Polskie drogi

Ten post nie będzie o popularnym serialu sprzed kilkudziesięciu lat. Raczej będzie dotyczyć polskich ulic, a nawet jeszcze czegoś innego, co poniekąd jest z tym związane.
Jeżdżąc po polskich drogach można wielokrotnie się zdenerwować. Co chwilę jakaś dziura, jakieś koleiny, nieustanne remonty. Coraz trudniej się jeździ, bo co chwilę jakaś awaria drogi, albo można spowodować awarię samochodu. Można zadać sobie pytanie – czemu nasze drogi są w takim złym stanie? Czemu nawet, gdy wybudowana jest ładna droga, po kilku latach (a nieraz nawet miesiącach) trzeba ograniczać jej użytkowanie, bo nie nadaje się do jazdy? Czy polskie drogi nie mogą być wytrzymałe jak chociażby niemieckie, które sięgają historią połowy XX wieku? Odpowiedź jest niestety prosta, a jednocześnie trudna dla nas Polaków. Prosta, bo w miarę jasna, a trudna, bo pokazuje to niezbyt dobre oblicze naszych rodaków. Problem polega chyba na naszym partactwie i nieuczciwości. Ileż razy słyszy się, że pracownicy budowy drogi ukradli dobrej jakości materiał do podkładu pod asfalt. Zarobili na tym ogromne pieniądze, a jednocześnie spowodowali, że tak wybudowana droga nie ma szans przetrwać próby czasu – o ile w ogóle zostanie dopuszczona do użytku. Innym problemem jest próba naprawiania kiepskiej, dziurawej, drogi jeszcze gorszymi „łatami”, które powodują dyskomfort jazdy, a problem rozwiązują co najwyżej na jeden sezon. Później trzeba poprawiać, robić łatę na łacie. A samochodem coraz gorzej się jeździ. Nie ma co się dziwić, że ludzie narzekają.
Sytuacja z budowy dróg, nieraz powtarza się i w innych budowach. Po co – według uznania budujących – wykorzystywać lepszy, a dobry budulec, jeśli można tańszy, nie patrząc, na niebezpieczeństwo negatywnych konsekwencji takiego działania? Albo po co dobierać odpowiednie proporcje do mieszanki (np. cementu itp.), jeśli można pogorszyć proporcje, a zaoszczędzone pieniądze wykorzystać na własne cele. Niestety, ale w wielu Polakach pokutują nawyki z czasu komunizmu. Wolą oni spartaczyć, zrobić – byle szybciej i wygodniej oraz uwzględniając prywatne korzyści – nie patrząc, że może to grozić katastrofą.
Mógłby ktoś zapytać, po co ja tu piszę o tych budowach i drogach. I słusznie. Czy chodzi tylko o wypominanie budującym drogi? Nie. Otóż opisane procedery z polskich budów, mogą być więte jako przykład podejścia ludzi do Boga. Pan Bóg w swoich przykazaniach mówi, jak żyć pełnią życia i jak otrzymać od Niego pełną opiekę. Mówi „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym umysłem” (Mt 22,37). Innymi słowy Stwórca mówi: „traktuj mnie i moje polecenia tak poważnie, jak to możliwe”. A człowiek co mówi? „No bez przesady – byle łatwiej, szybciej i przyjemniej”. I co wychodzi z tego? Taka właśnie polska droga – po której nie chce się jeździć. Nie ma co się dziwić, że chronienie człowieka przez Boga jest nieskuteczne. Nie ma co się dziwić także, że małżeństwa nie mogą przetrwać próby czasu. Jeśli chcemy, by nasze życie, czy nasze małżeństwo, było trwałe, potraktujmy Boga poważnie. Niech nie będzie tylko niepasującą łatą do naszego życia, ani nie pozwólmy sobie na nieuczciwość wobec Jego praw, a zobaczymy, jak piękna jest Jego miłość i jak wielkie trudności pomoże nam pokonywać. Bóg dla małżonków jest jak cement, który gdy jest przygotowany zgodnie z zaleceniami, nie pozwoli rozpaść się złączonym przez siebie cegłom małżonkom.

Przypowieść o cukierku

Dziś jedna z uczennic miała urodziny i poczęstowała mnie cukierkiem – czekoladowym – w papierku. Nie zjadłem go lecz na jednej z pozostałych lekcji oddałem go innej uczennicy. W międzyczasie posłużył mi jako rekwizyt w pewnym przedstawieniu działania Boga i grzechu człowieka. Opisany przykład przyszedł mi do głowy w trakcie lekcji. Można to przedstawić jako przypowieść, np. taką:
„Królestwo niebieskie jest podobne do człowieka, który rozdaje czekoladowe cukierki, zawinięte w papierek. Jedna z osób odmówiła, mówiąc, że się odchudza, druga tak bardzo chciała szybko poczuć słodycz, że nie czekając chwili zjadła cukierka z papierkiem, trzecia natomiast osoba rozwinęła cukierek z papierka i delektowała się jego smakiem. Która Twoim zdaniem osoba poczuła się bardziej szczęśliwa?”
Oczywiście – odpowiedzią jest, że ta trzecia. Warto jednak  wyjaśnić taką przypowieść. Bóg ofiaruje człowiekowi miłość i szczęście, tak jak człowiek dający cukierka. Papierek, to pewne przykazania dane przez Boga. Ten, kto odmówił przyjęcia cukierka, to człowiek poraniony, który boi się negatywnych konsekwencji otworzenia się na miłość. Człowiek, który zjadł cukierka z papierkiem, to taki, który ze swej pożądliwości, nie zważając na przykazania konsumuje coś, co tylko przypomina miłość. Wprawdzie czuje pewne przyjemności, ale ogólnie rzecz biorąc prowadzi go to do stanu jeszcze mniej przyjemnego, niż było wcześniej. Człowiek, który rozwinął papierek i zjadł cukierka przedstawia osobę, która cierpliwie i pokornie przyjęła miłość od Boga w taki sposób, w jaki Stwórca chciał ją ofiarować. I żyła szczęśliwie, ciesząc się piękną Bożą miłością.
Takie jeszcze jedno skojarzenie mi z tym przyszło. W Apokalipsie św. Jana czytamy: Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust.” (Ap 3,15b-16).  Podobno w greckim oryginale ostatnie słowa są bardziej dosadne – „chcę Cię zwymiotować”. Tak sobie pomyślałem, że człowiek, który zjada cukierka z papierkiem, może mieć problem żołądkowy, prowadzący do wymiotów. Nawiązując do powyższego cytatu i „przypowieści” można stwierdzić, że coś w tym jest. Jeśli ktoś czerpie od Boga niezgodnie z Jego zamysłem, tylko po swojemu, byle łatwiej i przyjemniej, to może być zwymiotowany. Lepiej nie znaleźć się w takiej sytuacji. Lepiej nie zjeść w ogóle cukierka, jeśli ma to prowadzić do wymiotów. Także lepiej nie korzystać po swojemu z darów Bożych, bo to się może źle skończyć.

Natan potrzebny

Cóż… za dobrze, to stale nie może być…
Poszukuję prawdy. Nie wiem, na ile jestem winny. Szukam być może proroka Natana – tego, który przyszedł uświadomić grzech Dawidowi. Nie wiem… Nie potrafię stwierdzić kto i na ile jest winny i jaka jest wola Boża.
Modlę się, pytam o światło. Proszę znajomych o pomoc w modlitwie, w rozeznaniu. Pojawiły się różne fragmenty z Pisma świętego. Oto przykłady:
„Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza.” (Mt 13,24-30)
Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony” (Łk 17,34)
Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje. Wyprą się oni Władcy, który ich nabył, a sprowadzą na siebie rychłą zgubę. A wielu pójdzie za ich rozpustą, przez nich zaś droga prawdy będzie obrzucona bluźnierstwami; dla zaspokojenia swej chciwości obłudnymi słowami was sprzedadzą ci, na których wyrok potępienia od dawna jest w mocy, a zguba ich nie śpi.” (2P 2,1-3)
Jezusa zaprowadzili do najwyższego kapłana, u którego zebrali się wszyscy arcykapłani, starsi i uczeni w Piśmie. Piotr zaś szedł za Nim z daleka aż na dziedziniec pałacu najwyższego kapłana. Tam siedział między służbą i grzał się przy ogniu. Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić, lecz nie znaleźli. Wielu wprawdzie zeznawało fałszywie przeciwko Niemu, ale świadectwa te nie były zgodne.  A niektórzy wystąpili i zeznali fałszywie przeciw Niemu:  Myśmy słyszeli, jak On mówił: Ja zburzę ten przybytek uczyniony ludzką ręką i w ciągu trzech dni zbuduję inny, nie ręką ludzką uczyniony. Lecz i w tym ich świadectwo nie było zgodne.” (Mk 14,53-59)A także ogólnie Psalm 35, którego częścią są wersety:
„1 Wystąp, Panie, przeciw tym, co walczą ze mną,
uderz na moich napastników!
2 Pochwyć tarczę i puklerz
i powstań mi na pomoc.
7 Bez przyczyny bowiem zastawili na mnie sieć swoją,
bez przyczyny dół kopią dla mnie.
11 Powstają fałszywi świadkowie,
pytają o to, czego nie wiem.
12 Płacili mi złem za dobro,
czyhali na moje życie.
15 Lecz kiedy się chwieję, z radością się zbiegają,
przeciwko mnie się schodzą
obcy, których nie znałem,
szarpią mnie bez przerwy,
16 napastują i szydzą ze mnie,
zgrzytając przeciw mnie zębami.
17 Jak długo, Panie, będziesz na to patrzeć?
Wyrwij moje życie tym, co ryczą,
lwom – moje jedyne dobro!
18 Będę składał Ci dzięki w wielkim zgromadzeniu,
będę Cię chwalił wśród licznego ludu.
20 Bo nie mówią o tym, co służy pokojowi,
a dla spokojnych w kraju
obmyślają zdradliwe plany.
21 I otwierają przeciw mnie swe usta,
wołają: «Ha, ha, ha,
widzieliśmy na własne oczy!»
22 Widziałeś, Panie, zatem nie milcz,
o Panie, nie bądź ode mnie daleko!
23 Przebudź się, wystąp w obronie mego prawa,
w mojej sprawie, mój Boże i Panie!
24 Osądź mnie, Panie, Boże mój, w Twej sprawiedliwości;
niech się nie cieszą oni nade mną.
25 Niech nie pomyślą w swym sercu:
«Ha, tegośmy chcieli!»
Niechaj nie powiedzą: «Otośmy go pożarli». ” (Ps 35)

Może ktoś pomoże to zinterpretować? Może powie, jak to jest? Może w tym wszystkim jakiś głęboki sens.

Wiara, to nie sprawa prywatna

Bywa tak, że ludzie mówią, że wiara, to ich prywatna sprawa. Jestem jednak przekonany, że to slogan, który zakrywa brak wiarę tych ludzi. Jest ku temu kilka argumentów. Jeden z nich, dosyć w sumie banalny, uświadomiłem sobie dokładnie dziś. Może dla części czytelników ten argument jest od dawna znany, ale mnie jakoś dziś ujął.
Wcześniej jednak kilka argumentów, które znałem już jakiś czas temu. Po pierwsze, to słowa, które są o tyle istotne, że wskazują drogę do zbawienia: „Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych – osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia.” (Rz 10,9-10)
Nie tylko konieczne jest wyznawanie wiary ustami, ale trzeba tymi ustami wyznać panowania Jezusa. Gdy ktoś twierdzi, że wiara jest jego prywatną sprawą, to ani nie wyznaje wiary, ani nie uznaje Jezusa swoim Panem. 
Kolejny – bardzo ważny argument daje sam Jezus: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.” (Mt 10,32-33)
Jeśli człowiek nie chce publicznie mówić o swojej wierze, to znaczy, że nie chce się przyznać do Jezusa, a to się dla takiego człowieka może źle skończyć. A w takim razie pytanie: Jeśli nawet człowiek wierzy w Boga, to po co mu taka wiara, która do niczego dobrego nie prowadzi?
Jeszcze jeden argument wypływa częściowo z dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi:Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz stawia na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą.” (Łk 8,16) Ale jeśli połączymy to ze słowami: Wy jesteście światłem świata” (Mt 5,14), to trzeba stwierdzić, że nie po to Jezus nas czyni światłem, byśmy działali w ukryciu. Mamy być na świeczniku. Bo, jeśli ludzie patrząc na nas, czy słuchając naszych wypowiedzi, nie widzą w nas tego Bożego światła, to znaczy, że nie jesteśmy uczniami Chrystusa. Nie po to mamy wiarę, by ją trzymać w ukryciu tylko dla siebie. Jako lampa zapalona przez Boga Jego światłem, mamy być narzędziem, dzięki któremu inni mogą zdecydować się pójść za Chrystusem.
Tak na marginesie: Myślę, że uczniowie Chrystusa, w nadchodzących wyborach powinni wybrać także uczniów Chrystusa – nie tych, którzy twierdzą, że są, ale których światło wiary da się zauważyć przez ich zewnętrzne deklaracje i realną postawę.

Mądrość, czyli jeszcze jedna myśl

Podzielę się jeszcze jedną myślą, która przyszła mi dziś do głowy, w nawiązaniu do Liturgii Słowa. Chociaż właśnie uświadomiłem sobie, że myślą o podobnym wydźwięku podzieliłem się już na tym blogu.

Dzisiejszą Ewangelię można opacznie zrozumieć, w stylu: „Po co się śpieszyć z nawróceniem się? Przecież do nieba pójdę, nawet, gdy się nawrócę w ostatniej godzinie życia”. Ale niestety jest tu wiele przewrotności. Ja jednak napiszę jeszcze bardziej przewrotnie „Po co się śpieszyć z nawróceniem się? Nie warto iść do nieba”. Oczywiście, ja się osobiście z tym cytatem nie zgadzam, ale po krótce napiszę, dlaczego uważam, że z pierwszego podejścia do drugiego niewielka droga. Jeśli niebo jest ogromnym skarbem, o który niemalże ludzie zabijają się przed śmiercią, to dlaczego ludzie w tej chwili nie chcą po ten skarb sięgnąć? I nie mówię tu, bynajmniej, o przyśpieszeniu śmierci, ale o życiu w bliskiej relacji z Bogiem, które jest przedsmakiem nieba. O ludziach, którzy przyjmują Ciało Chrystusa, Jezus mówi: „ma życie wieczne”, a nie tylko, że je będzie mieć. No, ale jeśli ludzie o to się nie starają, to znaczy, że są przekonani, że ten skarb, który możemy otrzymać, to jednak lipa. W takim przypadku rzeczywiście nie ma co się o to starać, a więc nie ma co iść do nieba. No chyba, że ci ludzie twierdzą, że uważają, że będą mądrzejsi na starość – no… tak rzeczywiście często bywa, ale dlaczego nie  zmądrzeć od razu, jak się ma do tego okazję? Czy dobrze się żyje z przekonaniem, że się jest niezbyt mądrym?

Mam nadzieję, Drogi Czytelniku, że jednak jesteś mądry tą Bożą mądrością i nie czekasz na starość, by zdobyć skarb, który chce Ci ofiarować Bóg – nie tylko w niebie, ale także już tu na ziemi.