Archiwum kategorii: Bez kategorii

Nowa parafia

Już wiele wiem. Wiele, bo przecież nie wszystko. 26 sierpnia zacznę moją posługę w nowej parafii. Zatem w obecnej parafii mam być dokładnie (co do dnia) rok. 
Nie będę pisał, jak to było, bo niedawno o tym pisałem. Napiszę raczej o moich nadziejach i oczekiwaniach na przyszłość. Pewno mniej będzie grup pod opieką, mniej siedzenia w kancelarii. Za to zapewne sporo więcej spowiedzi – takie to miejsce. A do tego parafia chyba ze 3 razy większa (a przynajmniej 2) od mojej obecnej. Szkoły będę miał podobnie jak do tej pory. Będzie można spokojnie wypełniać moje posługi pozaparafialne. Jest także wstępna zgoda na odprawianie Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. I… chyba jeszcze najważniejsze: Proboszcz jest człowiekiem, z którym da się rozmawiać. Jest otwarty na wiele spraw, a jednocześnie w nim raczej dużo pokory. 
Więc zapowiada się w miarę nieźle. Oczywiście nie oczekuję doskonałej parafii. Bo takiej nie ma na ziemi. Nie da się iść przez chrześcijaństwo bez krzyża. Więc pewno krzyż też się pojawi. Ale na obecną chwilę cieszę się. A co będzie dalej? Bóg wie. A On wie, co robi.

Translokaty A.D. 2013.

UWAGA. Ten post napisałem 20 czerwca 2013 roku. Nie opublikowałem. Ale ponieważ niedługo zapewne pojawi się kwestia kolejnych translokat, to dziś tamten tekst jednak upubliczniam – w kategoriach przygotowania do następnych dekretów mówiących o zmianach miejsca posługi kapłanów. Niech ten tekst pomoże zrozumieć czytelnikowi, jak trudną kwestią są zmiany parafii. Nie tylko dla parafian, ale i dla samych zainteresowanych. A jednocześnie czytając ten tekst można powiedzieć „chwała Panu” i uświadomić sobie, że mimo ludzkich oporów, Pan Bóg naprawdę działa.

Słyszałem kiedyś w kategoriach czarnego humoru żarcik, który chyba niezbyt dobrze świadczy o kapłanach. Mianowicie jeden z księży po przyjściu do parafii mówi do różnych znajomych, że nie warto się w tej parafii angażować, bo i tak prędzej, czy później z tej parafii odejdzie.

Powiem szczerze, że mnie wkurzyło takie sformułowanie. Przecież jako kapłani mamy dawać siebie całego. Mamy być jak Jezus, który mówił „bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Jezus nic sobie nie zostawił, został całkowicie ogołocony i opuszczony.
Ale tak patrząc na obecne dni, gdy wiem, że w tej parafii zostanę jeszcze tylko dwa miesiące (wliczając w to urlop), to jednak pojawia się pytanie: a może nie warto było się tak angażować? Może, gdybym tyle serca w to nie wkładał, to by nie bolało odejście? Tak to jest, że gdy człowiek daje serce, to gdzieś w tym drugim (czy innych) kawałek siebie zostaje. To dotyczy tak małżeństwa, jak i kapłaństwa. I kiedy trzeba się rozstać, to czuję się, jakbym tracił kawałek siebie, swojego serca. Z jednej strony wiara mówi, że to wszystko ma sens i wiem, że tak trzeba, a z drugiej strony jakoś smutno. 
Tym bardziej, że w tej parafii, przez minione 5 lat tyle się działo. Jezus wywrócił w tym czasie moje życie niemalże do góry nogami. I to nie rozwalił, ale wybudował inne – nowe, oparte na bliskiej z Nim relacji. Tutaj byłem świadkiem pierwszych fizycznych cudów, modlitw o uwolnienie, a nawet egzorcyzmów. Tutaj Bóg pomógł mi się zaakceptować i pokochać i bardziej uwierzyć w siebie i to, że to On mnie wybrał, powołał i postawił w tym miejscu. I chociaż, gdy tu przychodziłem, we mnie było sporo oporów, to jestem pewien, że to wszystko miało sens. To w trakcie bycia w tej parafii i otwierania się na Ducha Świętego poczęła się po modlitwach i urodziła długo oczekiwana moja bratanica i chrześnica Ania. A także w trakcie pobytu tutaj zmarła moja mama. A ludzie, którzy mnie otaczali (otaczają) stali mi się tak bliscy, jak rodzina, że gdzieś ból po stracie mamy nie był aż taki straszny. Tutaj też Bóg mnie nauczył dużego zaufania Jemu. I dlatego mam wewnętrzny pokój, że tam, gdzie mnie posyła, też będę potrzebny. A ci księża, którzy przyjdą do tej parafii po mnie, też przychodzą po coś.

Ale mimo mojej ufności i pokoju w sercu pojawiają się łzy i jakoś przykro. Bo to tak, jakby na całe życie człowiek rozstawał się ze swoim dzieckiem. Tak przez pokolenia w Kościele było i tak pewno będzie dalej. Przypomina mi się, jak św. Paweł rozstawał się z jedną ze swoich wspólnot, wiedząc, że jedzie do Rzymu po śmierć. Dużo też tam było płaczu, miłości i troski. I czuję, że tak też jest w moim przypadku. 

Ale proszę Boga, aby te moje (nasze) łzy przemienił w radość. A to, co przez 5 minionych lat się tu dokonało, wydaje obfity plon w sercach – tak moim, jak i ludzi, których tu zostawiam. A niech dodatkiem pełnym nadziei będzie fakt, że przecież nie jadę do Rzymu na śmierć, ale do parafii oddalonej o dziesięć kilometrów. Zawsze można się spotkać i pocieszyć się i podzielić tym dobrem, które się dokonało i jak wierzę, nadal będzie.

Trudny czas

Jakoś ostatnio mi strasznie trudno. Nie wiem dlaczego. Pojawiają się jakieś stany depresyjne. Może (tzn. mam nadzieję, że) nie jest to jakaś depresja kliniczna. Ale nic mi się nie chce. Mało we mnie radości, zaangażowania. Jakaś totalna pustynia, tylko chyba jeszcze resztki wody mam i być może za mało szukam źródła, wody żywej.

Nie wiem, skąd to się bierze. Myślę, że to czas oczekiwania na zmianę. Za niecały tydzień powinny być ogłoszone dekrety o translokatach. Prawie na pewno zmienię parafię po roku tu pobytu. I nawet dochodzą głosy, gdzie mam pójść. Ale oczekiwanie na te dekrety jest strasznie dla mnie męczące. Nie lubię oczekiwać na takie rzeczy, nie będąc pewny, co będzie. Już w sercu jestem przygotowany na zmianę. Ale gdzieś jest wątpliwość, co by było, gdyby jednak nie było tej zmiany. Albo, gdybym miał pójść zupełnie dokąd indziej, niż się spodziewam. Chyba brakuje mi cierpliwości. Czuję się, jakbym miał zaraz wejść na jakiś ważny egzamin. Przy czym problemem nie jest kwestia, czy zdam, ale samo oczekiwanie. Dosyć bierne oczekiwanie.
Ja ogólnie lubię, gdy się coś dzieje. Ostatnio sporo się działo. A to systematyczne modlitwy nad ludźmi, a to Noc Świadectw na Mokotowie i modlitwa nad kolejką ludzi. Później było czuwanie przed Zesłaniem Ducha Świętego. Piękna sprawa. A teraz emocje opadły. W sumie na horyzoncie przede mną i te zmiany i kurs Bartymeusz. Z tym kursem jest tak, że jeszcze trzeba go trochę poprawić, coś przygotować. I to powinno mnie mobilizować. Ale w mojej świadomości jest, że w sumie, to co było 3 miesiące temu nie jest złe. A do tego najbliższego kursu został ponad miesiąc. „Tylko” miesiąc, który w mojej głowie siedzi jak „aż” miesiąc.
Brakuje mi jakiejś mobilizacji. Brakuje bodźca. Trochę to pewno konsekwencja mijającego roku, kiedy trudno było o jakąś inicjatywę w parafii, bo gdy się pojawiała, to była torpedowana. Brakowało żywej wspólnotowej modlitwy. Brakowało jakiejś formacji. Nawet jakikolwiek kontakt z młodzieżą, jakim było przygotowanie do bierzmowania, kończy się totalną porażką. Wprawdzie w ciągu roku przez przygotowanie przewinęło się „aż” 11 osób, to w tej chwili można cokolwiek mówić o 8. Z tego frekwencja na spotkaniach przekraczająca 80% dotyczy max. trzech osób. Nikt z kandydatów nie zdecydował się na wyjazd na kurs Filip, na który zapraszałem. Zawsze było coś innego ważniejszego. Nawet nie było komu pójść na spotkanie z biskupem w ramach diecezjalnych obchodów Światowego Dnia Młodzieży, by złożyć podania z prośbą o bierzmowanie. Dawno powinienem był prawie wszystkich wyrzucić. A to, że nie wyrzuciłem, to chyba tylko kwestia tak małej ilości osób. Może nie dorośli do pragnienia miłości Bożej? Może byłem zbyt łagodny? Jedna osoba się zgodziła, byśmy się pomodlili nad nią o Ducha Świętego. Ciekawostką jest to, że ta osoba uważa się, że jest zbyt słabej wiary, by iść w tym roku (po wakacjach) do bierzmowania. A ja chyba tylko ją bym dopuścił. W sumie cieszę się, że decyzje o dopuszczeniach będzie podejmował mój następca. Ta sprawa bierzmowania jest taką smutną „wisienką na torcie” tego trudnego czasu w mijającym roku.
To, co teraz przeżywam, to chyba konsekwencja tego wszystkiego. Czuję się jak rozładowany akumulator. A z pustego, to i Salomon nie naleje. Takie wydarzenia, jak sobotnie czuwanie, to było coś, co mi potrzeba. Ale nie łatwo naładować rozładowaną baterię. Potrzeba czasu, potrzeba bodźca, potrzeba rozbudzenia pragnienia.

Pan Bóg oczywiście o mnie nie zapomina. I ileś miłych spraw zsyła. Trochę przyśpieszyły ostatnio (po niedawnym marazmie) zapisy na Bartymeusza. Zostało obecnie około 10 miejsc. I nie ma w tej chwili zagrożenia, że być może trzeba by ten kurs odwoływać z powodu braku chętnych. Kolejna miła informacja, to wczorajszy telefon od znajomej siostry zakonnej – mojej wychowanki. Wczoraj wieczorem zadzwoniła dziękując za modlitwę. Miała mieć operację wycinania jakiegoś polipa. Nawet nie pamiętam skąd. Miesiąc temu na badaniu wyszło, że ten polip cały czas rośnie i ma 11 cm długości. Jakże wielkim zaskoczeniem było to, że na wczorajszym badaniu bezpośrednio poprzedzającym operację lekarze nie znaleźli żadnego polipa i operacja okazała się niepotrzebna. Po ludzku się w głowie nie mieści. Chwała Panu.
Jak widać ostatnie tygodnie/miesiące, to mieszanka wielu dobrych rzeczy z okresem ogromnej pustyni, oczyszczania. Ileś osób (zazwyczaj najbliższych) przez to ranię, chociaż najczęściej jest to okazja, do pełniejszego uzdrowienia naszych relacji. Jedna z tych osób miała poznanie, bym przez ręce Maryi, której serce było bardzo zranione (przebite mieczem boleści) mógł poznawać moje zranienia i poddawać pod uzdrowienie. Może właśnie ten czas. Może właśnie Bóg dopuszcza mój trudny stan, bym sobie to wszystko pouświadamiał. Być może muszę dotknąć dna, w którym nic innego mi nie zostanie, poza wołaniem Boga o Jego łaskę. Pewno Jezus chce mi uświadomić, że te różne ziemskie rzeczy i radości są niczym względem Bożej mocy i miłości. A jednocześnie chce pokazać, że On może działać przeze mnie także wtedy, gdy sobie nie radzę i doświadczam swojej nędzy. A może wręcz szczególnie wtedy. Może jednak Bóg chce, bym namacalnie doświadczył tego, co teoretycznie wiem, a powiedział św. Augustyn: „Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie.”

Potrzeba mi chyba tego spoczynku w Bogu.

Co człowiek sieje…

Rozmawiając z różnymi osobami, także księżmi, słyszę wiele negatywnych głosów o postawie osób, z którymi mają kontakt. Lubimy narzekać na obsługę sklepową, na niekulturalnych kierowców, także na osoby załatwiające jakieś sprawy w kancelarii parafialnej itp.
Oczywiście z różnymi ludźmi się spotykamy. Jedni są gorsi, inni lepsi. Ale nieraz słysząc od pewnych osób, kto coś od nich chciał i jak reagował, dochodzę do wniosku, że ja mam bardzo mało takich sytuacji, a wręcz niektórych w ogóle. Zastanawiam się z czego to wynika. Może osoba, która mi opowiada o spotkaniu z inną, niekulturalną (czy wręcz chamską), trochę przekoloryzowuje. Wiem, że są takie osoby, które lubią robić z igły widły i w miarę normalnej sytuacji dostrzegają potwora. Podobnie jak to Stefek Burczymucha dostrzegł jakiegoś potwora, który okazał się małą szarą myszką.
Ale myślę, że jednak ileś razy te osoby, z którymi rozmawiam, rzeczywiście spotykają się z osobą, która bardzo denerwuje. I znowu tu powraca pytanie, dlaczego u mnie aż tyle tego nie ma. A wręcz dlaczego spotykam się z ilomaś pozytywnymi reakcjami – nawet w sytuacji załatwiania trudnych spraw, bądź odmowy wydania zaświadczenia, o które prosi petent w kancelarii.
Pewna refleksja przyszła mi dziś do głowy w tym temacie, gdy byłem w sklepie. Robiłem zakupy w dużym hipermarkecie. Byłem ubrany na świecko. Prawie na pewno kasjerka nie ma szans mnie znać, jako księdza. Więc jej reakcja do mnie była, jak do jakiegoś normalnego faceta, który robi zakupy. Wyciągając z wózka zakupy (albo chwilę wcześniej) rozwaliło mi się opakowanie serków homogenizowanych. Ileś moich towarów było wymazanych tym serkiem. Pani pracująca na kasie, najwyraźniej widząc moje zażenowanie całą tą sytuacją, wyjęła jakiś papierowy ręczniczek i mi te towary po kolei powycierała. Trochę to trwało. Ja podziękowałem i przeprosiłem za kłopot. A z tyłu kolejki podniosły się głosy oburzenia, że pani się mną zajmowała.
I właśnie wtedy sobie uświadomiłem odpowiedź na pytanie, dlaczego jedni mają wiele negatywnych reakcji swoich adwersarzy, a ja w miarę spokojnie przeżywam różne reakcje ludzi, a nieraz wręcz spotykam się z miłą reakcją ludzi. (Oczywiście nie jest to zawsze, ale dosyć często). Odpowiedź jest chyba w tytule tego posta. To kawałek cytatu z Ewangelii. Co człowiek sieje, to i zbiera. Staram się być kulturalny i z miłością (na ile potrafię) podchodzić do drugiego człowieka, nawet, gdy muszę mu odmówić wydania oczekiwanego zaświadczenia w kancelarii. I myślę, że ta miłość do mnie wraca. Tam, gdzie tej miłości z mojej strony brakuje, tam i mocno po głowie dostaję. Jednocześnie ci ludzie, którzy narzekają na chamstwo i oszustwa ze strony innych, sami świętoszkami nie są.
To tak chyba jest, że jak ktoś stara się budować królestwo Boga na ziemi, łatwiej je zauważa. A ci, którzy próbują siłą walczyć, siła się przeciw nim obraca.
Ja dziękuję Bogu za tę dzisiejszą kasjerkę. Ale dziękuję także Bogu, że mnie prowadzi przez to życie mimo wielu trudności. I nawet, gdy są sytuacje kryzysowe, nie daje mi zbytnio stracić głowy. Chwała Panu!

Refleksje po czuwaniu

Za nami Zesłanie Ducha Świętego. A także różne czuwania w wigilię tej wielkiej uroczystości. Prowadzone przez nas czuwanie było pełne mocy Ducha Świętego. Informacje zwrotne docierające do mnie były pełne wdzięczności i świadomości, że Bóg działał. Cały czas działał. W kościele było przynajmniej 7 księży, 1 kleryk (tylu się doliczyłem) a także kilka sióstr zakonnych. Nie jestem pewny, czy kogoś jeszcze nie było, gdyż nie wszyscy się afiszują, czy rzucają w oczy :).
Bóg działał w każdej z trzech części. Tak w trakcie Eucharystii, jak i modlitwach o uzdrowienie i uwolnienie oraz w trakcie uwielbienia połączonego z głoszeniem świadectw. Na koniec była także modlitwa indywidualna (wstawiennicza) nad ludźmi. Z zasady była ona o wylanie Ducha Świętego. Ale czasami były elementy innej modlitwy. 
Bardzo piękna była oprawa artystyczna modlitw. Zespół „JOŁ” śpiewał i prowadził modlitwy niemalże jak znane powszechnie zespoły uwielbieniowe. Kilkunastu wokalistów (w tym solistki obdarzone niezwykłym głosem), najróżniejsze instrumenty – w tym oprócz pianina (autopoprawka po jednym z komentarzy), gitar, także m.in. perkusja, skrzypce i kilka pomniejszych. Fajna sprawa.
Podobało mi się także wielbienie Boga flagami. Powiem szczerze, że trochę miałem obaw, jak to będzie w takim kościele. Ale przy kilkuset osobach na czuwaniu (do końca zostało pewno przeszło 300 osób) to miało sens. I to wielki sens.
Jezus był uwielbiony i posyłał realnie Ducha Świętego. Ducha, który daje miłość i pokój, a także daje charyzmaty uzdrawiania i uwalniania, świateł poznania i pozwalał ze wszystkich tych i innych charyzmatów korzystać.
To był naprawdę dobry czas. Dziękuję wszystkim, którzy w tym uczestniczyli. Szczególnie tym, którzy się angażowali. Jestem dumny z tych ludzi, bo czuję się za nich odpowiedzialny. Większość z nich w ostatnich latach przy mnie poznawało Jezusa i razem ze mną do Niego się zbliżali.
A jeśli Cię nie było? Cóż… Szkoda. Ale to Ty przede wszystkim jesteś stratny. Nie ja. Może kiedyś i gdzieś jeszcze będzie szansa coś takiego przeżyć. Nie zmarnuj następnej takiej szansy.
PS. Szkoda tylko, że nikt tego nie nagrywał, a przynajmniej nie robił zdjęć. Może następnym razem się poprawimy :).