Archiwum kategorii: Bez kategorii

Czas powrotów

W sumie, to sam nie wiem, o jakie powroty może chodzić, bo teoretycznie donikąd nie wracam. Ale taki mi się nasunął tytuł posta. W sumie, to do posta zbierałem się od dwóch tygodni. Bo wtedy to skończył się u mnie okres wizyty duszpasterskiej. I niby miałem okazję trochę odetchnąć. Jednakże okazuje się, że niezupełnie jest tak. W tej chwili natomiast jakoś czuję większy spokój.
Za mną 3,5 miesiąca chodzenia po kolędzie. Faktycznie było o 4 tygodnie mniej. Ale przerwa świąteczna, czy nawet ferie szkolne, to czas, w którym jawiła się świadomość, że zaraz trzeba na kolędę wrócić. Na obecną chwilę wizyty duszpasterskiej nie będzie do listopada, więc trochę luzu powinienem znaleźć. Chociaż tak naprawdę, to nie wiem, czy koniec kolędy, bo ostatnio dzwoniła jakaś kobieta wydzierając się na mnie, jak to możliwe, że do niej po kolędzie nie poszliśmy w trakcie dodatkowych terminów. Ponieważ nierealne jest udowodnić, że ta pani rzeczywiście nas o taką kolędę prosiła i nie można wykluczyć, że ktoś z plebanii jest temu winny, więc zapewne jeszcze u tej pani się pojawię przed świętami – może w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin.
Reakcja tej pani, która być może rzeczywiście poczuła się zlekceważona przez księży, jest jednak pewnym wyznacznikiem, co to znaczy okres kolędowy. Dużo niestety w tym emocji, iluś żali, pretensji, przyjmowania z obowiązku itp. Na szczęście nie jest to jakiś ogromny procent parafian, ale nawet kilka procent rodzin spośród 1717 do których pukałem daje niezły wynik.
Kolęda była na tyle intensywna, że chyba minione dwa tygodnie dochodziłem po niej do siebie. Tym bardziej,  że w międzyczasie chyba nie miałem jakiegoś wolnego wieczora. Ileś osób czekało na moment, gdy wreszcie skończę wizyty duszpasterskie i będą mogli się ze mną spotkać, porozmawiać itp. Do tego w miniony weekend prowadziłem rekolekcje dla naszej wspólnoty. I to wszystko razem powodowało, że nie tylko nie miałem czasu/sił/serca do pisania na tym blogu, ale nawet do odpisywania na ileś maili. Dziś na sporą część odpowiedziałem. Inna rzecz, że nie potrafię powiedzieć, czy wszystkim odpisałem, bo codziennie średnio dostaję kilka i można z perspektywy czasu przegapić, komu jeszcze nie odpisałem. Na ileś w ogóle nie jestem w stanie.
Cóż… Takie kapłańskie życie. Ale dziś chyba zaczął się czas powrotów. Świeci słońce, idzie wiosna, dziś pierwszy raz od kilku miesięcy mogłem spać do ósmej rano. Można (mam nadzieję) wrócić do życia.
A więc… do poczytania następnego posta (być może już niedługo).

Zasada kanapki

W życiu często jest jak z kanapkami… 
Wytłumaczę o co chodzi…
Kanapka, to pewna rzecz, z którą spotykamy się na co dzień. Zazwyczaj składa się z dwóch ważnych elementów – jednej warstwy pieczywa oraz czegoś położonego na to pieczywo. Zdarzają się oczywiście kanapki z dwóch warstw pieczywa. No… w kanapce bywa jeszcze jakieś masło/margaryna, nieraz jakieś dodatki. Ale ja chciałbym się skupić na tych dwóch ważnych elementach pieczywo (jedna lub dwie warstwy) oraz np. wędlina.
Myślę, że dosyć jasne jest, że tym lepszym elementem jest wspomniana wędlina. Gdyby samo pieczywo było bardzo atrakcyjne w jedzeniu, to niczym trudnym nie byłby post o chlebie i wodzie, a producenci wędlin dawno by zbankrutowali. 
Zatem kanapka w uproszczeniu, to: pieczywo (gorsza część kanapki), wędlina (lepsza część) oraz niekiedy jeszcze jedna warstwa pieczywa (czyli znowu ta gorsza część).
Jaki to ma związek z życiem i moim porównaniem w pierwszym zdaniu tego posta? Mianowicie zauważam, że jeśli w życiu są dobre wydarzenia, to zaraz obok są też i te trudniejsze. I to jest tak, że czym lepsze rzeczy się zdarzają, tym i trudniejsze doświadczenia pojawiają się obok. Gdy coś dobrego się przytrafia w sposób niemalże niezaplanowany, to mamy do czynienia z jednowarstwową kanapką. Te trudne doświadczenia często są po prostu po tych dobrych. Gdy jednak dobre i ważne sprawy duchowe są w planach i się do nich przygotowujemy, to mamy kanapkę dwuwarstwową – tzn. dużo trudności przed tym dobrem, samo dobro oraz trudne doświadczenia później.
Może to wszystko zagmatwane. Ale ja widzę, że tak właśnie jest – także obecnie ze mną. Może nic w tym odkrywczego, ale jednak. Wokół mnie próbujemy robić ileś dobrych rzeczy – w ostatnich tygodniach ewangelizacyjny kurs „Nowe Życie” oraz Msza św. z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. I w obydwu sytuacjach – ważnych i dobrych duchowo – była taka dwuwarstwowa kanapka. Trudności przed i po. A w trakcie – nawet, jeśli trudno, to jednak pięknie.
W całej tej sprawie ważne jest, by się nie skupiać na tych trudnościach – na tych gorszych warstwach tej całej kanapki. To co istotne, to te dobro, które się wydarzyło. A gdyby dookoła nie było żadnych trudności, albo były niewielkie, to obawiałbym się o to, na ile wspomniane dobro było realne, a na ile tylko udawane.
I chociaż u mnie w ostatnim czasie i sporo zmęczenia i ileś różnych stresów (do takiego stopnia, że trudno coś opisywać na blogu), to się cieszę, że jednak pomiędzy tym jest też ileś dobra – na chwałę Pana!
Alleluja! (PS. jeszcze można, bo nie Wielki Post :P)

Prawie jak Jan Chrzciciel ;)

Wreszcie zdecydowałem się coś napisać. Prawda jest taka, że w trakcie wizyty duszpasterskiej oraz wielu innych obowiązków, jakoś trudno się zebrać. Ale może coś dziś napiszę (o ile nie skasuję przed opublikowaniem – bo i tak się nieraz zdarzało). 
Dzisiejsza Ewangelia mówi o śmierci Jana Chrzciciela. Czemu zginął? Bo mówił Herodowi, że nie wolno mu mieć żony brata. Wypomniał grzech, a to się nie spodobało tak królowi żydowskiemu, jak i jego nieprawowitej żonie. Prawda zabolała. Niechęć do stanięcia w prawdzie i zerwania z grzechem – jak widać – potrafi doprowadzić do śmierci. Trochę wyolbrzymiając można by stwierdzić, że niewiele dzieli życie bez stawania w prawdzie, od grzechu zabójstwa. 
Rozważając dzisiejszą Ewangelię przypomniała mi się pewna scena sprzed kilku lat. Chodziłem po kolędzie i trafiłem do mieszkania pewnej kobiety. Ona trochę żałowała, że nie przyszedłem wcześniej, bo „dzieci właśnie zdążyły wyjechać do siebie”. Spojrzałem w kartę i patrzę – jeden syn. Jasne skojarzenie – syn zapewne mieszka ze swoją dziewczyną. Matka tę myśl potwierdziła. Wtedy ja dosyć delikatnym, nijak nie atakującym głosem powiedziałem w stylu: „to nie bardzo po Bożemu”. Myślałem, że ta kobieta powie – „no tak, niestety”, albo nawet „wie ksiądz, jakie są czasy”. A co zrobiła ta kobieta? Zaczęła objeżdżać Kościół, księży. Porównywać do pana Urbana, a nawet chyba do jakichś zbrodniarzy itp. Trwało to kilka ładnych minut. Ataki się nasilały. Ona nie dała mi nawet dojść do głosu. Więc wstałem i wyszedłem z mieszkania, jednocześnie opisując wszystko w karcie. I stwierdziłem, że więcej tam nie pójdę. (W tamtej parafii mieliśmy zasadę, że odwiedzamy tych, którzy tego sobie życzą – a najwyraźniej dla tej pani księża byli intruzami).
Jakże łatwo prawda potrafi zaboleć… Gdy ktoś żyje bez Boga, to wszystkich obwinia o problemy i grzechy, tylko u siebie tego nie chce dostrzec. Kobieta ta wprawdzie nie wydała na mnie wyroku śmierci, jak Herodiada, to jednak przeprowadziła zmasowany atak, który mógł porządnie zaboleć. A zaczęło się od stwierdzenia, że „dzieci” żyją nie po Bożemu. 
Tak teraz myśląc, dochodzę do wniosku, że się nie dziwię, że ucisza się księży oraz media katolickie. Może i lepiej – w mniemaniu polityków – uciszać, niż mordować. Chociaż jak pokazuje przykład św. Jana Chrzciciela – żadne ludzkie działanie nie powstrzyma rozszerzania się Ewangelii. O ile nie zabraknie wiary i zaangażowania tym, którzy tę Dobrą Nowinę Głoszą.

Być jak Jack Sparrow ;)

Dziś wcześniej wróciłem z kolędy, więc może coś napiszę… Plan tego posta pojawił się już 26 grudnia – czyli wtedy, gdy umieszczona poniżej myśl była punktem do wyjścia mojej ówczesnej homilii.
Rzadko oglądam telewizję. Ale wieczorem w pierwszy dzień świąt nie miałem żadnych planów, a wiedziałem, że często w święta można coś ciekawego zobaczyć. Wprawdzie czegoś innego się spodziewałem, to jednak trafiłem na film z serii „Piraci z Karaibów”. 
W trakcie filmu jest scena, w której główny bohater – Jack Sparrow – wydobywa się z pewnego miejsca, które chyba było pewną wizją piekła. Musi on wraz ze statkiem i załogą wrócić do życia. Początkowo nie wiedzą oni, jak to zrobić, ale Sparrow wpada na pewien szalony pomysł. Trzeba było wywrócić okręt do góry nogami. Po ludzku wydaje się to zupełnym bezsensem, który może się skończyć zatopieniem całej załogi i zapewne statku. Po rozbujaniu „Czarnej Perły” udaje się wrócić do życia. Wszyscy są zadowoleni… No może poza dwoma piratami, którzy tak się przywiązali do statku, by z niego nie spaść, a po obróceniu się statku być skierowani głowami w dobrą stronę. U widza szalona postawa kapitana musiała wzbudzić podziw, a wspomniani dwaj marynarze wywołali zapewne śmiech.
Dlaczego o tym piszę? Uświadomiłem sobie, że opisana scena przypomina coś, co powinno charakteryzować chrześcijanina na początku drogi wiary. Naszym zadaniem jest przejść ze śmierci do życia. I aby to zrobić, trzeba być przynajmniej trochę szalonym (w ludzkim rozumieniu) i obrócić pewną rzeczywistość o 180 stopni. Nawet, jeśli w ludzkim rozumieniu może to grozić katastrofą. Boimy się tego i dlatego często trwamy w tym życiu, które daje mało szczęścia, a co najwyżej jego namiastki. A jeśli nawet pozwalamy, by Pan Bóg nas sam zmieniał, jesteśmy jak ci dwaj żałośni piraci, którzy tak się zabezpieczają różnymi swoimi nie-Bożymi pomysłami, że nie bardzo pozwalamy za bardzo Bogu działać. A nawet, gdy zadziała, to wydaje się nam, że to głupie działanie. Nie widzimy jednak, że to my w ten sposób stajemy się śmieszni. 
Jeśli chcemy, by Bóg coś w nas zmienił, to pozwólmy Mu to tak zrobić, jak On chce. Nie blokujmy Jego działania względem nas przez swoje dziwne pomysły i grzechy. Przeciwnie sami pomóżmy Mu robiąc nieraz po ludzku coś szalonego, ale pełnego Bożej mądrości. A zobaczymy, że dopiero wtedy jak piękny jest świat i dostrzeżemy, że to wszystko, co zrobiliśmy miało ogromny sens.

Przedświąteczny tydzień

Mało tu ostatnio piszę, bo mało czasu, mało sił itp. Wprawdzie po świętach powinienem odpoczywać, a jednak chyba tak nie jest do końca. Chcę się tu z Wami podzielić pewnymi informacjami, które dotarły do mnie w ciągu tygodnia przed świętami. Zastanawiałem się, czy powinienem to pisać, by nie wyszło, że szukam swojej chwały. Ale myślę, że jednak tu chodzi o chwałę Boga.
W ciągu ostatniego tygodnia Adwentu 3 osoby przyszły się podzielić ze mną radosnymi dla nich informacjami. Pierwsza sprawa, to kobieta, która była na prowadzonej przeze mnie Mszy z modlitwą o uzdrowienie. Modliła się na niej za bliskiego członka rodziny, który miał problemy alkoholowe. Z perspektywy 2 miesięcy w rodzinie prawie wszyscy zachodzą w głowę, jak to możliwe, że tamten człowiek przestał pić z dnia na dzień.
Druga sprawa dotyczyła powtarzającego się grzechu nieczystości. Kiedyś w trakcie spowiedzi pewnego człowieka przyszło mi do głowy, by się pomodlić nad nim o uwolnienie. Za jego zgodą oczywiście. Kilka razy już się tak modliłem przez kratki konfesjonału. Ten człowiek przyszedł teraz i stwierdził, że po tamtej spowiedzi i modlitwie problem wspomnianego grzechu się rozwiązał – „jak ręką odjął”.
Trzecia krótka rozmowa miała miejsce zaraz po „Pasterce” – gdy dzieliliśmy się z parafianami opłatkiem. Pewien młody człowiek cieszył się i chwalił, że dziecko się jednak poczęło – po modlitwach, tak jak im prawdopodobnie mówiłem. Powiem szczerze, że nie bardzo pamiętałem tego człowieka. Ale wiem, że iluś małżeństwom mówiłem o niemalże cudownym poczęciu w rodzinie mojego brata i o potrzebie modlitwy. Rodziny z problemami z poczęciem dziecka mają szczególne miejsce w mojej modlitwie. I chociaż nie wszystkich takich rodziców dokładnie pamiętam, to staram się za nich modlić. Nie wiem do końca, czy tej właśnie rodzinie kiedyś obiecywałem modlitwę i z nimi rozmawiałem, ale z kontekstu może wynikać, że zapewne tak. 
I oto w ciągu tygodnia trzy informacje bardzo mnie podbudowały i wzmocniły wdzięczność Bogu. Zaiste, wielki jest Bóg, potrafi uzdrowić chorych, uwolnić z panowania grzechu i dać życie (oraz różne łaski) tam, gdzie jest to potrzebne. Gdy dodam jeszcze, że w owym tygodniu potwierdziła się bardzo konkretnie pewna informacja z tego bloga, to stwierdzę, że Bóg niezły prezent zrobił mi na święta. Muszę tu wyjaśnić, że nie piszę, co się potwierdziło, by być może nie dać możliwości rozszyfrowania pewnej osoby, a w razie czego nie postawić jej w trudnym położeniu. Po pewnym poście na tym blogu byłem wyśmiewany i krytykowany i chociaż wtedy miałem wątpliwości, czy mam rację, to rzeczywistość to potwierdziła.
Chwała Panu! Dzięki Ci Boże, że jesteś, czuwasz i mnie prowadzisz pokazując, jak wielkie rzeczy jesteś w stanie uczynić!