Po pogrzebie…

Monika Brzoza miała dosyć ładny pogrzeb. Do tego tylu ludzi… Około 30 księży – taka liczba zdarza się chyba tylko na pogrzebach kapłańskich, rodziców księży i… wybitnych osobistości. Łatwy stąd wniosek – Monika była osobą wybitną. Cóż… jej drugie imię – zgodnie z homilią ks. Grefkowicza – to Ewangelizacja – a przecież to główne działanie Kościoła. Ups… Nie jest to główne działanie Kościoła, ale… jedyne jego działanie. Nie ma co się dziwić, że tylu było księży i wiernych. Potem jeszcze słowa przesłania od biskupów. Szok… Taki pozytywny oczywiście…
A co do samego przebiegu…? Powiem szczerze – może komuś tu podpadnę – ale były momenty, które mi się nie podobały. Wiele ludzi zaangażowanych w ruchy charyzmatyczne (i oczywiście nie tylko) wie, że ważną rzeczą jest wyrażanie emocji. Jezus nad śmiercią Łazarza zapłakał – bo to jest ludzkie. Dlaczego w trakcie pogrzebu nie było niemalże możliwości na uronienie choćby jednej łzy? Dlaczego w tym momencie, gdy mógłby być czas zadumy, wszyscy wielbią Boga śpiewając i klaszcząc w dłonie? Oczywiście – wszystko ma być na chwałę Boga i umieranie Moniki też na chwałę Boga było. Ale gdzie jest powiedziane, że nie można chwalić przez łzy? W jednej z modlitw Ostatniego Pożegnania (takiej liturgicznej części) jest powiedziane, że Jezus otrze wszelką łzę… Zadam pytanie – którą łzę? Radości? Czy tego smutku, którego nie było?
W trakcie uwielbienia patrzyłem na rodziców Moniki – mam wrażenie, że na ich twarzach rysowała się pewnego rodzaju irytacja… Co by nie mówić – zapewne oni byli Monice najbliżsi. A na 100% ona była najbliższa im. Ja wiem (przynajmniej mniej więcej), że uwielbienie było wolą Moniki… Ale jakoś tak to dziwnie odbieram… Może jestem jakiś „lewy” i się nie znam. Może nie nadaję się do takich spraw. Kto, jak kto, ale ja jako ksiądz, wiem, że śmierć nie jest końcem, a tylko przejściem po nagrodę. Myślę jednak, że to wszystko można było inaczej zrobić.
Biały kolor? Proszę bardzo… Gdy mój kolega zginął kilka tygodni po świeceniach kapłańskich, ostatnią Mszę św. z ciałem zmarłego, księża także odprawiali w białych ornatach. Ale było to wszystko stonowane. W przypadku pogrzebu Moniki chyba tego stonowania zabrakło – do takiego stopnia, że gdyby nie widok trumny w kościele, to trudno by stwierdzić, że to w ogóle był pogrzeb. Mam nadzieję, że celem tego wszystkiego było wielbienie Boga, a nie tylko pewne działanie, by o tym się mówiło.
Wiem, że iluś osobom mogę tym wszystkim podpaść. Przepraszam, jeśli kogoś obraziłem. Nie o to mi chodziło. Co się stało i tak się nie odstanie. Każdy może mieć swoje zdanie – to ja też mam. Trzeba jednak w tym wszystkim pamiętać, aby zamiast dyskusji, jak piękny był to pogrzeb, pamiętać o modlitwie za Monikę. Bo nikt z nas nie wie, gdzie ona teraz jest i być może naprawdę bardzo potrzebuje naszej modlitwy.

A… może dodam jeszcze na końcu… To, że mi się niektóre momenty nie podobały, nie znaczy, że to musiało być bardzo złe. Znam takie osoby, którym się podobało… Ale wiem, że moje zdanie nie jest odosobnione.  Wiem jednak, że Bóg wie, jak to wszystko wykorzystać, aby ludzi do siebie przyciągnąć i by rozszerzało się Królestwo Niebieskie wśród nas. Bo On wszystko wie…

Bardzo osobiste wspomnienie…

Treść tego posta napisałem 2 lata temu – z okazji tej samej uroczystości, co dzisiejsza. Ponieważ wpadło mi to w ręce i stwierdziłem, że coś o mnie i moim otoczeniu mówi, stwierdziłem, że warto go umieścić. 
 
Było to około godziny 4. Mrok jeszcze spowijał ziemię. 28 lipca 2006 roku spałem właśnie w namiocie w Kostrzyniu nad Odrą, odpoczywając przed najważniejszymi momentami ewangelizacji na Przystanku Woodstock. Obudził mnie SMS otrzymany od taty, mniej więcej takiej treści:. „Idę do szpitala, zajmij się różnymi rzeczami w domu”. Zadzwoniłem, porozmawiałem. To była ostatnia nasza Rozmowa. Diagnoza – zapalenie płuc, przewidywana wizyta w szpitalu – 2-3 miesiące. Trochę wydało mi się to dziwne – przecież niedawno sam przechodziłem zapalenie płuc – trochę zatem zlekceważyłem sprawę. Nie uwzględniłem tego, że tata od kilku lat cierpiał na nowotwór.
Wieczorem tamtego dnia dostałem wiadomość od brata – stan krytyczny – potrzeba modlitwy. Ileż to ja się tamtej nocy modliłem? – pod krzyżem Przystanku Jezus – na placu woodstockowym – wysłałem wiele SMSów z prośbą o modlitwę. Rano stan zdrowia taty się poprawił. Postanowiłem jednak wracać, nie czekając na najważniejsze momenty całej ówczesnej ewangelizacji. Przez pół drogi modliłem się słowami koronki do Miłosierdzia Bożego, śpiewanej na melodię lednicką – typową dla Przystanku Jezus. Gdy wjeżdżałem do Warszawy otrzymałem wiadomość, że tata cały czas żyje. Trochę odetchnąłem, odpuściłem modlitwę i ze względnym spokojem podjechałem pod szpital na Banacha. Przed drzwiami stał mój brat – tata 10 minut wcześniej zmarł. Wielki ból, płacz. Ja – ksiądz – nieraz spotykający się ze śmiercią – nie potrafiłem sobie z tym wszystkim poradzić. Ale minęły 3 dni – pogrzeb i złożenie do grobu na cmentarzu. Później względny spokój wrócił. 
Historia kilkudziesięciu godzin – jak w wielu naszych rodzinach, jak w rodzinie z Nazaretu, gdy umierał Jezus. Ileż to śmierci dotyka nasze domy? Jakże chcielibyśmy takich sytuacji unikać. A jednak…  
Dziś pewno odwiedzę tatę – pójdę się za niego pomodlić. A chyba jeszcze bardziej pomodlić się do niego. Tak. Właśnie tak. Ja wierzę, że on jest w niebie. I to nie tylko dlatego, że jest to moje pobożne życzenie. Wierzę Jezusowi. On pokonał śmierć. Dał nam szansę na życie. Co więcej – dał nam obietnicę – „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.” (J 6,54). Tata zawsze był dla mnie wzorem życia religijnego, życia wiarą, życia sakramentami. Wiem, że nie był doskonały, jak nikt z nas tu na ziemi nie jest, ale wiem, że zasłużył na niebo. Wiem też, jako ksiądz, że w godzinę śmierci ksiądz udzielając sakramentów, udziela odpustu zupełnego – największego daru dla człowieka umierającego, bądź znajdującego się w czyśćcu. I chociaż jest to owiane tajemnicą i wiarą, to jednak wierzę głęboko, że tata jest w niebie. Dlatego też będę się do taty modlił o pomoc dla mnie i dla rodziny. On już wiele dla mnie wyprosił – jestem tego pewny. Jednakże, chociaż być może mógłbym powiedzieć, za aniołem z Ewangelii: „Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?”, to pewności nie mam, a zatem pomodlę się także za niego – bo wiem, że jest to mój obowiązek, który może ogromnie pomóc memu ojcu. Spoczywaj w pokoju!

Koronka do… Taty

Nie.. w tytule tego posta oczywiście nie chodzi o nową modlitwę. Koronka o której mówię, to oczywiście ta do Miłosierdzia Bożego. A jaki ma to związek z tatą? Dziś idąc na grób mojego taty odmawiałem Koronkę. Ponieważ nie śpieszyłem się z modlitwą, zajęła mi ona całą drogę – tak to się fajnie złożyło. Ciekawe, ilu księży pracuje w tak niewielkiej odległości od grobu swojego zmarłego taty? Pewno niewielu… Jakoś Pan Bóg widocznie chciał, bym obecnie pracował tak niedaleko od rodziny. I widzę, że ma to sens. Wszak ileś dobrych rzeczy w tej rodzinie zaczęło się dziać. Może jeszcze nie wszystko jest tak, jak mogłoby być, ale widzę, że powoli coś się zmienia. Wszak Bóg wie, co robi…
Do tego mam przecież dobrego orędownika w niebie…. Wprawdzie nie odmawiam specjalnej koronki do taty, ale powiem szczerze, że sporo więcej modlę się do taty niż o jego zbawienie. Wierzę głęboko, że on jest w niebie. Wręcz nie wyobrażam sobie innej opcji. To dobro coraz mocniej pojawiające się w naszej rodzinie jest niejako tego potwierdzeniem. Oczywiście – 100% pewności nie mam (zob. post o tym, co wiem, a czego nie wiem) i dlatego co jakiś czas do modlitwy za zmarłych dodaję tatę, ale częściej jednak modlę się do niego o wsparcie i pomoc. 
Dziś – można powiedzieć – jest jego święto. Wszak dziś Wszystkich Świętych – czyli tych wszystkich, którzy już są w niebie. Ja modlę się do Taty, za niego, a on modli się za mnie i za moich bliskich. To jest właśnie świętych obcowanie – o którym mówimy w wyznaniu wiary. Mimo smutku, że pewnych osób fizycznie nie ma wokół nas, to jednak cieszmy się, że mamy takich orędowników w niebie. Wierzę, że od kilku dni mam tam kolejną orędowniczkę – Monikę. I w mojej modlitwie – obok próśb (i Mszy św.) za nią – powoli zaczynam wzdychać do niej o pomoc. Wierzę, że jeśli nawet nie jest jeszcze świętą, to lada moment będzie… A więc…
św. Stanisławie F., módl się za nami!
św. Moniko B., módl się za nami!
Wszyscy Święci i Święte Boże, módlcie się za nami!

2 spowiedzi… a przynajmniej jedna

Jako, że w tym blogu często staram się pokazać, jak Bóg fajnie i ciekawie działa, napiszę o czymś, co miało miejsce dziś. Podobne sytuacje zdarzają się nieraz. O co chodzi? O podsyłanie mi różnych ludzi do spowiedzi bądź to we właściwym czasie, bądź to z problemem, z którym już miałem do czynienia w przeszłości.
Już nieraz tak bywało, że przyszła do mnie osoba do spowiedzi i opowiadała o swoim życiu, a ja się pytałem w duszy: „kto ją celowo do mnie przysłał?”. Bo okazywało się, że sytuacja danej osoby jest mi bliska – albo z autopsji, albo z powodu względnej znajomości problemu. Bywało też i tak, że szedłem do spowiedzi czując się zmuszany,bo wyszła jakaś nagła zmiana i musiałem kogoś w konfesjonale zastąpić. I bywało tak, że okazywało się, że ta osoba dzień wcześniej modliła się, żebym to ja konkretnie przyszedł spowiadać. Chociaż mało tę osobę znałem, to ona jakoś czuła, że to akurat ja powinienem ją wyspowiadać. I zdarzało się, że po takiej spowiedzi dosyć szybko pojawiały się owoce – przez np. modlitwę wstawienniczą nad nią, albo wstąpienie do wspólnoty.
Dziś może aż tak nie było (chociaż kto wie? – wszak owoce często pojawiają się ileś czasu po fakcie). Zasadniczo wg grafiku to nie ja miałem iść spowiadać. Jednakże jeden ksiądz musiał wyjechać z parafii, więc ja zdecydowałem się za niego usiąść w konfesjonale – chociaż nikt mnie o to nie prosił. Ponieważ spowiadało nas dwóch księży, tak się złożyło, że przez długi czas nikt nie podchodził do mnie. Już miałem wyjść, gdy podeszła pewna młoda kobieta – nieznana mi. Nie będę oczywiście opisywać, co było w spowiedzi – jeszcze ktoś dojdzie o kogo chodzi i będę miał ekskomunikę na karku. Fakt jest taki, że spowiedź długo trwała, a ostatecznie ona od konfesjonału odeszła ze łzami w oczach. I to prawie na pewno nie były łzy żalu, czy pretensji, że ją skrzywdziłem. Coś się w niej łamało. Jestem przekonany, że to nie był przypadek, że ona do mnie podeszła do tej spowiedzi. Co z tego wyniknie? Nie wiem… Ale być może coś dobrego… Bóg to wie… On przecież wie kogo i jak pokierować, by mógł doświadczyć Bożej miłości…
Później była jeszcze jedna spowiedź. I chyba też dobra… A miało mnie w konfesjonale nie być na tej Mszy… Powiem szczerze, że coraz mniej mnie zaskakują takie sytuacje. Taki jest ten Pan Bóg. On naprawdę nie tylko chce nam dawać życie w obfitości, ale po prostu daje tym, którzy się na Niego otwierają i starają się z Nim współpracować.

Wiem… a może jednak nie…

Ostatnie kilkanaście godzin było dla mnie pewną ważną lekcją. Wczorajszy, opisywany przeze mnie, płacz nie dotyczył sprawy Moniki, ale zupełnie innej. Dziś uświadomiłem sobie, że we wczorajszych wydarzeniach można dostrzec sens i potwierdzenie tego, co w tytule mojego całego bloga.
O co chodzi? Otóż kilka dni temu pisząc o Monice użyłem stwierdzenia, że „nie mogę wykluczyć, że Bóg ją tu [na ziemi] zostawi”. Częściej używałem, że wierzę głęboko, że tak będzie. We wspomnianym poście odnosiłem się do pewnych słów Św. Pawła. Nie przypuszczałem wtedy, że te słowa w tych dniach pojawią się w liturgii mszalnej. Dziś w pierwszym czytaniu (Flp 1,18b-26) możemy usłyszeć te słowa o życiu, śmierci i zostawieniu na ziemi dla korzyści ludzi, do których Paweł był posłany. Powiem szczerze, że gdy dziś rano zajrzałem do czytań, to czułem, jak automatycznie łzy zaczęły zmierzać ku moim oczom. Nie mogłem tego nie skojarzyć z Moniką. 
Apostoł Narodów nazywa śmierć zyskiem. I wierzę, że tak jest także w przypadku śmierci Moniki. Ale pojawia się pytanie, dlaczego Bóg jej tu nie zostawił? Dlaczego moje przeświadczenie było mylne? Byłem przecież przekonany, że to zamysł Boga i że ma to sens. Być może wyjaśnieniem jest porównanie moich słów z dzisiejszym czytaniem. Jaka różnica? Ja byłem mocno przekonany, a św. Paweł pisze: „ufny w to wiem, że pozostanę”. On to po prostu wiedział. A nawet jeśli nie do końca, to jego słowa wypowiedziane z wiarą i mocą stały się prawdą. Moje słowa dopuszczały pewną wątpliwość w to, o czym mówię. Wydawało mi się, że w to wierzę, ale chyba tak nie było do końca. Co więcej – czym bliżej śmierci Moniki, tym mniej byłem przekonany, że tak właśnie ma być. Przypominają mi się tutaj słowa Jezusa: „Kto powie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze, a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się się to, co mówi, tak mu się stanie” (Mk 11,23). Niestety – muszę się tu przyznać, że – w mojej duszy coraz bardziej pojawiała się wątpliwość, jak to będzie.
Ktoś teraz może zapytać, to gdzie tu potwierdzenie, że Bóg wie, co robi… Żeby o tym Ciebie przekonać, muszę napisać troszkę, o tym co działo się u mnie kilka godzin wcześniej. Otóż mój opisywany po południu płacz był wyrazem bezradności i słabości wobec tego, co się wokół dzieje – i to nie dotyczyło bynajmniej sprawy Moniki. Miałem chyba jakiś żal do Boga, że nie rozwiązuje problemu, o który się modlę. Później jednak ten problem częściowo został rozwiązany. Jednakże zanim to się stało, ja w płaczu mówiłem Bogu, z jak najbardziej szczerym sercem o tym, co przeżywam. I wtedy to uświadomiłem sobie, że ja o pewne rzeczy proszę, ale nie do końca wierzę, że to się stanie. Jezus w swojej bytności mówił np. „bądź wolny od swej niemocy” albo „milcz i wyjdź z niego”. Św. Piotr do paralityka powiedział „w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3,6). A ja co? Nie mam odwagi tak powiedzieć, a jeśli nawet podobne rzeczy próbuję mówić, to jest w tym wszystkim ileś wątpliwości.

Jaki z tego wniosek? Wczorajsze popołudnie przygotowało mnie na przyjęcie prawdy usłyszanej wieczorem. Bóg nie musiał zostawić Moniki przy życiu (chociaż bardzo tego chciałem), bo ja nie do końca w to chyba wierzyłem, nawet jeśli o tym mówiłem innym. Bóg dał mi poznać pewną prawdę o sobie. Nie do końca wierzę w siebie, a dokładniej w możliwość mocy moich słów. To ważna prawda. Ja wierzę Bogu i wiem, że On wie co i kiedy robi. Ale na obecną chwilę nie do końca wierzę, że moje słowa – nawet wypowiadane w imię Jezusa Chrystusa – są skuteczne. Wiem jednak – i to potwierdziło wczorajsze popołudnie – że jeśli nie myślę tylko o mocy mojej modlitwy, ale z pokorą (a nieraz nawet ze szczerym płaczem) cierpliwie zanoszę moje modlitwy do Boga, to one są wysłuchane i wypełniane w taki sposób, jaki Bóg uzna za najlepszy.

Z tego wszystkiego wynika, że Bóg naprawdę wie, co robi. Do pewnych rzeczy przygotowuje ludzi. Długie umieranie Moniki było przygotowaniem mnie do przyjęcia prawdy o tym, że jeszcze długa droga do mojej pełnej wiary. Do tego Bóg przygotowywał mnie do stwierdzenia, że nie musi być tak z Moniką, jak mi się wcześniej wydawało.

               Przyjdź Duchu Święty i naucz mnie prawdy o sobie.
               Daj mi wiarę w to, że możesz i chcesz dać moc moim słowom i działaniom.
               Dodawaj mi tej mocy, abym mógł skuteczniej głosić i czynić dzieła Bożej miłości.
              Daj także i mi swoją miłość,  bym mógł bardziej kochać Ciebie i lepiej służyć moim braciom i siostrom.
             Daj także pokorę, abym w tym wszystkim nie szukał swojej woli i chwały, lecz był narzędziem w Twoim ręku i działał na Twoją chwałę.