Homilia z 12.10.2008.

Podobnie jak tydzień temu, umieszczam homilię opublikowaną 3 lata temu w gazetce parafialnej. Ileś spraw mogło się od tamtego czasu zdezaktualizować – np. ilość czasu od śmierci papieża, czy np. potwierdzenie, że Jan Paweł II jest w niebie i jest wyniesiony na ołtarze. Mimo wszystko zapraszam do lektury.
Tysiąc dwieście osiemdziesiąt dziewięć. Tyle dni mija dziś od śmierci Jana Pawła II – największego z Polaków ostatnich dziesięcioleci, o ile nie w historii. Co po Nim zostało? Wydawać by się mogło, że wiele. Stale wracamy do tej postaci, do życia, pielgrzymek, a także nauczania. Papież zmienił nas – Polaków: dodał odwagi, sił oraz zapału do pracy. Śmierć papieża była dla nas momentem zjednoczenia się we wspólnym przeżywaniu żałoby na skalę nie widzianą przynajmniej od czasów sierpnia roku 1980. Co więcej – myślę, że to wybór Karola Wojtyły i jego pielgrzymka do Ojczyzny w olbrzymim stopniu przyczynił się do powstania Solidarności. 
Papież miał także wielki wpływ na religijność naszych rodaków. W latach pontyfikatu Jana Pawła II seminaria duchowne przeżywały swoiste oblężenie, a mury tych uczelni przygotowujących do kapłaństwa najliczniej były przekraczane w czasach pielgrzymek papieskich. Sam muszę stwierdzić, że wstąpiłem do seminarium w tych latach, chociaż osobiście nie czuję bezpośredniego związku z datą pielgrzymki papieskiej z 1997 roku. 
Mógłbym tutaj jednak sporo napisać o związku mojego powołania z Papieżem, podobnie jak każdy z nas mógłby długo opowiadać o tym, jakie ma wspomnienia o Janie Pawle II. Wydawać by się zatem rzeczywiście mogło, że sporo Tego Papieża w nas zostało. Czy jest to jednak prawdą? Przypomina mi się anegdota, w której papież po śmierci trafił do nieba i oglądając kolejne w nim miejsca zobaczył mnóstwo uszu. Zadał więc pytanie Świętemu Piotrowi, co znaczą te uszy, a święty Piotr odpowiedział że to są uszy, które słuchały przemówień papieskich. One od słuchania się uświęciły i poszły do nieba. Jednakże ich właściciele nie zmieniwszy swojego życia do nieba nie dotarli. Obawiam się że ta historyjka może mówić o niejednym z nas, lecz oby tak nie było! Kochaliśmy papieża, jeździliśmy na spotkania z Nim, słuchaliśmy Jego nauczania. Ale czy nasze życie rzeczywiście się zmieniło? 
Pamiętam jak zaraz po śmierci JPII w kościołach były tłumy ludzi modlących się za zmarłego papieża. Pamiętam też, jak po Mszy św. odprawianej w okolicach północy w mojej ówczesnej parafii, kilka osób poprosiło mnie o spowiedź – bardzo długą i bardzo trudną. Po tych dniach miałem nadzieję, że coś się zmieni w życiu religijnym Polaków. Minęło jednak kilka tygodni i wróciła stara – dosyć szara – rzeczywistość. Kościoły przestały pękać w szwach, liczba rozdawanych Komunii św. zaczęła się zmniejszać. Trochę szkoda, że nie wykorzystaliśmy szansy. 
Nasuwa się tu pytanie: co się wtedy stało? Dlaczego Papież był taki dla nas ważny – przy czym raczej zewnętrznie niż głęboko duchowo? Co powodowało, że jeździliśmy na spotkania z Nim, że gromadziły się tłumy po Jego śmierci, a setki tysięcy pojechały na Jego pogrzeb? Z obawą śmiem twierdzić, że nasza miłość do papieża wynikała głównie z naszej dumy narodowej. Kochaliśmy Jana Pawła II, bo był Polakiem – najwspanialszym ambasadorem naszej Ojczyzny w świecie. Drugi powód, to zapewne nasza miłość do Niego wynikająca z naszego współczucia spowodowanego Jego walką z cierpieniem i chorobą. A być może źródłem było to, że wszelkie spotkania i Msze św. z Nim stawały się niejako olbrzymimi radosnymi ucztami duchowymi, w których każdy chciał uczestniczyć i zawsze wychodził bogatszy.
Teraz – trzy i pół roku po śmierci Papieża – czujemy się osamotnieni. Brakuje nam wielkich uczt. A może brakuje nam świadomości, że w takich, a nawet wspanialszych ucztach możemy uczestniczyć? Dziś w pierwszym czytaniu słyszymy zapowiedź uczty: „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych wina” (Iz 25,6). Wprawdzie Jana Pawła II nie ma ciałem między nami, ale jest Ktoś nieskończenie większy od niego – Jezus Chrystus – i On nas wszystkich zaprasza na ucztę – najwspanialszą na świecie – podczas której karmi nas swoim Ciałem. 
Każdy z nas jest na nią zaproszony. My – żyjący i oczekujący na spotkanie z Bogiem w wieczności – oraz ci, którzy już stoją u tronu Stwórcy – w tym zapewne nasz papież. To, czy w takiej uczcie duchowej będziemy uczestniczyli zależy tylko od nas samych. Po prostu trzeba przyjść na Mszę świętą i godnie w niej uczestniczyć, przyjmując Ciało i Krew Chrystusa – najwspanialszy Pokarm, który Bóg nam zostawił, abyśmy nie ustali w drodze ku niebu. Każda Msza święta, nawet gdy jest odprawiana bez pięknej oprawy liturgicznej, jest wspaniałą ucztą, będącą zapowiedzią uczty w niebie. Jeśli kiedyś chcemy w tej niebiańskiej uczcie uczestniczyć i spotkać się tam m.in. z papieżem-Polakiem, to nie może zabraknąć naszego coniedzielnego pełnego uczestnictwa w uczcie Eucharystycznej. Decyzja zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Bóg zaprasza, a nam pozostaje jedynie jak najpełniej i najgodniej na to zaproszenie odpowiedzieć.

Homilia z 5.10.2008.

Trzy lata temu w mojej obecnej parafii zacząłem wydawać gazetkę parafialną. Dla mnie była to pewna ciągłość w stosunku do podobnej działalności w poprzedniej parafii. W gazetce umieszczałem także swoje homilie. Przy czym te pisane często były przynajmniej trochę inne od tych, które głosiłem z ambony. Ponieważ cykl niedzielnej Liturgii słowa jest trzyletni, więc w tej chwili czytania i Ewangelie (a przez to najczęściej i homilie) są analogiczne do tych sprzed trzech lat. Postanowiłem, że tu na blogu, w miarę możliwości, będę umieszczał homilie z tamtych gazetek. Dziś pierwsza z nich – z 5 października 2008.

Wśród tematów powracających – jak bumerang – w mediach i w polityce dosyć ważne miejsce ma tematyka aborcji. Sloganem, który wielokrotnie pojawia się w ustach zwolenników aborcji jest fakt, że kobieta ma prawo decydowania o sobie. Powołuje się tu najczęściej na prawo wolności, jako jedno z podstawowych. Gdyby założyć, że człowiek może robić co chce, to takie argumenty byłyby rzeczywiście bardzo prawdziwe i trudno byłoby się z nimi nie zgodzić. Jednakże trzeba wyraźnie zaznaczyć, że wolność, chociaż jest nam przez Boga dana, to jest także – jak powtarzał Jan Paweł II – zadana. Wprawdzie Chrystus powołał nas ku wolności, ale nie można jej traktować jako zachętę do hołdowania ciału i zaspokajania własnych żądz (por. Ga 5,13). Wolność pociąga za sobą odpowiedzialność za swoje decyzje i nie może ograniczać wolności innych ludzi. Stawiając sprawę aborcji jako prawo wolności kobiety, należy od razu zapytać o wolność poczętego dziecka. Czyż ono nie ma prawa do życia?
Prawo do życia łamane jest tak w przypadku aborcji, jak np. eutanazji i samobójstwa. Wydawać by się mogło, że człowiek może sam za siebie decydować i ustalić, kiedy ma zakończyć życie. Znowu tutaj pojawia się problem źle rozumianej wolności. Trzeba mieć świadomość, że człowiek nie jest właścicielem swojego życia. Ma natomiast zarządzać nim, najlepiej jak potrafi, a po śmierci zdać rachunek ze swojego zarządu – np. jak rozwijał dane mu przez Boga talenty, a także jak rozeznawał wolę Bożą i ją realizował.
Jednym z podstawowych problemów w życiu człowieka jest uświadomienie swojego miejsca w świecie. Chcielibyśmy być panami świata, innych ludzi, a przede wszystkim swojego losu. Wolimy innych ustawiać wokół siebie, niż się innym podporządkować. Ma to często już swoje początki w relacji do rodziców, nauczycieli i kolegów w szkole, a później przełożonych i wszystkich nas otaczających. Niestety taka postawa nieraz pojawia się także w odniesieniu do Boga. Już Adam i Ewa zbuntowali się przeciwko Stwórcy i wybrali drogę sprzeczną z Jego wolą. Czym się to skończyło? Wszyscy dobrze wiemy.
Historia odchodzenia od Boga niestety powtarzała się przez pokolenia. Izraelici zawierali z Bogiem kolejne przymierza, a później je łamali. W przymierzach obiecywali czcić Boga, co miało przynieść im Jego opiekę. Jednakże zrywanie obietnicy powodowało odrzucanie Bożej opieki. I tak co jakiś czas Izraelici nie słuchając nawoływania proroków, dostawali się w kolejne niewole – babilońską, syryjską, asyryjską oraz rzymską. Dopiero uświadamianie sobie przez ludzi potrzeby Boga i odnawianie przymierza, pozwalało z pomocą Stwórcy odzyskać wolność. Do wydarzeń z czasów starożytnego Izraela nawiązuje dziś Jezus w przypowieści o dzierżawcach winnicy. Izraelici – pracownicy winnicy Pana – odrzucali kolejnych ludzi posłanych przez Boga (proroków) i w dłuższym rozrachunku sami tracili. Rozwiązaniem, które miało być najlepszym dla Narodu Wybranego, powinno być posłanie na ziemię Syna Bożego. Jednakże i Jego ludzie nie uszanowali. Nie chcieli Go słuchać i przez to odrzucili Boga, Jego łaski i opiekę. Ludzie poprzez pragnienie życia niepodporządkowanego nikomu, stracili pracę, utrzymanie, opiekę i to, co posiadali, a Naród Wybrany przestał być jedynym, którym Bóg się szczególnie opiekuje.
Jakże często ten schemat powtarza się i w naszym życiu. Mamy wiele darów od Boga, a ciągle nam mało. Nie chcemy wypełniać przykazań, które zgodnie z zamysłem miłującego Boga są ustanowione dla naszego dobra. Mając przekonanie o własnej słuszności podnosimy rękę na to, co do nas nie należy, poprzez co zamykamy się na pomoc Boga i na Jego dary. Warto się nad tym wszystkim zastanowić i być może to nasze patrzenie zmienić.
Jeśli chcemy, aby Bóg się nami opiekował i abyśmy nie stracili tego, co już mamy, a otrzymali jeszcze więcej, nawróćmy się do Stwórcy i zacznijmy żyć zgodnie z Bożymi przykazaniami, a otrzymaną od Boga wolność dobrze wykorzystujmy w celu naszego uświęcenia.

Jezus Pan i święty Michał – mocna mieszanka

Dziś święto Archaniołów – w tym św. Michała, który jest chyba najmocniejszą bronią w walce duchowej. Domyślam się, że taki dzień, jak dziś nie podoba się szatanowi. Troszkę bałem się dzisiejszych lekcji, szczególnie, że w jednej z klas miałem mówić właśnie o aniołach i archaniołach.
Tak naprawdę, to moje obawy o szkołę wynikały jeszcze z jednej sprawy. Gdybym miał wspomnieć najgorsze lekcje z ostatnich lat, to prawie wszystkie były w trakcie, gdy prowadziłem temat „Jezus jest Panem” (albo „Jezus mój Pan”). Może się to wydawać ciekawe, ale dla mnie jest to dosyć jasne – komuś taka prawda bardzo się nie podoba. Dziś w jednej z klas miałem mówić o konieczności nawrócenia i Jezusie jako Panu. Zastanawiałem się jak to będzie – takie ważne święto oraz te tematy mówiące o św. Michale i Jezusie jako Panu. Będąc w szkole zaczął mnie boleć żołądek. Lekcja o aniołach niestety była dosyć trudna. Wprawdzie do niektórych zapewne dotarłem z przesłaniem, ale wiele osób mocno przeszkadzało, nawet samemu się dziwiąc (i mówiąc o tym), że tak się zachowują. 
Później była lekcja o wierze i Jezusie – Panu. W sumie nie było źle.  Kilka osób gadało, ale ileś słuchało. Aż się dziwiłem, że nie ma jakichś poważniejszych trudności. Starałem się w różny sposób mobilizować uczniów, by wybrali drogę Jezusa. Dawałem przykłady różnych cudów, których byłem świadkiem. W pewnym momencie – już pod koniec lekcji – powiedziałem, że tak naprawdę, to człowiek, który nie ogłosi Jezusa swoim Panem nie może liczyć na nic od Niego – ani na zbawienie, ani na pomoc, na szczęście itp. Potem dałem jeszcze pewne argumenty, które mają zmobilizować, by obrać Jezusa swoim Panem. Miałem coś jeszcze powiedzieć, lecz nie zdążyłem, bo…
No właśnie… Jedna z uczennic osunęła się z krzesła, padła na podłogę, zaczęła się mocno trząść. Uczniowie szybko do niej podbiegli, potem zawołali dyrektora. Ja za bardzo nie miałem możliwości do niej podejść. Gdy jednak na chwilę podszedłem, położyłem rękę na głowie, zacząłem po cichu się modlić, to się uspokoiła. Gdy po przyjściu dyrektora odsunąłem się, ona ponownie zaczęła się trząść. Modlitwy moje na odległość nie pomagały, chociaż miałem wrażenie, że kilka razy na moją mocniejszą modlitwę trzęsła się bardziej. Ale nie wiem, czy to jednak nie moje wyobrażenie i autosugestia, która niemalże z góry zakłada, co to może być. Wiem, że wyglądała ona na mocno wystraszoną, wiem, że miała trudności w oddychaniu, łapała się za gardło. Co to było? Nie wiem. Ratownicy z karetki, która przyjechała też nic nie odkryli. Ciśnienie i tętno w normie, EKG też. Podobno wcześniej nigdy nie miała takich problemów. Fakt, że podobno z nią średnio było także przed religią. Ale dla mnie ten „przypadek” nie chce się dać wpisać w ramy „przypadku”.
Dla mnie dzisiejsze święto oraz temat „Jezus jest Panem” jest na tyle mocną „mieszanką”, która nie podoba się pewnym stworzeniom we wszechświecie, że mogło się to przyczynić do mojego bólu brzucha, złego zachowania uczniów na lekcjach, kiepskiego samopoczucia tej uczennicy, a ostatecznie manifestacjami, które są dosyć charakterystyczne n.in. dla osób zniewolonych. Ale to tylko hipoteza. Jaka jest prawda, to na razie tylko Bóg wie… no może także i ta uczennica.

Modlitwa, a burza

Wprawdzie to, co tu chcę napisać może nie jest całkowitą nowością. Ale przez to potwierdza coś, co już wcześniej miało miejsce.
Wczoraj modliłem się nad jedną z osób. I myślę, że to była ważna modlitwa. „Ciekawostką” może być to, że gdy zacząłem modlić się o uwolnienie tej osoby, zaczęły pioruny silnie uderzać. Skończyły się one w momencie, gdy ja skończyłem się modlić. W sumie nic nadzwyczajnego – deszcze, a nawet chyba burze, były wcześniej zapowiadane. Ale jakaś zbitka tych dwóch spraw, wydaje mi się mało przypadkowa. Szczególnie, że to nie pierwszy raz tak było.
Przy okazji jeszcze napiszę o jednej ważnej sprawie. Zauważam, że ostatnio Bóg zwraca mi uwagę na pewien aspekt posługi uwolnieniowej. To da się wyczytać nawet z mojego bloga, czy z wygłaszanych homilii. Jest to kwestia przebaczenia, a dokładniej uzdrowienia. Widzę wyraźnie, jak wielu ludziom potrzebna jest modlitwa uzdrowienia wewnętrznego. Wielokrotnie ludziom bardziej jest potrzebna taka modlitwa niż modlitwa uwolnienia. Znam takie przypadki, gdy nawet były pewne manifestacje złego ducha w trakcie modlitwy, a problem był głównie zranienia wewnętrznego i modlitwa uzdrowienia była ważniejsza niż samego uwolnienia. Chociaż często w takiej sytuacji niezbędne są dwa wyżej wymienione rodzaje modlitwy. 
Jeszcze warto dodać pewną kwestię, na którą też Bóg zwrócił mi uwagę. To, że ważne jest, by przebaczyć tym, którzy nas skrzywdzili, to jest w miarę jasne. Niby jasne powinno być także jeszcze coś. Aczkolwiek chyba takie dla mnie nie było. Trzeba także modlić się, by Bóg dał łaskę, by osoby, które my skrzywdziliśmy, mogły nam z serca przebaczyć i zostać uzdrowione. Być może sytuacje, w których skrzywdziliśmy innych ludzi, powodują w nich tak wielkie rany, że nie potrafią kochać. To potrafi przyczynić się do trudności naszego doświadczenia Bożej miłości. Wszak Bóg upomina się o tych, którym dzieje się krzywda. Potwierdza to Jezus mówiąc: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25,40) To, o czym tu piszę, powinno być w miarę jasne – wszak wchodzi to w jeden z warunków sakramentu pokuty i pojednania – zadośćuczynienie. Ale mam wrażenie, że nie dla wszystkich to takie jasne jest.
Kończąc tego posta proszę Boga, by dał łaskę przebaczenie mi przez tych wszystkich, których skrzywdziłem swoim świadomym lub nieświadomym działaniem – nawet takim, co do którego nadal jestem przekonany, że to była słuszna sprawa, ale byłem źle odebrany. Proszę Boga, by uzdrowił rany ich serc. Proszę także Was, drodzy czytelnicy, o przebaczenie mi. Ze swej strony również obiecuję przebaczenie.

Jezus – Pan kierowca

Postanowiłem, że coś dziś napiszę, by ktoś nie stwierdził, że nic się ze mną nie dzieje. Na początek refleksja, że uznanie Jezusa za swojego Pana, to niejako pozwolenie Jezusowi, by był kierowcą mojego życia i prowadził mnie, tak jak On chce. Ale tym razem o trochę innej sprawie – bardziej to dotyczy aspektu Jezusa jako Zbawiciela. 
Trudno mi oceniać jakim jestem kierowcą. Na pewno mocno doświadczonym. Ale jakieś mam niesłychane „szczęście” nieraz złapać „gumę” w prawym przednim kole. Zapewne świadczy to o tym, że co jakiś tym kołem na coś wjeżdżam, lub uderzam. Inną sprawą, z której nieraz sobie kpią moi znajomi, jest kwestia mojego parkowania. Prostopadłe, nie zawsze jest prostopadłe; z tyłu samochodu zazwyczaj zostawiam za dużą przestrzeń. Chyba po prostu w obecnym samochodzie jakoś nie potrafię dobrze zorientować się, w jakim położeniu względem otoczenia jest moje auto. Największy problem mam jednak z parkowaniem równoległym – zwanym „kopertą”. Szczególnie, gdy jeszcze trzeba to zrobić podjeżdżając przynajmniej jedną stroną samochodu na chodnik. Trochę wynika to z tych trudności z orientowaniem się w położeniu samochodu. Boję się też zahaczyć innego pojazdu.
Dziś niestety byłem w podobnej sytuacji. Miałem dosyć pilne spotkanie. Trudno było mi znaleźć wolne miejsce. Wreszcie jedno się znalazło. Nota bene – za samochodem, który w rejestracji miał trzy kolejne szóstki. Próbowałem kilka razy podchodzić do tego parkowania. Raz źle, drugi i następne też… W sumie już chciałem szukać innych miejsc. Ale przecież wcześniej zrobiłem rundkę o długości 2 km, by jakieś miejsce znaleźć. A czas spotkania zbliżał się. W pewnym momencie mówię: „Jezu, pomóż, a ja jadę”. Postarałem się wierzyć w to, co mówię. I co? Ruszyłem dosyć zdecydowanie. Wjechałem bez potrzeby poprawiania, bez poczucia ryzyka obtarcia innego samochodu. I tylko przyszło mi dziękować Jezusowi i Jemu oddawać chwałę. On nam naprawdę chce pomóc, tylko trzeba uwierzyć, że On to może zrobić i chce. I tylko dać Mu szansę.
Chwała Panu!
PS. Należy jednak pamiętać, by Boga nie wystawiać na próbę i nie wzywać Go w czczych rzeczach. Ale ja naprawdę byłem w desperacji i wiedziałem, że bez Jego pomocy sobie nie poradzę.