Archiwum kategorii: Bez kategorii

Przeryczałem

Taki mało kulturalny tytuł tego posta. Ale chyba bardziej oddaje to, co chciałbym przekazać, niż słowo „przepłakałem”. Wprawdzie brzmienie tytułu może świadczyć o stałym mocnym płaczu, to jednak wyjaśniam, że to było kilka mocnych wybuchów płaczu. Ale domyślam się, że tytuł „zaryczałem” byłby zapewne już w ogóle źle odebrany. O co chodzi?
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek na tym blogu coś reklamowałem, polecałem. Jeśli nawet już, to takich sytuacji było jak na lekarstwo. Tym razem będzie jednak inaczej. Niedawno dostałem w prezencie książkę pt. „Franciszkanin z SS. Prawdziwa historia Gereona Goldmanna OFM”. Już sam fakt otrzymania tej książki był ciekawym „przypadkiem”. Nie licząc tego, że przypadki są chyba tylko w języku polskim i kilku innych. O tyle fakt otrzymania tej książki był ciekawy, że ja co nieco o tej książce słyszałem, a dostałem ją od zupełnie innej osoby, która zastanawiając się nad prezentem imieninowym dla mnie, poczuła wyraźne natchnienie, by kupić mi tę właśnie książkę.
Wprawdzie od imienin minęły prawie 3 tygodnie, to jednak lektura tej książki zajęła mi ostatnie kilka dni. Trudno się odrywa wzrok od tego, co można tu wyczytać. Historia, która spokojnie mogłaby być zekranizowana i wyświetlana z dużym powodzeniem w kinach wielu krajów, jest autentyczną historią człowieka, którego najwyraźniej prowadzi Bóg. Czytając tę historię można dostrzec siłę modlitwy, zaufanie Bogu, a także fakt, że Bóg prowadzi człowieka różnymi drogami, chcąc doprowadzić do ważnych celów. Nie tylko można to wszystko dostrzec, ale się nauczyć. To właśnie różne opisane wydarzenia spowodowały mój „ryk” tak mocny i gwałtowny, że nie dało się powstrzymać. Wprawdzie o charyzmatach i nadzwyczajnych darach od Boga dopiero się uczę, to jednak nie wykluczam, że mógł to być dar łez, który oczyszcza wnętrze i otwiera na przyjęcie łaski Bożej. W tych momentach niemalże przychodziły myśli typu: „widzisz? a jednak da się zrobić rzeczy po ludzku wydawałoby się niemożliwe”, „nie bój się!”, ale także „ja też tak chcę”. Opisana szalona wręcz historia jest niewątpliwie dla mnie motywacją – „nie bój się iść za natchnieniami – nawet, gdyby to groziło śmiercią”.
Kilka miesięcy temu pisałem na blogu, że czuję, iż jestem wezwany do Bożego szaleństwa. Po lekturze z ostatnich dni, jeszcze bardziej czuję, że coś z tego może być. A co więcej – że naprawdę tak da się żyć. Zachęcam wszystkich do lektury tej wspaniałej historii. I do zaufania Bogu, który nieraz w sposób wręcz cudowny prowadzi przez życie.
Miałem dziś na blogu napisać jeszcze o pewnych rzeczach, które się dzieją wokół mnie. Ale jeśli jestem przy temacie różnych spraw wartych polecania, to napiszę tu jeszcze o dwóch sprawach. Mianowicie sprawa pewnego „artysty”, który ma się pojawiać w telewizji publicznej. Biskup włocławski wyraził ostatnio „Non possumus!” w tej sprawie. Zachęcam do zapoznania się z tą odezwą: Odezwa oraz do podpisania się pod petycją Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy w tej samej sprawie: Apel i petycja.
Kolejną rzeczą, którą polecę, to pewien cykl felietonów z Gościa Niedzielnego. Oprócz wydania papierowego, felietony można znaleźć w intenrnecie: Tabliczka Sumienia. Autor, Franciszek Kucharczak, ma według mnie bardzo dobre i trafne spostrzeżenia. Jego opinie mogą niejednego oburzyć, ale na pewno nie pozwolą przejść obojętnie wobec istotnych spraw. Chrześcijaństwo zobowiązuje – nie można być letnim – trzeba być gorącym. I myślę, że te felietony do takiej wiary mobilizują.

Najlepszą obroną (nie) jest atak

W pierwotnej wersji mojego poprzedniego posta (vel: postu) pojawiły się słowa, że najlepszą obroną jest atak. Tak przynajmniej się mówi. Ale usłyszałem od jednej z osób, że to sformułowanie bardzo jej się nie spodobało. I w sumie trzeba przyznać tu rację. Bo są sprawy, w których to zdanie jest prawdziwe, ale chyba jednak nie zawsze.
Najpierw warto sobie uświadomić, że nieraz taki atak jest potrzebny. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy jakiś wróg stale nęka i atakuje nasz kraj, w sytuacji, gdy się tego nie spodziewamy. Po udanym ataku wróg ten zaraz się cofa i czeka na moment, gdy zapomnimy, że coś nam grozi. Następne ataki są ponawiane w podobny sposób. I pojawia się pytanie: Czy pozwalać się tak po kawałku niszczyć, czy też przeprowadzić kontratak? Oczywiście, ktoś mógłby zauważyć, że można to jeszcze spróbować zrobić w sposób dyplomatyczny. Ale co będzie, jeśli nie przyniesie to skutku? Nadal czekać? Uderzenie na wroga ma szansę osłabić go, a także odciągnąć od innych miejsc, w których chciałby sam zaatakować.
Troszkę inna sprawa jest, gdy wróg jest sporo silniejszy od nas. Można próbować prosić o pomoc przyjaciół. Ale jeśli mimo to przewaga jest niesłychanie większa? O podobnym przypadku mówił sam Jezus: 
„Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju.” (Łk 14,31-32)
Innymi słowy – trzeba mierzyć siły na zamiary. Nie zawsze jesteśmy w stanie wygrać, a atak może obrócić się przeciw nam. W sytuacji walki duchowej jest jednak bardzo ważna kwestia. Zauważa ją św. Paweł:
„Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6,12).
Innymi słowy – nawet gdyby ktoś myślał, że naszym przeciwnikiem jest człowiek, grupa ludzi, czy całe mocarstwo, to jednak prawda jest taka, że to walka z szatanem i jego wojskiem. Jest on niestety sporo mocniejszy od każdego z nas. Co zatem robić? W sąsiadujących z powyższym wersetach Apostoł Narodów wyjaśnia:
 W końcu bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość, a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokojuW każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością” (Ef 6,10-11.13-18a).
To jest prawdziwa walka. I to jest sposób, jak do niej podejść. Ale na samym początku św. Paweł wyjaśnia – by być mocnym siłą potęgi Pana. To On ma zwyciężać, a my wraz z Nim. Tyle tylko, że te wszystkie wymienione cechy łączą się z jedną – najważniejszą – MIŁOŚCIĄ. I to jest najlepsza obrona. I tak właśnie trzeba walczyć. 
Kończąc dodam jeszcze słowa, którymi dokończył swoją myśl św. Paweł:
„Proście za wszystkich świętych i za mnie, aby dane mi było słowo, gdy usta moje otworzę, dla jawnego i swobodnego głoszenia tajemnicy Ewangelii, dla której sprawuję poselstwo jako więzień, ażebym jawnie ją wypowiedział, tak jak winienem.” (Ef 6,18b-20)
Zatem proszę – módlcie się i za mnie. Byśmy – ja a także i Wy, razem zwyciężyli w tej walce.

Walka

Od jakiegoś czasu docierają do mnie różne informacje – stawiane zarzuty, nieraz wyraźne ataki. Mam wrażenie, że to w ogóle się nasila. Trochę mam wątpliwości, gdzie tu jest sens, gdzie jest prawda. Ale najwyraźniej zaczął się czas silniejszej walki duchowej. Gdy wężowi nadepnie się na ogon, przechodzi do kontrataku. Nie da się za bardzo udawać, że nic się nie stało, że nie ma problemu. Trzeba walkę podjąć – nawet jeśli nie atakując – to przynajmniej się broniąc.

Oczywiście – to, co dotyczy węża, dotyczy także tego, który jest przedstawiany jako wąż – czyli ojca kłamstwa. Zdaję sobie sprawę, że potrafi on do walki wykorzystać osoby, które nawet do końca nie są tego świadome, a do których dostęp ma przez ich zranienia, pragnienia, a także nie do końca szczere życie. Ale tak nieraz się właśnie dzieje. Chyba ostatnio było za dużo dobra i zły się wkurza.

W ostatnim czasie pytam się Boga, jak to jest. Dlaczego tak się dzieje? Gdzie jest w tym wszystkim prawda? Dostawałem różne światła, słowa. Także o takowe prosiłem różne osoby. Słowa te (nie)stety były ze sobą bardzo zbieżne. Podzielę się jednym z nich. To nie są proste słowa. Ale także i sprawa ogólnie nie jest prosta: 

Znaleźli się jednak fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje. Wyprą się oni Władcy, który ich nabył, a sprowadzą na siebie rychłą zgubę. A wielu pójdzie za ich rozpustą, przez nich zaś droga prawdy będzie obrzucona bluźnierstwami; dla zaspokojenia swej chciwości obłudnymi słowami was sprzedadzą ci, na których wyrok potępienia od dawna jest w mocy, a zguba ich nie śpi.” (2P 2,1-3)

Być może iluś osobom ten post się nie spodoba. Ale tak właśnie się ostatnio czuję. Za dużo potwierdzeń, że to ma sens. Wierzę, że Bóg mnie z tego wyprowadzi obronną ręką.  Prosząc o Słowa od Boga otworzyłem po modlitwie Pismo Święte, a tam początek Psalmu 35:

Wystąp, Panie, przeciw tym, co walczą ze mną, 
uderz na moich napastników!
Pochwyć tarczę i puklerz 
i powstań mi na pomoc.
Rzuć włócznią i toporem 
na moich prześladowców; 
powiedz mej duszy: Jam twoim zbawieniem.
Niech się zmieszają i niech się zawstydzą 
ci, co na życie me czyhają; 
niech się cofną zawstydzeni 
ci, którzy zamierzają mi szkodzić.” (Ps 35,1-4)

Tak, Panie… Walcz w mojej obronie i zwyciężaj. Na Twoją chwałę!

Przez ciernie do zbawienia

Nie ma nigdy tak, by droga ku świętości cała była wyłożona różami. A jeśli nawet już, to nie ma tak, by chodzić po samych płatkach róż. Zdarza się także chodzić i po kolcach. Kilka niedawnych dni, to niestety sporo cierni i kolców na drodze. Ale łatwiej się je pokonuje z przekonaniem i świadomością, że Bóg jest, działa, opiekuje się mną i prowadzi.
Szatan niewątpliwie się wkurza, gdy dzieje się wiele dobrych rzeczy. I próbuje złamać to, co wydawałoby się, że już jest jasne i pewne, a wątpliwe sprawy zostały rozwiązane. Niestety nieraz bywa tak, że trudne doświadczenia spadają ze strony bliskich osób, które nawet nie są świadome, jak utrudniają życie. Dotyczy to poruszania drażliwych tematów, robionych aluzji, a nieraz wręcz stawianych zarzutów.
Jakże dobrze, że Bóg działa. Bo jeśli Jemu powierzymy swoje problemy z wiarą, na ich rozwiązanie, to On przychodzi z pomocą. Raz szybciej, innym razem troszkę wolniej. Co więcej nieraz rozwiązując pewne problemy pomaga wyjść umocnionym i upiec np. dwie pieczenie na jednym ogniu.
Wczoraj wieczorem miałem pewną rozmowę, o której przebieg się obawiałem. Modliłem się sporo przed nią. Okazało się, że nie tylko moje wątpliwości się nie potwierdziły, co rozmowa umocniła chyba nas.
Ciekawostką jest, że to nie była ostatnia rozmowa wieczoru. Znajoma, z którą dawno nie miałem w miarę bliskiego kontaktu, a która miała (i chyba nadal jednak ma) problemy z wiarą, napisała SMSa z prośbą o spotkanie, bo musi z kimś pogadać. Wprawdzie było już późno, to poszedłem, porozmawialiśmy, wyżaliła się i… No właśnie do końca nie wiem, jakie jest „i…”, ale jestem przekonany, że to nie koniec. Nie wykluczam, że mógł nastąpić pewien przełom. Kto wie, czy po długim czasie nie znajdzie się u mnie u spowiedzi…?  Pewnym potwierdzeniem tego, że Bóg czuwa i wie, co robi, było w pewnym momencie pytanie o potwierdzenie tego, że Bóg działa. Opowiedziałem historię mojej rozmowy i spowiedzi z Przystanku Jezus, o której pisałem w jednym z postów. Na twarzy mojej rozmówczyni pojawił się uśmiech i takie piękne zadziwnie tym Bożym działaniem. Okazuje się (co w sumie nie jest nowością dla mnie), że Bóg nie tylko mi pewne rzeczy potwierdza, ale także te potwierdzenia wykorzystuje do pociągnięcia do siebie innych osób.
A… jeszcze na koniec dodam, że wczoraj miałem mieć zupełnie inne plany, ale zostały w ciągu dnia odwołane… Nic tylko powiedzieć: Chwała Panu! I stwierdzić, że Bóg naprawdę wie co, kiedy i jak robi.

Przyszedł

„I co? Przyszedł?” Pytali się moi znajomi po lekturze poprzedniego posta. „Przyszedł do spowiedzi ten człowiek?”. Tak… Wprawdzie pewne rzeczy od niego niezależne spowodowały jego spóźnienie o 41 minut, to jednak przyszedł. Długo w tym czasie oczekiwania się modliłem. Ale powiem szczerze, że już zacząłem się zastanawiać, którego innego dnia przyjdzie. Bo byłem przekonany, że przyjdzie, tylko już traciłem nadzieję, że wczoraj.
Przyszedł, wyspowiadał się, trochę się nad nim pomodliłem. Sam stwierdził, że nie wie skąd w jego oczach pojawiły się łzy. Coś chyba się dokonało. Coś raczej się w nim rozpoczęło. Przed nim pewno nie krótka droga i być może jeszcze nie prosta, ale wierzę, że z Bożą pomocą, prowadząca do pięknego celu.
Z ciekawostek z wczorajszego dnia zwrócę uwagę na pewną inną modlitwę – tym razem wieczorem. W kilka osób ze Wspólnoty modliliśmy się nad innym członkiem Wspólnoty, o którym mam przekonanie, że Bóg go do wielkich rzeczy także powołuje. Prawdopodobnie Bóg wczoraj też PRZYSZEDŁ (jak w tytule posta) i obdarzył go wczoraj różnymi łaskami. Pod koniec przyszła mi myśl, by poprowadzić – przynajmniej w skrócie – modlitwę o uwolnienie. I w tym momencie, gdy zdążyłem tę myśl wypowiedzieć, obok plebanii uderzył piorun tak mocno, że aż się wystraszyliśmy z powodu huku. Co ciekawe, to był pierwszy piorun wczorajszego wieczora. Wcześniej żadnych błysków, żadnego deszczu. A tu – raz, a porządnie. 
Oczywiście nie ma obowiązku łączyć tych dwóch rzeczy (modlitwy i tego pioruna) ze sobą, ale dla mnie to było takie wymowne. Tak szatan się wkurzał na tę wczorajszą modlitwę i piękne Słowa i przesłanie, a pomysł modlitwy o uwolnienie był tak go denerwujący, że zaczął piorunami ciskać. Tak to trochę mi wyglądało. Ale to tylko hipoteza. Jeśli daje Ci to do myślenia, to cieszę się. Jeśli myślisz w tej chwili, że szukam dziury w całym i chcę widzieć szatana we wszystkim, to przepraszam…

Tak, czy inaczej – chwała Panu w tym wszystkim dobrym, co się obecnie dzieje.