanie towarzyszyło mi dosyć długo – nawet jeszcze po śmierci mamy. Ufałem do końca, że mama przeżyje. Nawet, gdy się okazało, że po pierwszej operacji trzeba było zrobić drugą. Nawet, gdy w piątek (2 dni po operacji) stan mamy był na tyle tragiczny, że trzykrotnie trzeba było przywracać życie mamy przez reanimację. Lekarze nie wiedzieli, jak pomóc. W tamtym czasie informacja o modlitwie rozeszła się po wielu ludziach – także kilku parafiach. Modliły się chyba setki osób. W tamten piątek około godziny 15, gdy modliliśmy się na Koronce przyszły mi słowa, które wzywały do wiary oraz wskazywały na uzdrowienie. Mniej więcej o tej porze stan mamy zdecydowanie się poprawił. Chociaż mama cały czas nie odzyskiwała świadomości, a jej stan był ciężki, to jednak był dosyć stabilny.
Tak działo się do świtu w poniedziałek. Wtedy to zaczęło gwałtownie spadać ciśnienie. Lekarze nie potrafili tego wytłumaczyć. We mnie cały czas była nadzieja, na wyzdrowienie mamy. Nawet wtedy, gdy wieczorem zadzwoniono ze szpitala, by przyjechać się pożegnać z mamą, bo to ostatnie chwile jej życia. Ja wtedy byłem na rekolekcjach kapłańskich, na szczęście niedaleko Warszawy. Ponieważ nie miałem samochodu, więc poprosiłem znajomego księdza, by ze mną pojechał. Na salę pooperacyjną weszliśmy my dwaj, wraz z moim bratem. Modliliśmy się, wierząc, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Później, po śmierci mamy, tamten ksiądz przyznał, że słyszał wewnętrznie takie słowa „pozwólcie mi odejść”. 
Mama zmarła we wtorek rano. Okazało się, że konieczna była sekcja zwłok mamy, bo lekarze nie potrafili stwierdzić, co się z mamą stało przez te ostatnie 24 godziny. Do dziś nie wiem, jaki jest wynik tej sekcji, ale trzeba będzie się jeszcze dowiedzieć.
Śmierć mamy, nie przekreśliła mojej nadziei w pomoc Pana. Chociaż może wydawać się to mocno dziwne, to ja stale wierzyłem, że to jeszcze nie koniec. Okoliczności związane z sekcją zwłok wydały mi się, że są dobrą okazją, by się modlić o… wskrzeszenie. Tym bardziej, że naszło mnie przekonanie, że należy modlić się o to za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II. Wszak w jego wspomnienie miała być pochowana mama. 
Poprosiłem kilka zaufanych osób o to, by się w tej właśnie intencji modlili wraz ze mną. W dzień sekcji, gdy trzeba było zawieźć ubrania oraz zidentyfikować zwłoki, poprosiłem, by brat mnie zabrał ze sobą z rekolekcji. Tego dnia rano poznajdowałem różne słowa z Pisma Świętego, które mówiły o cudach Jezusa, o wskrzeszaniu, ale także o tym, że modlitwy w pewnych warunkach zostaną wysłuchane. W jednym z fragmentów też Jezus mówił, że Jego uczniowie będą robić takie same rzeczy, a nawet większe, niż On. Dodatkowo na modlitwie przypomniała mi się scena z księgi Ezechiela, gdy prorok ożywia umarłe kości. Zebrałem te wszystkie modlitwy ze sobą, poczytałem, rozważałem i stwierdziłem, że nie ma przeciwwskazań do tego, by Bóg mamę wskrzesił po naszych modlitwach. Na miejscu, nie widząc jeszcze ciała mamy, modliliśmy się z bratem na różańcu. Gdy na końcu zacząłem cytować jedną z modlitw Ezechiela, zerwał się ogromny wiatr. Tyle tylko, że po liściach drzew zupełnie nie było go widać. My jednak namacalnie czuliśmy. Potem sytuacja powtórzyła się już nad otwartą trumną mamy. Czułem taką ogromną moc modlitwy, że nie pamiętam, kiedy tak było. Ciało przechodziły takie ogromne dreszcze (ciary), że … (nawet nie wiem jak to określić). Podobne odczucie miał mój brat. W którymś momencie usłyszał on w sercu takie słowa „zabieram mamę do nieba”. Te ciary jeszcze się nasiliły. A potem modlitwa zaczęła się uspokajać. Jeszcze przeszła mi przez myśl scena Eliasza wstępującego do nieba. W tamtej scenie płaszcz proroka spadł na Elizeusza. A jednocześnie, zapewne, według prośby tego ostatniego na niego spadły dwie części ducha Eliasza. Miałem takie przekonanie, że na nas zstępuje Duch Święty – nie tylko naszej mamy, ale niemalże wszystkich świętych.
Pojawił się taki ogromny wewnętrzny pokój w sercu i poniekąd radość. Bóg zabrał mi przekonanie, że mamę wskrzesi tu na ziemi, ale dał pewność, że mam orędownika w niebie. Dał także pomoc w postaci Ducha Świętego. Dzięki temu mogłem dosyć spokojnie przeżyć pogrzeb mamy oraz Mszę świętą z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie – która miała miejsce tego samego dnia. Widzę też i czuję, że to wszystko towarzyszy mi także po dzisiejszy dzień.
Podzielę się jeszcze pewną refleksją. Mój spowiednik zapytał się, jak to było z tym pomysłem modlitwy o wskrzeszenie. Jakie było źródło tego natchnienia? W trakcie odpowiedzi na początku stwierdziłem, że może jednak moje – wszak takie było moje pragnienie. Jednakże w trakcie tej samej wypowiedzi doszedłem do wniosku, że mógł to natchnienie dać także sam Bóg. Rok temu, gdy umierała Monika Brzoza, chodziło mi po głowie, by się modlić o wskrzeszenie. Ale nie zrobiłem tego, bo się bałem, co będzie, gdyby ta modlitwa była skuteczna. Teraz ważną rzeczą było to, że się odważyłem o to modlić. Dzięki temu otworzyłem się bardziej na działanie Ducha Świętego, którego tak namacalnie poczułem w trakcie modlitwy. Czuję, że ta modlitwa, to jest krok naprzód – nawet w kontekście tego, co było w poprzednim moim poście. A dlaczego mamę Bóg jednak nie wskrzesił? Miał widać inne plany. Ale, choć wydawać by się to może szalone, nie zdziwiłbym się, gdybym kiedyś jeszcze miał się o coś takiego modlić. A wtedy kto wie, co z tego będzie… Może muszę zrobić jeszcze jeden krok, albo kilka…
Już na sam koniec muszę stwierdzić: Szkoda, że mama umarła. Ale wierzę, że w tym wszystkim jest jakiś sens. A wydarzenia, które wtedy miały miejsce, też były ogromnie ważną szkołą i otwarciem na Ducha Świętego, który pomoże mi skuteczniej głosić wielkie dzieła Boże.