Archiwum kategorii: Bez kategorii

Co się dzieje?

Pierwszy post na tym blogu, zamieszczony dokładnie 10 miesięcy temu, był zatytułowany „Co ja robię?”. Dziś mógłbym zatytułować: „Co Bóg ze mną robi?”, albo po prostu „Co się dzieje?”.
Za mną ciekawy dzień i coraz bardziej dostrzegam, że pewne sprawy pozytywnie przyspieszają. Odbyta dziś przeze mnie spowiedź miała jakąś wyraźną dla mnie moc, chociaż niby nic w niej szczególnego nie było. Chyba wygląda na to, że Bóg pewne rzeczy z dalekiej i niezbyt odległej przeszłości przypomina i uzdrawia. Dziś – jadąc na spowiedź – o mało co nie zniszczyłbym swojego samochodu, a może i życia – tylko częściowo z mojej winy. I chyba tylko dlatego do tego Bóg doprowadził, by przypomnieć o wydarzeniu, z ponad ćwierćwiecza, które mogło być raną w moim sercu i wpłynąć na moje różne lęki i obawy. Wtedy to jadąc na rowerze niemalże znalazłem się pod kołami „Malucha” z powodu braku dostatecznej ostrożności. Myślę, że oddanie także tej sprawy Jezusowi w spowiedzi i własnej modlitwie, pomogło coś we mnie uzdrowić. To oczywiście nie jedyna sprawa, która mogła się okazać ważna w mojej spowiedzi, ale inne zachowam dla siebie :).
Później byłem u Sióstr w Rybnie. Okazało się, że dziś była tam wizytacja kanoniczna biskupa. Robiłem za jednego z 2 przedstawicieli księży w Kręgu Miłosierdzia. Jakoś to wszystko dziwnie się poukładało. Ksiądz, który może sprawiać wrażenie, że jest biernym członkiem Kręgu, jest przedstawiany jako przykład.
W tymże Rybnie modliłem się w różnych intencjach, ale w pewnej chwili przeszła mi przez głowę szalona myśl, która ma być radą dla mojego brata. Nie wiem, na ile jest ona skuteczną i Bożą radą, bo wygląda abstrakcyjnie, ale w Piśmie Świętym dostałem bardzo konkretne potwierdzenie, że to pochodzi od Boga. Gdy się potwierdzi, że ta rada przyniosła oczekiwane rozwiązanie problemu, napiszę o tym na blogu.
Gdy miałem już wracać z Rybna, Siostry „podrzuciły” mi pasażerkę jadącą do Warszawy. Miałem wrażenie, że wiem, co ta osoba musi zrobić z sobą i jestem przekonany, że była jej bardzo potrzebna rozmowa ze mną. Nie mogę wykluczyć, że jeśli posłucha moich rad, to może to mieć wpływ na całe jej życie. Być może nigdy się jednak dowiem, co z nią będzie dalej. Za dużo o niej nie wiem, a ona o mnie. Tylko Duch Święty może sprawić, że się jeszcze kiedyś spotkamy.
Pewną wisienką na torcie tego całego dnia i podsumowaniem posta, jest sytuacja z ostatniej godziny. Około godziny 22.00 zadzwonił domofon. Ja już prawie byłem rozebrany i myślałem już o spaniu. Nie chciało mi się odbierać, ale mówię – „a może ktoś umiera?” Nie było jednak wezwania do chorego. Człowiek chciał się wyspowiadać. Z racji tego, że nie był trzeźwy stwierdziłem, że i tak nic ze spowiedzi nie będzie. Zaproponowałem rozmowę. Sam się dziwię, że się zgodziłem o takiej porze, wśród ciemności, które otaczają teren naszego kościoła. Wierzę, że to nie przypadek, że on tu do mnie trafił i że to ja odebrałem domofon, chociaż nie tylko do mnie dzwonił. Człowiekowi temu potrzebna jest pomoc. Pewno to wszystko trochę potrwa, ale mam głęboką nadzieję, że Jezus zmieni jego życie i otrze z jego oczu te wszystkie łzy, które w ogromnych ilościach wylewał. Umówiliśmy się na jutro rano na spowiedź. Wierzę, że przyjdzie, chociaż podejrzewam pokusy poddające w wątpliwość to. Wierzę, że Bóg Mu przeze mnie pomoże. Wszak to On tego mężczyznę dziś do mnie przysłał, a mnie natchnął, bym z nim pogadał. Widzę także, że coraz bardziej zaczynają się wypełniać zapowiadane proroctwa, bym wyrywał ludzi z objęć szatana i przyprowadzał do Boga.
Chwała Panu…

Kolejne doświadczenia

Coś naprawdę ostatnio zaczyna się dziać wokół mnie. Wprawdzie do końca nie wiem, czego ode mnie chce Bóg, jednakże – tak jak niedawno napisałem – zapewne uczy mnie przez różne sytuacje, w których mnie stawia.
W sobotę wieczorem byłem na pewnym spotkaniu modlitewnym. Chciałem się w miarę spokojnie pomodlić, może także bardziej otworzyć się na łaskę z nieba. A tu okazało się, że nie do końca mogę się sam w miarę spokojnie pomodlić. W trakcie modlitwy padł na ziemię i zaczął krzyczeć człowiek co najmniej bardzo mocno zniewolony, jeśli nie opętany. Zabrano go do zakrystii i kilka świeckich osób zaczęło się nad nim modlić. Jednakże okazało się, że przypadek był na tyle poważny, że trzeba było znaleźć jakiegoś księdza do modlitwy o uwolnienie. Wprawdzie na spotkaniu było iluś księży, ale w tym momencie poza prowadzącym i mną wszyscy gdzieś zniknęli. Trafiło na mnie. 
Tak poważnego przypadku nie miałem od długiego czasu. Wprawdzie nie był to mój najtrudniejszy „przypadek”, to jednak w ostatnim czasie nie było potrzeby tak długiej i intensywnej modlitwy. Od razu wyjaśnię, że człowiek po naszych modlitwach i spotkaniu nie wyszedł wolny, ale postawienie mnie jako tego, który się modli nad mocno zniewolonym, było wyraźnym wskazaniem – „to właśnie masz robić”. 
Do uwolnienia nie doszło, ale dzięki współpracy z Bogiem udało się chyba wiele w tej kwestii uczynić. Chociaż wydawało się to niemalże niemożliwe, udało się najpierw poznać imię tego człowieka, a potem olbrzymią liczbę różnych rzeczy, które w jego życiu się wydarzyły – czy to z jego, czy innych winy. I często dowiadywaliśmy się o tym poza świadomością samego zainteresowanego. Większości tych rzeczy ten człowiek się wyrzekł, wiele zostało przeze mnie omodlone. Dlaczego nie doszło do uwolnienia? Tego nie wiem. Może za mało w tym człowieku doświadczenia Bożej miłości, o którą też długo się modliłem. A może po prostu taka wola Boża. Może Zbawiciel nie chciał, bym wyszedł z przekonaniem, że ja tego dokonałem (chociaż mocno się modliłem, by to wszystko było nie na moją, lecz Bożą chwałę). Może też Bóg pragnie tego młodego człowieka do siebie przyciągnąć – nie siłą, nie pod wpływem jednej modlitwy, ale wytrwałej walki o Boga w jego życiu. Nieraz też jest tak, że uwolnienie przychodzi kilka dni po modlitwach. 
Nie wiem, co dalej będzie z tym chłopakiem. Może nigdy się tego nie dowiem. Bóg to wie. A ja wiem, że Bóg będzie o niego walczył. Wiem także, że Bóg rzeczywiście daje mi ważny czas i wskazuje to, co mam w Jego imię czynić. A ja się zgadzam. Tylko niech On mi w tym wszystkim pomaga i pokazuje, co dalej, nie pozwalając lekceważyć natchnień.
Podzielę się jeszcze jedną refleksją. Taką „ciekawostką” było to, że z ust tego człowieka (a dokładniej kogoś mówiącego przez tego człowieka), było wiele wypominania mojej słabej wiary, straszenia, złorzeczeń, przekleństw, przyzywania imion najważniejszych demonów, a także ogólnie mówienie o grzechach z przeszłości moich i mojej rodziny. To ostatnie o tyle nie nowość, bo kiedyś już był przypadek wymienienia szczegółowo moich grzechów. Ktoś mógłby zapytać, czy się nie bałem? Z jednej strony trzeba pamiętać, że wiele z tego, co szatan mówi, to stek kłamstw i nie należy się tym przejmować. Z drugiej strony szatan jest Bożym stworzeniem i otrzymał od Stworzyciela wiele ogromnych darów i mocy. I nie należy tego lekceważyć. Na szczęście Bóg jest nad tym wszystkim i nie pozwoli krzywdzić i doświadczać mnie więcej niż jestem w stanie znieść. I to wiem i na tym opieram swoją ufność. I dlatego nie przejmuje się tym, co szatan względem mnie mówi. Na koniec spotkania poprosiłem tylko jednego księdza o błogosławieństwo i ze spokojem serca ruszyłem przed siebie.

Dzień po

„Dzień po”, to rodzaj pigułek antykoncepcyjnych, które chcą zanegować życie. W moim przypadku „dzień po” dotyczy życia, które przynajmniej częściowo rozpoczęło się na nowo po wczorajszych imieninach i modlitwie nade mną.
Może nie rozpoczęło się i może niekoniecznie wczoraj, ale czuję wyraźnie, że Bóg od jakiegoś czasu daje więcej mocy, jakby wzywał do działania. Dzisiejszy dzień był nie mniej intensywny niż na kursie Jan, czy na Przystanku Jezus, a w „normalnym” życiu dawno tak intensywnego nie pamiętam: Kilka długich rozmów, ileś udzielonych innym rad, których sam bym nie wymyślił, kilka modlitw nad ludźmi – głównie o uzdrowienie, ileś spowiedzi, w tym część na pewno ważnych. Co więcej – nic z tego nie było wcześniej planowane. Po prostu przychodziła myśl, że warto tu lub ówdzie się udać, a tam Pan Bóg stawiał przede mną ważne zadania, czy adwersarzy do ważnych rozmów. A na koniec – gdy już wydawało się, że brakuje sił, udział w wakacyjnym spotkaniu Wspólnoty i poczucie mocy mojej modlitwy – przynajmniej mojej. A jeszcze Słowa, które do mnie przyszły:
Tak mówi Pan Bóg: Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela,  i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój.  Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli, i powiodę was do kraju waszego, i poznacie, że Ja, Pan, to powiedziałem i wykonam – wyrocznia Pana Boga.” (Ez 37, 12-14)

I w sumie, to nic dodać, nic ująć. Bóg daje życie, ożywia gorliwość, która gdzieś podupadła i daje moc. Dzień po moich imieninach i modlitwie egzorcysty przyniósł duuuuuużo życia w przeciwieństwie do pigułki o takiej samej nazwie. 

Chwała Panu!

Egzorcysta musiał się nade mną pomodlić

Ktoś czytając tytuł tego posta mógłby przetrzeć oczy ze zdumienia. Jeśli musiał się modlić egzorcysta, to można rzeczywiście się zadziwić. Ale muszę potwierdzić, że tytuł jest jak najbardziej prawdziwy. Dlaczego?
Ano dlatego, że znajomy egzorcysta sam zaproponował, iż wraz z kilkoma osobami może się nade mną pomodlić z okazji imienin. Jak poprosił, bym wybrał, kto prowadzi modlitwę, wskazałem na niego. I nie mógł się z tego wykręcił. Musiał (ten egzorcysta) nade mną się pomodlić.
Powiem szczerze, że dobra to była modlitwa, może nie za długa, ale w intencji, o którą poprosiłem. A intencję można było wyczytać w jednym z ostatnich moich postów – to ta jedna z prawd o mnie, którą ostatnio sobie coraz bardziej uzmysławiam. Nie wiem, czy wzrosło moje poczucie wartości – tu potrzeba czasu, aby to sprawdzić. Tym bardziej, że dziś to patrzenie może być zaburzone przez sporą ilość osób, które odwiedziły mnie z okazji imienin. Ale mam jednak przekonanie, że Duch Święty działał. Jedna z osób dostała dla mnie Słowo – fragment Iz 60,1-9 (plus ewentualnie sąsiednie, ale nie dopytywałem o szczegóły). 
Coś chyba się we mnie zmieniło. Radość z przeżywania Mszy świętej chyba była większa, większe też przekonanie, że dla Boga jestem kimś ważnym i to On chciał, bym ja w Jego osobie odprawiał Eucharystię.
Cokolwiek by nie mówić, to tylko Bogu dziękować. Za ten dzień, za tą modlitwę, za tych ludzi, których dziś do mnie przyprowadziłeś i stawiasz na mojej drodze życiowej….
Chwała Panu!

Kurs Jan

Pisząc o jakichkolwiek kursach SNE nie można za dużo opowiadać. Wszak nie byłoby dobrze, gdyby komuś zdradzić szczegóły kursu. Ważne, by człowiek mógł sam pojechać i dobrze przeżyć rekolekcje. Ważnym aspektem może być tu jakieś zaskoczenie oraz bogactwo treści.
Kurs Jan, to kurs bycia uczniem Jezusa. Wydawać by się mogło, że w sumie każdy człowiek wierzący (a nawet tylko tak mówiący o sobie) jest uczniem Jezusa. Wczytując się w Ewangelię można jednak zobaczyć, że nie zawsze tak jest. Są fragmenty Ewangelii, w których Jezus przemawiał do tłumów, w innych przemawiał do uczniów, a jeszcze w innych tylko do Apostołów. Przy czym każdy Apostoł także był wybrany spośród uczniów Jezusa. Zatem różne są poziomy relacji z Jezusem. Warto więc wiedzieć, kim się jest, i co o uczniostwie Jezusowym świadczy.
Mam wrażenie – w sumie już nie pierwszy raz – że Bóg na różnych rekolekcjach działa względem mnie inaczej niż na innych ludzi oraz inaczej, niż można by przewidywać patrząc na program rekolekcji.
Jakie wnioski wyciągnąłem? W sumie, to już od dawna jestem jednak uczniem Jezusa, tyle tylko, że trzeba było (a dokładniej trzeba będzie) jeszcze coś doszlifować i zwrócić uwagę na pewne aspekty.
O pewnych wnioskach pisałem w poprzednim poście – ale tak jak wspomniałem – to wynikało z pewnej informacji przekazanej między zdaniami.
Kolejne wnioski – trochę na podstawie rozmów z jednym z księży – Bóg przygotowuje mnie do różnych zadań, ale nie mówi konkretnie, co ode mnie chce. Jednakże różne sytuacje, w których mnie stawia, różne zadania, różne rozmowy, przekonują mnie, że tak mam właśnie działać.
Znowu miałem rozmowę z osobą, co do której od początku czułem, że powinienem z nią pogadać – na którą Bóg jakoś zwrócił mi uwagę. A to, że doszło do tej rozmowy wyniknęło z zupełnie niezależnych od nas powodów. I z tego, co wiem, dla tej osoby ta rozmowa okazała się bardzo ważna. 
Widać, że Bóg uczy mnie zaufania do swoich natchnień. Niewątpliwie dodaje to wiary w siebie i w to, co robię. Przez ten pryzmat łatwiej przekonywać innych do swoich przekonań i nie poddawać się w niepowodzeniach. Tym bardziej, że sprawa różnych przeciwności i niepowodzeń, to kolejny wniosek z kursu. One często muszą być. Jezus chce nas oczyszczać. A czym ważniejsza misja do wypełnienia, tym więcej do oczyszczania, a zatem życie z większą ilością przeszkód. Nie ma co się załamywać, tylko starać się być najlepszym możliwym uczniem Jezusa. A tego, jak żyć, uczyć się od najlepszego Nauczyciela – Jezusa Chrystusa – ufając Mu i słuchając Jego słowa.