W moim poprzednim poście opisywałem moje odwiedzanie chorych z Panem Jezusem. Ale trafiłem do mieszkania, do którego przychodziłem od ponad roku. Mieszkało tam małżeństwo, których staż małżeński sięgał 73 lat. On lat 97. Ona 93. Patrząc na wiek obojga, można się domyśleć, że ich stan zdrowia nie jest za dobry. Pan Jerzy już kilkakrotnie był odratowywany z granicy śmierci. Pani Stanisława od kilku miesięcy była w kiepskim stanie. Już kilka miesięcy temu wyglądało, że przed nią ostatnie dni. Pamiętam, że udzieliłem jej sakramentu chorych, modliłem się nad nią. W następnym miesiącu miała znowu więcej sił.
Wczoraj jednak w mieszkaniu był już tylko on. (A dokładnie on i opiekunka). Ona, jak wierzę, już jest w niebie. Wyjaśnię, że o śmierci dowiedziałem się kilka dni wcześniej. Ale wczoraj dowiedziałem się pewnych szczegółów, którymi chciałbym się podzielić. Pani Stanisława zmarła 1 maja o godz. 14.00. To o tyle ciekawa godzina, bo o tej porze i tego dnia dokładnie kończyliśmy kurs KAMCh. To także o tyle ciekawy dzień, bo w kościołach wschodnich tego dnia była obchodzona Wielkanoc. O szczegółach śmierci natomiast dowiedziałem się od opiekunki, która na pewno pochodzi ze wschodu, więc prawdopodobnie w dzień śmierci swojej podopiecznej przeżywała uroczystość pokonania śmierci przez Jezusa.
Tego dnia u państwa Jerzego i Stanisławy zebrała się cała rodzina. Kilka pokoleń. Pani Stanisława była całkowicie świadoma. Bez problemu rozpoznawała nawet najmłodszych członków rodziny. Ale w okolicach godziny 14.00, na chwilę przed śmiercią, będąc bardzo spokojną, pomachała na pożegnanie. Wiedziała, że odchodzi. I to już jest piękne. Ale nie najpiękniejsze. Opiekunka, która mi to opowiadała, powiedziała, że widząc tę śmierć można się nawrócić i uwierzyć, że coś jest poza naszym światem. Bo zaraz po tym, jak pomachała ludziom na pożegnanie, wyciągnęła drugą rękę, jakby się z kimś witała. Najwyraźniej kogoś widziała, ktoś po nią przyszedł. Przypominają mi się słowa pieśni śpiewanej na pogrzebie: „niech na spotkanie w progach Ojca domu, po Ciebie wyjdzie litościwa Matka”. Wierzę, że tak właśnie się wtedy stało. W pierwszy dzień maja, gdy w kościołach i kapliczkach całego kraju, ludzie powoli szykowali się do pierwszego nabożeństwa majowego, Maryja najwyraźniej odwiedziła mieszkanie na warszawskiej Ochocie i zabrała ze sobą kobietę.
Piękne… Prawda? Jak to piszę, to się wzruszam i łzy lecą z oczu. Też chciałbym tak umierać. Nie wiem, czy dałbym radę jeszcze ponad 50 lat żyć. Ale jeśli pomimo różnych chorób i trudności po drodze życiowej, miałbym umierać ze światłym umysłem, w licznym gronie bliskich osób, a jeszcze przed śmiercią spotkać wychodzącą Maryję i aniołów, a może i samego Jezusa, to też tak chcę. Piękna śmierć. I każdemu życzę, by, gdy będzie odchodził z tej ziemi, miał także taką piękną śmierć. A ja się cieszę, że o tym wczoraj usłyszałem. A przez ostatnie kilkanaście miesięcy mogłem pani Stanisławie przynosić Pana Jezusa oraz się nad nią modlić.

Oj… proszę Księdza!!!
Ja też…chciałabym tak …właściwie nigdy nie bałam się swojej śmierci…
Słuchałam ostatnio homilii o Wniebowstąpieniu Pana Jezusa…o tym , że Aniołowie byli zatrwożeni na Jego widok w niebie (bo BÓG nie oznajmił im tajemnicy), o tym ,że sam BÓG OJCIEC wstał z tronu, żeby przywitać SYNA…o tym, że wziął Go w ramiona i przytulił z MIŁOŚCIĄ…może jest tak z nami wszystkimi, jak umieramy…może nie sam BÓG-OJCIEC ale BÓG-SYN bierze nas w swoje ramiona i cieszy się, że jesteśmy z NIM i przytula z miłością jakiej nie znamy…
Witam Księdza
Muszę się przyznać ,że miałam zupełnie inne plany odnośnie Czuwania na przyjście Ducha Św. …nie pamiętam już kiedy to Święto przeżywałam w mojej parafii…jednak…
Gdy usłyszałam dziwne okrzyki i fetę z okazji jakiegoś meczu czy…coś przez ułamek sekundy postanowiłam zostać w domu…tak się nie stało!!! Była godz . 22
Przez krótką chwilę stałam przed drzwiami „mojego” Kościoła, bałam się co tam zastanę…”po prostu otwórz”, usłyszałam…tak też zrobiłam…piękna muzyka, oświetlony ołtarz (bardzo subtelnie)… i ludzie skupieni na Słowie, a za chwilę ich otwarcie w grupach…gdy przełamali wstyd…byłam zdziwiona potokiem słów, ale też cieszyłam się z ich otwarcia…może przyniosło im to ulgę…i mój ukochany Ksiądz, który zapanował nad naszym gadaniem stwierdzając, że może jest to powód do tego, żeby usiąść bliżej siebie…( w moim przypadku wtedy polały się łzy 🙂 )
Uwielbienie…inne niż to do którego jestem przyzwyczajona…i którego doświadczyłam, ale obok mnie była kobieta w moim wieku lub młodsza, która tak pięknie się modliła i uwielbiała Pana, tak pięknie śpiewała i przyzywała Ducha Św., że chciałabym tak…umieć…
To przeżywanie Czuwania uświadomiło mi to, że Duch Św. którego otrzymaliśmy podczas chrztu jest z nami zawsze i mieszka w naszym sercu…trzeba tylko modlić sie do Niego i prosić Go, żeby Był z nami w tej modlitwie , a wszystko inne jest iluzją, którą stworzyli sobie ludzie, żeby było barwniej, radośniej…tak po człowieczemu.