Postanowiłem napisać coś o wizytach u chorych, które najczęściej odbywają się w pierwsze soboty i piątki miesiąca. Decyzja o napisaniu zapadła mniej więcej kilkanaście minut po moim wczorajszym wyjściu z Panem Jezusem z kościoła. Po 2 godzinach miałem już niemalże pewność, że muszę się pewnymi rzeczami podzielić. Ale stwierdziłem też, że o pewnej rzeczy, związanej z wczorajszymi wizytami, napiszę jeszcze kiedyś indziej.
Przyznam szczerze, że nie jest łatwym dla mnie odwiedzanie chorych. I są ku temu różne powody. Nieraz tym powodem jest przygnębienie sytuacją osób, do których chodzę. Ale także istotne są tu względy fizyczne. Ponad 20 osób chorych za jednym razem, to w okolicach 3-4 godzin chodzenia. Kilka kilometrów drogi, kilkaset schodów w górę i w dół. W jednym z domów dla ciekawości policzyłem schody – dokładnie 100. Najpierw w górę, potem w dół. W tej kamienicy jest wprawdzie winda. Ale trzeba mieć specjalny klucz, by się tam dostać. Więc księdzu pozostaje pokonanie tych 100 schodów (do jednej osoby chorej). Dzięki Bogu tych przeszło 20 chorych nie ma po 100 schodów. Ale i tak jest to męczące. A, gdy dołożyć do tego moją leniwą naturę, to … nieraz odechciewa się.
Inny powód moich trudności z chodzeniem wynika chyba z pewnymi trudnościami z wiarą w siebie. Nie lubię narzucać innym wiary. A więc i nie lubię (chociaż to nie bardzo ewangeliczne) chodzić w stroju, w którym afiszuję się wiarą. Z sutanną i tak nie ma aż takiego problemu. Ale zazwyczaj miałem problem z chodzeniem w sutannie, komży, stule i bursie na szyi, z Panem Jezusem. Zazwyczaj, jak mogłem, na siebie coś wkładałem na zewnątrz, tak, że nawet jeśli wystawała komża, to nie było widać, co niosę z sobą. Co najwyżej mógł ktoś pomyśleć, że jestem jeszcze grubszy, niż jestem :). Tylko osoby dosyć gorliwe i wiedzące, co się dzieje w kościele, domyślały się, że mogę nieść Pana Jezusa wraz z sobą.
Wczoraj jednak poszedłem bez narzucania jakiegoś innego okrycia na siebie. Pomagała tu niewątpliwie temperatura powietrza. Ale chyba też coś się ostatnio ze mną dzieje. W sensie – pewnej zmiany, zwiększającej wiary w siebie oraz działania na chwałę Boga. I nie myślenia o tym, co inni ludzie powiedzą. Na ulicy spotykałem się z różnymi reakcjami ludzi. Więcej osób pozdrawiało mnie, bądź Pana Jezusa. Ale były też osoby, które zwracały się do mnie „per pan”. I to mam wrażenie, że ostentacyjnie. Ciekawe reakcje były wczoraj na niektórych klatkach schodowych. Takie przerażenie w oczach. Przekonanie, że chyba idę do osoby konającej. Kiedyś taka pewna pani koniecznie chciała wiedzieć, w którym mieszkaniu byłem. Po moich wyjaśnieniach, że to taka „standardowa i systematyczna” wizyta, najwyraźniej odetchnęła z ulgą. Bo była jednak właśnie przekonana, że ktoś umiera.
I chyba takich reakcji się jeszcze niedawno bałem. Ale tak sobie myślę, że takie „jawne” chodzenie z Panem Jezusem, to też pewnego rodzaju ewangelizacja. Tak mnie przeszło nawet przez chwilę przez głowę, że wczoraj szedłem większością drogi, którą w naszej parafii idzie procesja Bożego Ciała. Przecież moje kroczenie z Jezusem, to też taka procesja, tylko w sporo mniejszym wydaniu. Ale jeśli wtedy wiele osób się cieszy na procesję, mimo, że niektórzy traktują ją jak piknik i folklor, to jednak dlaczego mam się bać taką mini procesję prowadzić. Idąc z Panem Jezusem pomyślałem sobie, że daję możliwość, by Jezus błogosławił mieszkańcom i ulicom, którymi przechodzę. Oczywiście, On stale błogosławi. Ale nam, ludziom, często potrzebny jest znak. Wyjście kapłana z Panem Jezusem jest świadectwem, że Kościół jeszcze nie zszedł do podziemia – innymi słowy jak w tytule pewnego filmu „Bóg nie umarł”. Ale także iluś ludziom daje do myślenia w innym aspekcie. Nawet takie wystraszenie się, że może ja idę do umierającego sąsiada jest dobrą okazją do refleksji nad swoim życiem i umieraniem. W świecie pełnym gonienia za pieniędzmi i wieloma innymi rzeczami, widok kapłana idącego z sakramentami, daje szansę chwilkę pomyśleć. I nawet jeśli kogoś oburza widok księdza afiszującego swoją wiarę, to jednak jest to okazja, by poruszać sumienie. To kropla drąży kamień. I nawet, jeśli moje wyjście jest tylko kroplą padającą na zatwardziałe serca i sumienia, to kto wie, czy kiedyś taka kropla nie skruszy tych twardych serc.
Dobra… Rozpisałem się dużo. Miałem tu jeszcze coś napisać. To taka perełka, wisienka na torcie. Ale chyba napiszę to w oddzielnym poście. A jeszcze oddzielnie napiszę coś innego.

Pięknie Ksiądz to ujął – mini procesja 🙂 Wspaniale jest wtedy stanąć na drodze Pana Jezusa i móc Go pozdrowić w taki zwykły, czasem słoneczny, czasem chłodniejszy „pierwszosobotni” poranek.
Co do tej kropli, ostatnio otrzymałem kartkę, na której jest napisane: „Kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym spadaniem” 🙂
Kamyki nie dają się oswoić,
do końca będą na nas patrzeć
okiem spokojnym bardzo jasnym.
Autor: Zbigniew Herbert