Archiwum kategorii: Bez kategorii

O żywej wierze

Kilka dni temu rozważałem fragment Listu św. Jakuba (2,14-19). Nie ukrywam, że bardzo lubię ten fragment i często się na niego powołuje. Szczególnie na dwa zdania: „Wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie” (Jk 2,17) oraz „Wierzysz, że jest jeden Bóg? Słusznie czynisz – lecz także i złe duchy wierzą i drżą” (Jk 2,19).
Powołując się na te zdania, wielokrotnie ludziom powtarzam, że nie wystarczy wierzyć w istnienie Boga. Taki człowiek może co najwyżej stwierdzać, że ma wiarę podobną do szatana. Tyle tylko, czy oby naprawdę wypada być z tego dumnym. Tak swoją drogą, to szatan nie musi wierzyć w istnienie Boga, bo… on po prostu ma pewność istnienia Boga. Tyle tylko, że z tej wiary nic nie wynika.
Podobnie nic nie wynika z wiary człowieka, jeśli ona nie przekłada się na zewnętrzną postawę – te uczynki, o których pisał św. Jakub. O jakie uczynki chodzi? Chociażby o systematyczność w chodzeniu do kościoła i przyjmowaniu sakramentów (w tym głównie Komunii św.), a także uczynki miłości i miłosierdzia. Trudno sobie wyobrazić owocną wiarę bez tego, co tu napisałem. Często to ludziom powtarzam. I dlatego też wydaje mi się, że przywoływany fragment Listu św. Jakuba, znam na wylot i nic nowego nie mogę z niego wyciągnąć.
I w sumie mam rację… Wydaje mi się :). A przynajmniej wydawało jeszcze kilka dni temu. Uświadomiłem sobie, że jeśli mówimy o prawdziwej wierze, to powinno się spojrzeć na wszystko, co chce od nas Bóg. Dotyczy to także Bożych natchnień, proroctw, ale także np. konkretnego wcielania w życie wezwań z Ewangelii. O ile z charyzmatycznymi proroctwami, to można poddawać w wątpliwość, czy przekazywane słowo jest Boże, o tyle nie powinniśmy wątpić w prawdziwość słów Jezusa z Ewangelii. A ile osób słuchając słów „Nie martwcie się o to, co będziecie jeść, co będziecie pić, w co będziecie się przyodziewać”, mimo wszystko bardziej się skupia na sobie i na swojej pracy, niż na zaufaniu Bogu? Ileż osób wierzy w słowa, że jeśli będziemy prosić w imię Jezusa, to się stanie? Ileż osób dopuszcza możliwość aborcji, mimo tego, że Jezus mówił „kto przyjmuje to dziecko w imię moje, mnie przyjmuje”, albo „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”? Często wypowiedzi Jezusa traktujemy, jako metaforę. I tu jest chyba problem. Uczynkami, o których pisał św. Jakub, jest także wcielanie w życie konkretnych słów Jezusa, bez wątpliwości i rozumienia tylko jako metaforę.
Także prawdziwą i żywą wiarę możemy potwierdzić wsłuchując się w pewne słowa prorocze. Ja powiem szczerze, że nieraz mam z tym problem. Chyba chciałbym mieć pewność, że to przesłanie od Boga, a nawet, gdy jest bardzo dużo potwierdzeń, że zapewne Bóg musi stać za tymi słowami, to i tak chyba szukam dziury w całym i nieraz puszczam między uszy. A przecież jeśli Bóg coś mówi, to mówi po coś. W Nim wszystko ma swoją przyczynę i cel. I pewne słowa wzywające do działania, są po to, by działać, a nie tylko np. zadziwiać się w stylu… „o… jak ładnie to jest powiedziane”. Wprawdzie rzadko pojawiają się względem mnie jakieś konkrety w stosunku do działania, to jednak trudno nieraz trudno mi to przyjąć. Tym bardziej, że nieraz najzwyczajniej w świecie zostałem wkręcony. Cóż… nawet w Piśmie Świętym jest zapowiadane, że diabeł będzie się podszywał pod Anioła Światłości. Jest to jednak trudne, ale niestety stawia znak pytania, co do prawdziwości i żywotności mojej wiary. Może z tym nie jest aż tak źle, ale jest jeszcze nad czym pracować. 
Na koniec podam przykład, który mnie poruszył i pokazał jak powinno się do takich słów odnosić – a z czym nieraz mam problemy. W książeczce związanej z ostatnią płytą zespołu TGD było świadectwo dotyczące pewnej rodziny, która mieszkała w Kazimierzu Dolnym. Na modlitwie dostali słowo prorocze, że przyjdzie do nich wysoka fala. Wprawdzie wiele osób dziwiło się im, wręcz pukało w czoło, to oni postanowili się wyprowadzić na tereny wyżej leżące. Musieli sprzedać dom i nowy wybudować (albo kupić – nie pamiętam dokładnie). W następnym roku (czyli 2010) duża powódź zalała Kazimierz Dolny, wraz z byłym już domem tamtej rodziny. Wiara tych ludzi, połączona z ich działaniem, dała im zbawienie – tzn. ratunek przed powodzią. Gdyby w te słowa nie uwierzyli, albo nic by z nimi nie zrobili, spotkałaby ich tragedia. I mogliby tylko żałować, że nie uwierzyli. A tak… wielka radość i chwała Boża. 
Mi takiej wiary brakuje – chociaż być może problem w przekonaniu, kto jest źródłem konkretnych słów. Ale chciałbym mieć taką wiarę. I chociaż zauważam, że coraz lepiej ze mną pod tym względem, to mam się jeszcze o co modlić. I modlę się do Boga, a także Ciebie zachęcam. Wejdźmy w żywą relację z Jezusem, ale nie ustawajmy w wołaniu podobnym do Apostołów: „Panie, przymnóż nam wiary”.

Gwoździe i grzech

Taka krótka refleksja z ostatnich dni:
 
Gdy człowiek ma sporo gwoździ porozrzucanych przy wjeździe do garażu i przebije sobie opony, nie wystarczy udać się do wulkanizacji. Warto byłoby posprzątać wszystkie gwoździe, by po raz kolejny nie przebijać sobie kół.
Gdy człowiek grzeszy, zazwyczaj nie wystarczy pójść do konfesjonału i wyznać swoje grzechy. Często trzeba zrobić porządek w swoim życiu – przede wszystkim wyeliminować bodźce i przebaczyć krzywdzicielom. Niezbędnym jest wyraźne odcięcie się od grzesznego życia i szczere wybranie drogi za Chrystusem. Nieraz nieodzowna jest modlitwa o uzdrowienie, bądź uwolnienie.

Ładna myśl z Brewiarza

Podzielę się pewnym zdaniem z dzisiejszej Godziny Czytań. Autorem tego zdania jest św. Augustyn, a dotyczy końca świata, albo po prostu momentu śmierci. 
„Ten, kto jest wolny od wszelkich trosk, w spokoju oczekuje przyjścia Pana. Cóż to byłaby za miłość ku Chrystusowi, lękać się, że przyjdzie? Miłujemy Go i boimy się, że przyjdzie. Czy naprawdę miłujemy? Czy może bardziej miłujemy nasze grzechy? Miejmy zatem w nienawiści grzechy, a miłujmy Tego, który przyjdzie, aby ukarać grzechy.”
Ładne… Prawda? Jeśli ktoś mówi, że kocha Boga, to dlaczego boi się spotkania z Nim? Przecież nie boimy się przyjścia ukochanej osoby. No chyba, że boimy się, że ta ukochana osoba dowie się, że ją zdradzamy. Ale czy wtedy naprawdę byłaby miłość?

Usprawiedliwienie

Dziś chyba ostatni dzień wolny – tak mniej więcej do świąt Narodzenia Pańskiego. Pojutrze zaczynamy wizytę duszpasterską. A ten, kto zna dobrze jakiegoś kapłana, wie, ile to czasu i serca kosztuje i, że trudno te dni nazwać wolnymi. W ubiegłym roku w okresie kolędy pojawiało się na blogu bardzo mało wpisów. Niewykluczone, że tak będzie i w tym roku. Ktoś mógłby jednak stwierdzić, że zmniejszona liczba postów już jest zauważalna, chociaż nie ma jeszcze „kolędy”. Niewątpliwie ileś racji w tym jest. Gdzie wyjaśnienie całej tej kwestii? Możliwe, że ten post przybliży czytelnikom, co gdzieś było w moim sercu.
Tytułowe usprawiedliwienie, to opis tego, co gdzieś we mnie jest od miesiąca. Wiecie chyba, że od 18.10 jestem sierotą w pełnym rozumieniu tego słowa. Ciała obojga moich rodziców spoczywają na cmentarzu nieopodal mojego kościoła. Ja niby dzielnie to wszystko znosiłem i znoszę, ale chyba jednak to mnie jakoś zmieniło. Niby nie łączę swojego obecnego stanu ze śmiercią mamy, ale wystarczy spojrzeć na historię moich wpisów po 29 września (gdy po raz ostatni mamę zawiozłem do szpitala), a szczególnie po 12 października (gdy mama miała przeprowadzoną operację), żeby stwierdzić, że coś się zmieniło. Wpisów, poza umieszczanymi co tydzień starymi homiliami, jest jak na lekarstwo.
W ponadrocznej historii mojego bloga pewno dało się wyczuć, kiedy miałem lepsze okresy, kiedy gorsze. I prawie zawsze przekładało się to na częstotliwość pisania postów. Nie chcę pisać o swoich trudnościach, czy porażkach. Szczególnie do czasu, gdy nie da się dostrzec wyraźnego działania Boga, potwierdzającego, że On wie, co robi. Gdy mi się zdarzało pisać o tych trudnych okresach, albo o czymś, co mogło być potraktowane jako skupianie się na szatanie, nieraz dostawało mi się po głowie od czytelników. Wolę nieraz odczekać, by móc ze spokojem o pewnych rzeczach napisać. Chyba czas odczekania po śmierci mamy mija. Wprawdzie mam wrażenie, że w pewnym stopniu trochę się rozleniwiłem, to jednak w ostatnim czasie nie brakowało ważnych modlitw za ludzi i nad ludźmi. Mimo wszystko ileś rzeczy dobrych się dzieje, ale w okresie jesiennej pogody oraz w kontekście tematyki śmierci, co roku występującej w okolicach listopada, pojawia się ileś melancholijnych rozważań i pytań.
Nie chcę o tym pisać, w sumie miałem tu napisać zupełnie inne sprawy, ale myślę, że chwilę jeszcze poczekam z tymi innymi rzeczami. Nie wszystko na raz – byście nie narzekali, że długie posty piszę, albo, że za rzadko je umieszczam. Ale obiecuję, że spróbuję niebawem napisać, o wydarzeniach sprzed miesiąca. Myślę, że będzie to ważny, a na pewno bardzo osobisty, post. Więc warto czekać na niego.
Kończąc dzisiejszą wypowiedź, muszę stwierdzić, że mimo wszystko nie jest ze mną źle. Proszę jednak o modlitwę o siły i Ducha Świętego na zbliżający się trudny dla mnie okres „kolędy”. Wiem, że bez Boga w tym okresie sobie nie poradzę.

Lądowanie Boeninga, a życie wieczne

Podobną treść do tego posta wczoraj napisałem w pewnym komentarzu, ale stwierdziłem, że może warto to umieścić na moim blogu.
Tydzień temu w Warszawie awaryjnie lądował Boeing. Nie otworzyło mu się podwozie. Niektórzy twierdzą, że problem był w wyciśniętym bezpieczniku, który nie pozwolił na elektryczne otworzenie podwozia. Jeśli jest to prawda, to w ten sposób wszelkie próby otworzenia podwozia okazały się daremne. I wprawdzie samolot dosyć bezpiecznie wylądował, to jednak takiej pewności nikt nie miał. Prawdopodobnie przez ten bezpiecznik.
Troszkę podobna sprawa jest z naszym życiem wiecznym. Jezus mówi, że życie wieczne ma ten, kto spożywa Jego Ciało. Życie bez łaski uświęcającej, to jak lot z wyciśniętym bezpiecznikiem w samolocie. Wszelkie nasze działania są daremne przed Bogiem, jeśli żyjemy z wyciśniętym bezpiecznikiem – czyli bez możliwości przyjęcia Komunii świętej. Nasze dobre czyny, po jednostronnym zerwaniu więzi z Bogiem, poprzez grzech, są niestety daremne. I chociaż może udać się bezpiecznie wylądować (czyli osiągnąć życie wieczne), to niestety takiej pewności mieć nie możemy. Nie możemy także liczyć, że te nasze czyny, w okresie życia w grzechu, będą policzone.