Archiwum kategorii: Bez kategorii

(Boża) Matematyka

Słuchając dzisiejszej Ewangelii niektórzy mogliby stwierdzić, że Bóg jest niesprawiedliwy. Dlaczego właściciel winnicy (przedstawiający Boga) daje tyle samo temu, który pracował 12 godzin i temu, który pracował tylko godzinę? Oczywiście w miarę jasną odpowiedź znajdziemy, gdy stwierdzimy, że owym denarem z przypowieści jest niebo. Trudno, by ktoś dostał większą nagrodę niż niebo.
Patrząc w kategoriach nagrody wiecznej rzeczywiście wygląda to w miarę logicznie. Ale ktoś mógłby się zapytać, dlaczego ludzie, którzy całe życie są przy Bogu nie mają łatwiejszej i wygodniejszej drogi? Albo inaczej – dlaczego nie wszyscy dostają od Boga po równo? Te pytanie zadała mi pewna uczennica w ubiegłym tygodniu. W odpowiedzi dałem taki oto przykład. Wyobraź sobie, że Bóg chce wypłacać swoje łaski w złocie. Stwierdził On, że ludzie są dla niego ogromnie cenni i każdemu dał po sztabce złota. Tyle tylko, że sztabka ta jest tak naprawdę jedną ogromną, stukilogramową sztabą, którą nijak nie da się podzielić na mniejsze kawałki. Po prostu trzeba wziąć na ramiona i zanieść np. do banku. Pojawia się pytanie – czy taki równy podział byłby dobrą sprawą? Oczywiście, że nie. Wiele osób nie dałoby rady. Sprawiedliwie, to nie znaczy po równo, ale to oddanie tego, co się komu należy. Bóg różnie rozdziela łaski – najlepiej wiedząc, komu ile trzeba dać. On wie, że ogromne Boże łaski pociągają za sobą ogromny krzyż, który dla wielu wydaje się nie do zniesienia. Wystarczy spojrzeć na życiorysy wielu świętych, by zobaczyć, że tak właśnie się dzieje. Moja rozmówczyni i kilku innych uczniów przyznali mi rację.
Udało mi się przekonać kilka osób, do słuszności działania Boga. Ale prawda jest taka, że zazwyczaj jest to bardzo trudne, bądź wręcz niemożliwe. Ale cóż się dziwić, skoro sam Bóg w dzisiejszym pierwszym czytaniu mówi:
„Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami, mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi.” (Iz 55,8-9).
Nie zawsze zrozumiemy Boga. Jego wyliczenia często są bardzo abstrakcyjne względem naszych wyliczeń. Dla Niego godzina pracy może być równoważna dwunastu. Stukilogramowa sztabka złota może być w niektórych przypadkach równoważna 5 kilogramom – w przypadku osób, które nie są w stanie udźwignąć większych ciężarów. Taki jest Pan Bóg. On ma swoje drogi i swój cel, którym jest zbawienie każdego człowieka. A, że to powoduje, iż nie zawsze potrafimy Boże plany zrozumieć, to już inna kwestia.
Na koniec jeszcze z mojego „podwórka”. Po poprzednim poście pojawił się komentarz mówiący o księdzu, który chodził grać w piłkę z uczniami. W moim przypadku byłoby bardzo trudne do zrealizowania z wielu powodów. Jednakże czymś, co nieraz potrafi zainteresować mną uczniów, jest moja znajomość matematyki. Bywało już nieraz, że pomagałem uczniom w zrozumieniu pewnych problemów z matematyki, a nawet komuś dawałem darmowe korepetycje. Ale to było już ładny czas temu. Ostatnio jednak znów się pojawiło. W trakcie lekcji z moimi „ulubionymi” klasami 2C i 2D, uczniowie pierwszej z tych klas bardziej przygotowywali się do kartkówki z matmy, niż słuchali mojej lekcji. Postanowiłem streścić to, co miałem do powiedzenia i udało mi się kilku uczniom pewne sprawy matematyczne powyjaśniać. Po chwili także „moje chłopaki” z 2D zapytali się, czy nie mógłbym ich uczyć matematyki, bo chyba jednak mnie wolą niż  ich nauczycielkę z tego przedmiotu.
I tu też mógłbym powiedzieć: zaskakujący jest ten Bóg i Jego drogi rzeczywiście są nad naszymi drogami. W Bożej matematyce było także obdarzyć mnie talentami wydawać by się mogło zupełnie nie związanymi z wiarą, by móc kogoś sobą zainteresować, a ostatecznie pociągnąć w drodze ku Bogu.

Druga De

Wśród najtrudniejszych dla mnie obowiązków duszpasterskich bez wahania muszę wymienić nauczanie religii. Uczę w w Liceum Ogólnokształcącym, które podejrzewam, że nie jest szczytem marzeń uczniów do niego uczęszczających. Średni poziom, średnie podejście uczniów, średnia też i ich postawa. Oczywiście są klasy lepsze i gorsze. Zeszłoroczne klasy pierwsze jednak dla mnie chyba były najgorsze. Tym bardziej, że 2 klasy miały wspólnie religię. To powodowało, że uczniów było więcej niż miejsc w sali. Takie życie. To o tych klasach pisałem wiele miesięcy temu, że nie dało się nic zrobić na lekcji – nawet poprowadzić modlitwę.
Po wakacjach klasy pierwsze wróciły jako drugie. Wprawdzie kilka osób odpadło ze składu klas, jednakże zmiana w postawie jest niezauważalna. Tyle tylko, że teraz to już są klasy 2C i 2D. Przy czym to ta druga niemalże spędza sen z powiek nie tylko moich, ale niemałej części Grona Pedagogicznego. Niechlubny prym w tej klasie, pod kątem rozwalania lekcji, wiedzie grupa chłopaków, którzy za sobą mają różne przygody, w tym przynajmniej jedno oblanie roku.
Dziś miałem „szczęście” mieć lekcję z klasą 2D. O tyle to szczęśliwe, bo mieli być oni zwolnieni, ale wyszło tak, że nie tylko miałem z nimi lekcje, ale to była lekcja tylko z nimi i to w gronie niemalże ograniczonym do wspomnianych chłopaków oraz kilku dziewczyn. W sumie za zgodą nauczyciela, który miał zwolnić tych uczniów, byłem umówiony, że niezbyt długo ich przetrzymam. Moje nastawienie było dosyć szybko potwierdzone zadanym pytaniem przez jednego z chłopaków. Powiedział, że chce, byśmy porozmawiali o życiu, a pierwszym pytaniem było dotyczące preferencji pozycji seksualnych. Pomyślałem: „no tak, normalka, ale mogę zaraz ich zwolnić i będę miał spokój”. I wtedy… Nie wiem nawet, jak to się stało, ale zaczęły się pojawiać inne pytania: o powołanie, o celibat, o czystość przedmałżeńską itp. W pewnym momencie nie tylko zacząłem odpowiadać na ich pytania, ale przejąłem inicjatywę i zacząłem opowiadać, dlaczego w ogóle warto tak żyć, dlaczego warto posłuchać Pana Boga. Czułem wyraźnie, jak w tym wszystkim szła jakaś (tzn. Boża) moc. Uczniowie coraz bardziej otwierali oczy, niektórzy z niedowierzaniem kręcili głowami, dając do zrozumienia, że zupełnie tak na tę rzeczywistość nie patrzyli i chyba głupio im się zaczęło robić. Któryś z nich powiedział „tego, co ksiądz mówi, to nawet chce się słuchać”. Inny dodał „z księdzem da się nawet fajnie pogadać”. Dziewczyny w międzyczasie wyszły z sali a ja z pozostałymi chłopakami gadaliśmy aż do dzwonka – i to nie tego na przerwę, lecz na następną lekcję. 
Dla mnie szok – taki pozytywny. Pewno jutro rano wiele wróci do normy (chciałbym się mylić). Ale Bóg kolejny raz dał do zrozumienia w stylu – „rób swoje, na ile potrafisz, a ja wykorzystam to kiedy i jak chcę”. Nie widzę w tym wszystkim swojej zasługi, choć nie ukrywam, że jakoś to mnie podniosło na duchu (do czasu lekcji z klasą niby grzeczniejszą, która dała popalić). 
Wielka radość i wielka wdzięczność – nie mi oczywiście, ale Bogu, to On jest godzien wszelkiej chwały, bo to On jest sprawcą wszelkiego chcenia i działania. Oby takich lekcji i doświadczeń więcej. A przez to więcej wychwalania Boga. Amen!

Wiedeń, a władza

Dziś rocznica Odsieczy Wiedeńskiej. Do tego w pierwszym czytaniu jest mowa o konieczności modlitwy za sprawujących władzę. Przy okazji zbliżają się w naszym kraju wybory parlamentarne. Nie sposób przejść obojętnie wobec takiej zbitki wydarzeń.
Zastanawiając się nad wspaniałym zwycięstwem wojsk pod wodzą króla Sobieskiego, nie można zapomnieć o tym, po co on walczył. Walczył, by ochronić chrześcijańską Europę przed muzułmanami. Walczył o chrześcijańskie wartości.
Kiedy spojrzy się na tę sprawę z perspektywy ponad 300 lat, to można stwierdzić, że ta bitwa była niepotrzebna. Chrześcijańskie wartości są w Europie coraz bardziej lekceważone. Muzułmanów przybywa kosztem chrześcijan. I to wszystko za zgodą rządów europejskich krajów. Brak rządowego wsparcia rodziny, przyzwalanie na związki homoseksualne, na aborcję, eutanazję itp., to nic innego jak negowanie wartości chrześcijańskich, a przez to całej chrześcijańskiej kultury. W niektórych krajach przyrost naturalny muzułmanów jest o tyle większy od przyrostu rdzennej ludności, że już niedługo muzułmanów będzie więcej niż chrześcijan. I w taki sposób może się okazać, że za kilka lat wielkimi europejskimi krajami będą rządzić muzułmanie. I dojdzie do sytuacji, która mogła mieć miejsce, gdyby Sobieski nie zwyciężył. 
Wprawdzie większość tu opisanych spraw może jeszcze nie dotyczy Polski, ale kto wie, w jaką stronę w niedalekiej przyszłości pójdzie nasz kraj. Jeśli będziemy przyzwalać na europejskie prawo, które odcina się od wartości chrześcijańskich i rodzinnych, to niedługo i nasz kraj może dostać się pod panowanie nie tych, których byśmy chcieli.
Potrzeba wyraźnie odciąć się od tego, co szkodzi życiu, rodzinie, wierze. Mamy nie tylko prawo, lecz wręcz obowiązek o to walczyć. I to nie tylko z powodów patriotycznych, ale także religijnych. Tzw. grzechem cudzym jest przyzwalanie na grzech innych, a więc np. poparcie kandydata, który zamierza grzeszyć. Dlatego też katolikowi NIE WOLNO zagłosować na kandydata, który popiera wartości antychrześcijańskie, bądź reprezentuje partię, która jawnie o tym mówi. Bywają jeszcze tacy kandydaci i takie partie, które głośno nie mówią i oficjalnie nie popierają wartości przeciwnych wierze, ale to robią. Można się o tym przekonać chociażby przyglądając się różnym głosowaniom z minionej kadencji, różnym dyscyplinom partyjnym w przypadku ważnych moralnie kwestii. Jedno z takich głosowań miało miejsce niespełna 2 tygodnie temu i kilkunastu parlamentarzystów pewnej partii ma zapłacić po 1000 zł kary, bo zagłosowali niezgodnie z dyscypliną klubową, a zgodnie z sumieniem i chrześcijańskimi wartościami. Czy takie partie może poprzeć człowiek sumienia, czyli np. katolik?
Wiem, że pisząc o tym w tym blogu mogę niektórym osobom podpaść. Ale nie pozwólmy, by to, o co walczył Sobieski, przerodziło się w porażkę tylko dzięki temu, że się temu nie sprzeciwimy. Co więcej, warto, nie tylko odciąć się od osób walczących z chrześcijaństwem, ale wyraźnie poprzeć tych, którzy obiecują o te wartości walczyć. Dla człowieka, który ze szczerym sercem modli się  „Przyjdź Królestwo Twoje”, nieodzownym jest zagłosowanie na tych, którzy obiecują podjęcie w parlamencie spraw służących ochronie życia, rodziny i wartości chrześcijańskich. Ciekawą inicjatywą, którą ja tu oficjalnie popieram, jest nadawanie Certyfikatu Kandydata Przyjaznego Życiu i Rodzinie, tym kandydatom, którzy oficjalnie zadeklarowali podjęcie starań w tej sprawie. O tym, kto głosował zgodnie z sumieniem i wartościami chrześcijańskimi, albo kto zobowiązuje się do podjęcia starań w tej sferze, można poczytać na stronie www.prawodonarodzin.pl. Zachęcam, by z tego skorzystać.
Nie siedźmy bezczynnie i nie pozwalajmy, by okradano nas z wartości chrześcijańskich, bo prędzej, czy później odbije się to przeciwko nam. Nie pozwól, by to, co dokonał Sobieski w imię Boga, zostało zmarnowane m.in. przez Twój niewłaściwy wybór. Tym bardziej, że w wielu przypadkach Twój świadomy wybór człowieka popierającego wartości niechrześcijańskie jest także Twoim grzechem.
Na koniec jeszcze – nawiązując do dzisiejszego czytania – nie zapomnij się modlić za rządzących oraz w intencji dobrego dokonania wyboru przez Polaków.

Uwierz w ducha

W sumie w tym miejscu mógłbym opisywać pewne potwierdzenia tego, że Duch Święty działa i prowadzi ludzi. Warto w Niego uwierzyć i do Niego się modlić. Ale napiszę tym razem o czymś innym – mianowicie o pewnym skojarzeniu – które przyszło do głowy wczoraj.
Mniej więcej 20 lat temu na ekranach kin był wyświetlany film „Uwierz w ducha”, z Patrickiem Swayze w roli głównej. Jest tam scena, kiedy główny bohater zostaje zastrzelony. Umiera, ale przez kilka chwil nie ma tego świadomości. Wydaje mu się, że goni napastnika, tyle tylko, że… No właśnie. Jego ciało zakrwawione cały czas leży na ulicy, a zabójcę goni tylko duch zmarłego już bohatera. Dopiero po jakimś czasie zauważa, co się stało.
Scena ta przypomniała mi się w trakcie rozmowy z jedną młodą kobietą. Zacytowałem jej fragment (J 6,53) i powiedziałem, że z tego wynika iż, gdy ona nie przyjmuje Komunii świętej, to nie ma życia w sobie. A jeśli ten stan trwa od dawna, to pytanie, czy jeszcze żyje. Ona stwierdziła, że to nie jest prawda, wszak nadal żyje. I wtedy właśnie mi się przypomniała opisywana tu scena. Bohaterowi też się wydawało, że żyje. I chyba to samo można powiedzieć o wielu osobach, które żyją bez Boga w sercu. Też im się wydaje, że żyją. Ale tylko tak się im wydaje. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do bohatera owego filmu, umarł duch, a po świecie chodzi i gania innych ludzi same ciało człowieka, czyli po prostu zwłoki.

Warto, byś się zastanowił, drogi czytelniku, czy oby na pewno żyjesz, czy tylko tak Ci się wydaje, a Twoja dusza wykrwawia się i opuszcza ciało, nie mogąc doczekać się prawdziwej Miłości i Boga w sercu.

Na koniec jeszcze pewna prośba, sugestia. Proszę nie brać wspomnianego filmu pod uwagę jako wzór do naśladowania. Bo niestety mocno nawiązuje do spirytyzmu, czy mediumizmu, a to może być bardzo niebezpieczne duchowo.

Bóg dopełnia nasze braki

Jedną z moich wad, które jednocześnie mogą stać się błogosławieństwem, jest brak odwagi. To pewno jakoś wynika ze wspominanego już wcześniej – nie do końca właściwego poczucia wartości. Pewno gdzieś wewnętrznie boję się odrzucenia, doświadczenia porażki. Przekłada się to często na sytuację, kiedy nie mam odwagi powalczyć o coś, co czuję, że jest ważne. Wiem, że to niezbyt dobre. Nieraz też potrafię jakoś wycofać się ze swojego zdania, jeśli nie jestem pewny słuszności. I to może wskazywać z jednej strony pokorę, z drugiej strony to, że gdzieś we mnie jest jednak problem, może zranienie, które trzeba uzdrowić.
Napisałem w pierwszym zdaniu, że taka sytuacja może stać się błogosławieństwem. I tak rzeczywiście to odbieram. Bo jeśli wiem, że sam z pewnymi rzeczami sobie nie poradzę, to w pewnych momentach muszę sobie uświadomić, że ileś rzeczy, to żadna moja zasługa, a tego, który mnie posyła. Tam, gdzie u mnie występuje brak, tam Bóg może to dopełnić i pokazać swoją troskę nie tylko o mnie.
Tak było chociażby w przypadku opisywanych już przeze mnie dwóch rozmów, które odbyłem w pierwszej połowie sierpnia – tak na Przystanku Jezus, jak i kursie Jan. Gdyby Pan Bóg nie poukładał odpowiednio różnych spraw, do rozmów by nie doszło, mimo tego, że wcześniej słusznie czułem, że powinienem odbyć te rozmowy i one będą ważne. Bóg musiał niejako zainterweniować i pewne sprawy niemalże podać mi na talerzu, bym mógł zrealizować coś, co czułem, że powinienem zrobić.
Troszkę podobną sprawę miałem wczoraj rano. Od kilku tygodni chciałem porozmawiać z ks. Proboszczem na temat pewnej sprawy związanej z naszą Wspólnotą. Wiedziałem, że niestety proboszcz jest sceptyczny do takich spraw. A dodatkowo – gdy już mieliśmy się kiedyś spotkać na wspólną rozmowę – z pilnych powodów proboszcz musiał spotkanie odłożyć. Nie bardzo miałem odwagę poruszać tego tematu. Wynikało to z faktu, że bałem się reakcji proboszcza, a dodatkowo do końca nie byłem przekonany, że trzeba o to się starać.
Bóg i tym razem przyszedł z pomocą. Rozmowa przy śniadaniu przechodziła przez różne tematy. I w pewnym momencie proboszcz sam doszedł do tematu przynajmniej trochę zbliżonego do tego, o czym chciałem porozmawiać. Uznałem to za znak, który daje mi Bóg, w stylu „kuj żelazo póki gorące”. Zagadałem, zapytałem i… Okazało się, że reakcja proboszcza była taka, jak się spodziewałem. „Nic – pomyślałem – przynajmniej spróbowałem i w posłuszeństwie to przyjmę; wiem przynajmniej na czym stoję”. Ale w trakcie rozmowy Bóg widocznie natchnął proboszcza, bo swój długi monolog zakończył tak trochę od niechcenia stwierdzeniem: „jak chcecie, to róbcie” oraz „nie będę ograniczał inicjatywy duszpasterskiej”. Fakt, że mam mieszane uczucia, na ile taka zgoda jest prawdziwą zgodą, ale niewątpliwie cieszę się i jest po raz kolejny wdzięczność Panu Bogu. Gdyby nie On, sam bym sobie nie poradził. A tak – kolejny raz wiem – że to nie ja jestem najważniejszy, a jedynie co mam robić, to starać się być użytecznym narzędziem, przez które mój Pan zadziała.
Nic innego mi więc nie pozostaje poza stwierdzeniem: Chwała Panu!