Od iluś dni zbieram się, aby coś napisać na swoim blogu. Poczułem się jednak zmobilizowany. Iluś ludzi bowiem pisze do mnie z pytaniem, co u mnie, jak się czuję itp. W sumie to zaczynam dochodzić do wniosku, że oni chcą, bym ja ich zapytał, jak oni się czują. Odpowiadając na pytanie, które dostaję, muszę napisać, że jeśli chodzi o sprawę epidemii, to dobrze. Jakoś nie boję się zakażenia. To nijak nie znaczy, że nie dopuszczam do siebie możliwości zakazić. Ale jakoś na obecną chwilę mam spory pokój w sercu w tej sprawie. Chcę w tym wpisie podzielić się różnymi refleksjami związanymi z tym czasem.
Wyjątkowy czas
Niewątpliwie mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Pewne podobne wydarzenia nie miały miejsca od przynajmniej kilkudziesięciu lat. Kwestia ograniczanych obecności na Mszach św., to ewenement. Tu pojawia się pytanie, czy można się zarazić będąc na Mszy św., przyjmując komunię św. Moja odpowiedź: jak najbardziej można. W dyskusji niewłaściwym argumentem są słowa Jezusa, że gdyby wierzący nawet coś zatrutego wypili nie będzie im szkodzić. Przecież tu nie o to chodzi. Nie oznacza to, że mocno wierzący chrześcijanie mogą sobie do woli spożywać zatrute pokarmy i nic się nie stanie. Raczej Jezus wysyłając uczniów na cały świat dawał do zrozumienia, że w misji Ewangelizacji mogą się dziać różne cuda. Wśród nich np. uzdrawianie chorych, ale i cuda przeżycia mimo spożycia trucizny. Jednak nie jest to zachęta do wystawiania Pana Boga na próbę, poprzez myślenie, że przecież jestem wierzący, więc nic mi się nie może stać.
A propos tego, co może się stać, mówił kiedyś Jezus, że włos z głowy Jego wyznawcom nie spadnie. Ale w tym samym fragmencie Ewangelii nasz zbawiciel mówił o tym, że niektórych przyprawią o śmierć. Jak to pogodzić? Czy to tylko czcza gadanina Jezusa? I nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością? Niewątpliwie należy uwzględnić pewien rodzaj retoryki żydowskiej, który ileś rzeczy przejaskrawia, by podkreślić pewne kwestie. Ale myślę, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Bardziej odniósłbym się do słów św. Pawła, który pisał, że „nasza ojczyzna jest w niebie”. W odniesieniu do ziemskich niebezpieczeństw, człowiek może za pomocą łaski Bożej być ochroniony (nieraz w sposób cudowny), ale w kontekście życia wiecznego człowiekowi prawdziwie wierzącemu „włos z głowy nie spadnie”. Żadna trucizna, żaden wirus, żadna prześladowania nie powinny być straszne. Wszak „jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam”.
Nie trzeba się bać
Czy w takim razie należy bać się pójść na Mszę św. i przyjąć komunię św.? Myślę, że nie ma co się bać. Św. Jan pisał, że „prawdziwa miłość usuwa lęk”. A lęk jest wyrazem niewydoskonalenia się w miłości. A, że Bóg jest miłością, więc lęk jest wyrazem niedostatecznego doświadczenia mocy miłującego Boga. No tak… ale ktoś zapyta: „skąd wziąć taką miłość?”. Ostatnio słyszeliśmy w czytaniu, że „miłość Boża jest rozlana w sercach naszych przez Ducha Świętego”. Zatem potrzeba dużo Ducha Świętego. Warto jednak pamiętać słowa św. Pawła: „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia.” (2Tm 1,7). Stąd wynika, że człowiek doświadczający Ducha Świętego nie musi się bać. Ale nie znaczy, że ma już zupełnie nie myśleć. Potrzeba pewnej roztropności w naszym działaniu.
Kwestia dyspensy
Człowiek, który sam o sobie decyduje, który niemalże nie ma możliwości zarazić kogoś innego jest zachęcony do tego, aby mężnie wyznawać wiarę, także będąc na Mszy św. i przyjmując Komunię. Jednak osoby, które są bardziej narażone na chorobę i śmierć (osoby starsze), albo osoby, które mają kontakt ze starszymi, albo z dziećmi, powinny trzeźwo myśląc skorzystać z dyspensy, którą Kościół ogłosił. Dyspensa dotyczy także osób, które się boją zarazić. Bóg nie wymaga od nas heroizmu, chociaż zaprasza do przekraczania samych siebie. Ale nigdy grzechem ciężkim nie będzie sytuacja, gdy człowiek wystraszył się heroicznego działania.
Można by tu dojść do wniosku, że może lepiej zamknąć wszystkie kościoły, nie pozwolić nikomu uczestniczyć we Mszy św. Wydawać by się mogło, że wystarczy zachęcić wszystkich do przeżywania Mszy św. w domu, przed telewizorem. I to byłoby bardzo niedobre myślenie. Nigdy Msza św. telewizyjna nie zastąpi pełnego uczestnictwa we Mszy św. Nawet, gdy w mieszkaniu przeżywamy ją w jak najlepszym skupieniu, nie myśleniu o chorobach, czy przeciwnościach. I dlatego osoby, które bez dyspensy, bądź niezawinionej nieobecności opuszczają Mszę św., zaciągają grzech, który zasadniczo należy uznać, jako ciężki. Eucharystia jest ofiarą Chrystusa. Ale także zachętą, byśmy także i my składali ofiarę z siebie. Będąc gotowymi na poświęcenie. Pełne uczestnictwo we Mszy św. jest możliwe tylko, jako połączone z Komunią św. sakramentalną.
Komunia św. duchowa
Komunia św. duchowa, o której się ostatnio mówi, nigdy nie zastąpi komunii sakramentalnej. Otwiera ona na łaski Boże w takim stopniu, na ile jesteśmy w stanie. To dotyczy osób, które w minioną niedzielę skorzystały z dyspensy od udziału we Mszy św., ale może to dotyczyć także osób żyjących w związkach niesakramentalnych, nie są w stanie zerwać z grzechem i nie mogą przyjmować sakramentów. Wierzę, że Bóg zsyła na takie osoby dużo łask. Tyle tylko, że tu mi się kojarzą słowa Jezusa przy uzdrawianiu jednego z chorych „wedle Twojej wiary Cię uzdrawiam”. Słowa te można sparafrazować do takich: „jaka Twoja wiara, takie moje uzdrowienie”. A w przypadku komunii św. duchowej łaski otrzymane od Boga zależą od dyspozycji przyjmującego. Na ile trudności w przyjęciu komunii św. sakramentalnej są obiektywne, na ile człowiek ma wpływ na to, w jakiej sytuacji się znajduje, a jednocześnie, czy wierzy, czy jednak dosyć lekceważąco do tego podchodzi.
Komunia Św. duchowa polega na duchowym łączeniu się z Jezusem i przyjmującymi komunię św. sakramentalną. To kwestia odpowiedniej dyspozycji, przygotowania, modlitwy, czasami także postawy ciała. Ważna jest tu świadomość i wiara. Warto całą tę sytuację z dyspensą od obowiązku uczestnictwa we Mszy św. wykorzystać do przypomnienia czym jest komunia św. duchowo i jak z niej korzystać.
Eucharystia prawdziwym pokarmem
Warto jednak pamiętać, że o Komunii św., przyjmowanej fizycznie Jezus mówił: „moje Ciało jest prawdziwym pokarmem” oraz „kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. Komunia Św. sakramentalna, to nie jest symbol. To prawdziwy pokarm dający życie wieczne. Jezus nie mówi tu o rzeczywistości duchowej, ale fizycznej. I dlatego nie obiecuje nieba tym, którzy tylko przyjmują Komunię św. duchowo. Wierzę jednak, że Bóg nie zamknie nieba przed człowiekiem w sytuacji, gdy człowiek nie miał realnej możliwości przyjmowania Ciała Chrystusa. Trochę inaczej jest w sytuacji, gdy jednak możliwość by była, a brakuje decyzji zerwania z grzechem. Wiem jednak, że Bóg jednak patrzy na serce i myślę, że człowiekowi, któremu będzie realnie zależało na Bogu, pomoże dojść do pełnej z Nim jedności. Tak na ziemi, jak i w niebie.
Ale żyjąc świadomością tego, jak ważna jest komunia św. sakramentalna, nie ma co się dziwić, że wiele ludzi byłoby oburzonych, że kościoły są całkowicie zamknięte i nie można uczestniczyć w Eucharystii.
Gdzie jest Bóg?
Ileś ludzi w całej sprawie koronawirusa stawia pytania o przyczyny. Ludzie pytają, dlaczego Bóg na to wszystko pozwala. Niektórzy widzą realizację apokaliptycznych zapowiedzi. Są nawet zdania stwierdzającego, że to kara Boża za grzechy ludzi. Przy czym oczywiście – najczęściej o karach mówią ludzie zrzucając na winę na swoich przeciwników. Jak ja to widzę? Nie chodzi o karę. Trafnie zapowiada to Ewangelia o dwóch domach. Jednym zbudowanym na skale, a drugim na piasku. I w jednej i drugiej sytuacji Pan Jezus zapowiada trudności. Dokładnie te same. Ostatecznie jeden dom runął, a drugi nie. Innymi słowy nasz Pan nie mówi, że ludzie wierzący będą mieli spokojne życie, a niewierzący trudności. Różne przeciwności i tak będą. I tylko pytanie, na czym człowiek buduje. I na ile ufa Panu Bogu. Choroby są i będą. Także będą ludzie umierać na różne choroby. Ale istotne jest, na ile człowiek współpracuje z łaską Bożą.
Oczywiście pytanie, na ile człowiek jest otwarty na Boga i Jego działanie. Bo chociaż Bóg kocha każdego człowieka i nic złego od Niego nie pochodzi, to człowiek może się na Boga zamknąć. Św. Paweł pisał, że „wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej”. Człowiek grzesząc zamyka się na dobro i miłość, które Bóg chce dać. To zerwanie z grzechem otwiera ponownie na Boga.
Koronawirus a syn marnotrawny
Mówiąc o zerwaniu z grzechem warto wrócić do przypowieści o Synu Marnotrawnym. To chyba najlepszy opis tego, jakie są konsekwencje grzechu oraz jaki dobry jest Miłosierny Ojciec. Kilka dni temu czytając tę przypowieść zwróciłem uwagę na pewien aspekt. Jezus podaje, że gdy syn roztrwonił cały majątek, nastał ogromny głód w owej krainie. Mógłby ktoś stwierdzić, że nieszczęścia chodzą parami. Ja to widzę inaczej. Ten głód był dopustem Bożym i zapowiedzią wielkich łask. Gdyby młodzieniec nie zgłodniał, być może nie wróciłby do Ojca. A tak skojarzył, że u Jego Ojca nawet służący mają co jeść. Czyli Bóg dopuścił głód, aby człowiek wrócił do miłującego Ojca.
I myślę, że podobnie jest obecnie. Nic się nie dzieje w świecie, na co Pan Bóg nie pozwoli. A pozwala tylko na to, z czego może wyprowadzić dobro. W świecie, w którym wiele społeczeństw ustawia sobie życie tak, jakby Boga nie było, potrzebny jest głód. Głód Boga. Ludzie, jak syn marnotrawny, roztrwonili cały majątek otrzymany od Boga. A tym majątkiem jest wszelkie dobro, Boże prowadzenie, przykazania, a ogólnie dziecięctwo Boże. Tak jak bohater przypowieści, iluś ludzi doprowadza się do stanu, który można niemalże porównać do jedzenia tego, co świnie. A myślę, że Pan Bóg dopuszcza stan epidemii, aby człowiek Jego na nowo poszukał. Pomyślmy, kiedy ostatnio Wielki Post był przeżywany w takiej zadumie, ciszy, refleksji? Jak bardzo ludzie zapomnieli o potrzebie postu, bez zabaw, nadmiernej rozrywki. A teraz zostali do tego zmuszeni.
Czy dobrze wykorzystamy ten czas?
Zaczynając Wielki Post w liturgii Środy Popielcowej słyszeliśmy „Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia.” (2 Kor 6,3). Wierzę, że ten czas, epidemii, jest czasem, który prowadzi nas do zbawienia. Czasem szukania Pana Boga. Dojścia do tego, co mówił sam Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy: „beze mnie nic nie możecie uczynić”. Człowiek może włożyć wiele wysiłków i pracy, aby pokonać choroby. Ale jeśli Bóg nie pomoże, nic się nie uda. Czy dobrze wykorzystamy ten czas dany nam przez Pana? Nie ma co patrzeć na innych. Nie ma co się skupiać na tym, jak jest źle z chorobą. Ale warto przemyśleć, co zrobić, aby jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Pomocą jest dla nas sam Chrystus, Jego słowa, Jego Ciało, Jego Kościół. I tylko pytanie, czy chcemy z tego skorzystać, czy też będziemy czekać, licząc, że inni nas od choroby ocalą.
Szczęść Boże,
Gwoli ścisłości w 2010 roku w czasie pandemii ptasiej grypy nikt w Polsce nie postulował zamykania kościołów ani nie zachęcał do przeżywania Mszy św. przed telewizorem. Zmarły wówczas 182 osoby.
Ja osobiście uczestniczę w niedzielnych Mszach św., w Drodze Krzyżowej i Gorzkich Żalach i ubolewam, że wiele osób dyspensę potraktowało zdaje się jako wymówkę, aby kościoła nie nawiedzać nawet na krótką adorację w dniu powszednim. Przykre to i smuci. Rodzi się też pytanie, czy biskupi mają takie umocowania, aby odwołać lub zawiesić Dekalog jak to uczyniono we Włoszech.
Ja nie bagatelizuję epidemii, bo jest ona faktem, podobnie jak faktem była epidemia ptasiej grypy w 2010 roku, ale w części jest ona niestety podsycana przez media.
Z Panem Bogiem
Piotr