Wiadomość zza światów [*]

Kilkadziesiąt minut temu zadzwonił do mnie telefon. „Mam wiadomość od Moniki Brzozy. Prosiła, abym do księdza zadzwoniła. Odeszła już do Pana, ale zaprasza na swój pogrzeb.”
Na razie nie płaczę… Chociaż smutek przeszywa me serce. śp. Monika Brzoza zmarła dziś o 20.38. Jeszcze kilka dni temu, baa… dziś byłem przekonany, że Monika będzie żyć. Widać Bóg miał inne plany.
Ale tak naprawdę, to wiem, że ona żyje. I to nie tylko dlatego, że mi przekazała zaproszenie na pogrzeb. W I Prefacji pogrzebowej są słowa „Życie Twoich wiernych o Panie, zmienia się, ale się nie kończy” oraz  „i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności”. I to niewątpliwie daje pociechy. Wiem, że Monika już nie cierpi. Wiem, że już nie umiera. Ona żyje – tylko inaczej. Trudno stwierdzić jak. Widzi już to, czego oko nie widziało, czego ucho nie słyszało, czego serce nie zdołało pojąć. Ona już to wie. Bo ona już ogląda swojego Oblubieńca. I poznaje świat, tak jak On poznaje. Ale z radością i miłością wpatrując się w Boga, nie zapomina o nas. I jestem pewny, że jeszcze bardziej pamięta i bardziej nas kocha niż nawet kilka godzin temu.
Dzięki Ci Panie za życie Moniki i świadectwo jej życia. Dzięki Ci też, że postawiłeś ją na mojej drodze życiowej.

Wieczny odpoczynek, racz jej dać Panie…

Sługa Pański

Cały czas powtarzam, że Bóg wie, co robi. Często jednak po cichu dodaję słowa, że ja nie muszę tego wiedzieć, co i dlaczego robi Bóg. Jest w moim życiu wiele radości. Ale są też takie momenty, kiedy zupełnie nie rozumiem o co chodzi Bogu. W sumie nie powinienem się dziwić. Nieraz powtarzam słowa ze Starego Testamentu: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55,8). A jednak czasami te sprawy Boże są dla mnie na tyle nie zrozumiałe, a wręcz abstrakcyjne, że pojawia się w moim sercu ból, a nieraz nawet płacz.
Dziś też tak było. Dlaczego Bóg tak często pozwala na cierpienie swoich ludzi? Dlaczego nie zawsze łatwo zauważyć w Nim Ojca z przypowieści o Synu Marnotrawnym? Do końca tego nie wiem. Odpowiedzi jednak na to należy szukać w cierpieniu i śmierci Jezusa. Te nieludzkie męki, których doświadczył Syn Boży, miały sens – wyjednały nam zbawienie. I wierzę głęboko, że nieraz Bóg poprzez nie do końca zrozumiałe cierpienia, pozwala pewnym osobom mocno zbliżyć do Jezusa, a także pomóc Jemu zbawiać świat.
A dlaczego właśnie tak? Też nie wiem. W biblijnej IV Pieśni o Słudze Pańskim są słowa „Spodobało się Panu zmiażdżyć go cierpieniem” (Iz 53,10). Go…, czyli kogo? Na pewno ten tekst zapowiada Jezusa, ale może także każdego, o którym można powiedzieć „Sługa Pański”. To piękny tytuł i niekoniecznie wszyscy na niego zasługują. Ale może tak właśnie jest, że jeśli już ktoś jest przez Boga wybrany na umiłowanego Sługę, będzie przechodził drogę jak ta przedstawiona u Izajasza, a której fragment opisu zacytowałem…

A… wiesz co? Żeby nie wyszło tak całkowicie dołująco… Dziś mimo wszystko potwierdziło się, że Bóg słucha naszych próśb i lituje się nad dolą swoich owieczek. A, że nie zawsze od razu, albo niekoniecznie w taki sposób, jak byśmy chcieli, to inna sprawa. Ja nie muszę wiedzieć, dlaczego właśnie tak. Ale Bóg to wie.

Idźcie i nauczajcie…

Zastanawiałem się kiedy i w jakiej formie pojawi się mój pierwszy wpis pokazujący trudne życie księdza. Na pierwszą część pytania już daję odpowiedź: TERAZ!. W jakiej to będzie formie – okaże się, gdy skończę pisać tego posta :P.
Co niby takiego trudnego? Przede wszystkim sam w sobie długi i trudny dzień. Rano konfesjonał, potem kilka godzin na studiach, bezpośrednio do szkoły. Właśnie wróciłem. Za kilkadziesiąt minut do kancelarii. Potem Msza św., różaniec i spotkanie wspólnoty. Przy dobrych wiatrach około 21.15 będę miał względny spokój i będę mógł przygotować się do jutrzejszych lekcji. Niestety często po spotkaniach wychodzą różne sprawy i nieraz ten czas wolny mam ok. 23 – gdy jestem padnięty.
Zmęczenie fizyczne to jedna sprawa. A trudność i zmęczenie psychiczne, to rzecz inna. Dziś w Ewangelii scena powołania Apostołów. Mieli oni nauczać wszystkie narody. Czasami jednak zastanawiam się, po co iść do szkoły, jeśli nie da się poprowadzić lekcji. Uczę w liceum – klasy na wszystkich poziomach. Klasy pierwsze mam połączone. Zapisanych jest łącznie 35 osób. To już w założeniu jest dużo, bo nawet gdy nie ma 4 osób na lekcji i tak uczniowie nie mieszczą się w ławkach. Zasadniczo sale szkolne nie przewidują tak dużej ilości uczniów na jednych zajęciach – a jednak.
Gdyby jeszcze z tymi uczniami coś się dało robić. Dziś szczególnie muszę się przyznać do porażki. Nic nie zrobiłem. Sprawdziłem listę, zapisałem temat na tablicy. I później już zasadniczo nic. Nie było chwili względnej ciszy. Puszczana muzyka, chodzenie po klasie, odrabianie lekcji i robienie ściąg z przedmiotu, który ma być niebawem, próba gry w karty. To standardowe działania. I gdy próbuję zrobić porządek w jednej części, w drugiej się zaczyna od nowa. I tak w kółko Macieju.
Niedawno zadałem pewną pracę do napisania. Przez ostatnie 2 tygodnie prace przyniosło łącznie jakieś 30% uczniów. Pewno ich nie zainteresuje nawet, gdy dostaną jedynki. No może zainteresuje i będą mnie obwiniać. Takie życie. Wiem, że w tym wszystkim jest dużo mojej winy. Ale czy aby na pewno?

Pod koniec lekcji – kiedy zostało 10 min do dzwonka i wiedziałem, że nic nie zrobię, postanowiłem, że się wspólnie pomodlimy. Mieliśmy odmówić jedną tajemnicę różańca. Nigdy tak nie robię, ale stwierdziłem, że ponieważ ja nie jestem w stanie pomóc, to zaproszę do pomocy Boga. Gdyby wszystko było w porządku po 4 minutach uczniowie wyszliby z sali. Jednakże nie dało się i tego sensownie poprowadzić. Nie można było kilku „Zdrowasiek” odmówić po kolei, aby nie zaczęli rozmawiać,wariować, hałasować, korzystać z komórek itp. W TRAKCIE MODLITWY! Po iluś podejmowanych próbach kontynuacji modlitwy (czekałem zawsze na spokój) kilku agresywnych uczniów wyszło ostentacyjnie z sali, a całość modlitwy trwała 15 minut. I tak końcówka nie była idealna. Czy naprawdę młodzież chodząca na religię nie może 5 min w ciszy się pomodlić????????? Czy to naprawdę moja wina? Pewno też, ale łudzę się, że nie tylko.

No cóż… Średnio mi z tym. Pomodliłem się, by Bóg im przebaczył i pokazał inną drogę. Wierzę, że kiedyś nie będzie za późno i odnajdą Boga. A mi co pozostaje? Trwać i angażować się w swoje działanie. Jezus przecież zapowiadał, że sługa nie jest większy od swego Pana i ponieważ Jego prześladowali, nie mogę się dziwić temu wszystkiemu, co przeżywam próbując głosić Jego Ewangelię.

Dzień wolny

W sumie, to nie powinienem nic pisać. Wszak miałem dzień wolny. Tak… księża też raz w tygodniu odpoczywają. Przynajmniej tak powinno być. Ale nie zawsze jest.
Nie będę się rozpisywał, co dziś robiłem, a czego nie, ale muszę powiedzieć, że chyba i tak jestem bardziej zmęczony niż w ostatnich dniach.
Jednak kilka refleksji. Dziś szczególnie cieszę się wraz z jedną z moich podopiecznych. Idzie w niej i wokół niej ku lepszemu. Obecnie jakoś bardziej zdecydowanie.  Coś złego pęka, coś dobrego zaczyna się budować.
Kilka ostatnich dni przynosi mi wiele dobrych wiadomości. W człowieku, który mnie nie zna, może to budzić wątpliwości w prawdziwość tego, o czym piszę. Może się zdarzyć, że ktoś stwierdzi, że jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Ja wyraźnie odcinam się od łączenia swojego życia z jakąś gwiazdą. Jeśli już, to ze Światłością, którą jest Jezus Chrystus. Natomiast prawda jest taka, że w moim życiu oprócz wielu dobrych chwil, jest także sporo trudności. Nieraz wieczorem jestem zdołowany, a bardzo często po prostu zmęczony, do takiego stopnia, że lepiej trzymać się ode mnie z daleka.
Ale może te ostatnie dni naprawdę mają mi i moim bliskim pokazać, że coś ważnego się dzieje. Brak wiadomości o chorej Monice wprawdzie nie napawa optymizmem, ale zapewne potwierdza trwanie i oczekiwanie. Może te ważne rzeczy rzeczywiście się zaczynają. Może czas pojawienia się mojego bloga nie jest przypadkowy. Naprawdę nie wiem…
Żeby nie wyglądało, że jest tak cukierkowo, to muszę jednak powiedzieć, że obecnie, obok tych dobrych rzeczy wokół, jest jednak sporo trudnych spraw. Jest ileś osób, które zmagają się ze sobą, swoją słabością, wolnością itp. Widzę, jak to dla nich trudne. Jednocześnie problemy tych osób nie spływają po mnie jak po kaczce i też to wszystko przeżywam, w mniejszym lub większym stopniu. Chciałbym tym osobom jakoś wyraźnie pomóc. Ale nie wiem jak. Wiem, że chyba jakoś pomagam, ale mam świadomość, że jestem za słaby, aby wyciągnąć ludzi z ich problemów. Wiem jednak, że jest taki Ktoś, kto może to zrobić, także wykorzystując mnie jako narzędzie. I wierzę głęboko, że pomoc przyjdzie. Kiedy? Nie wiem… Ufam Bogu! On wie lepiej, kiedy ma działać.
Do tego – warto skupiać się na tych dobrych rzeczach. To one budują człowieka i pomagają wyraźniej dostrzegać Boże działanie w życiu. 
Życzę Ci samych dobrych chwil i dostrzeżenia Bożego działania w Twoim życiu.

Czas powrotów?

Nie wiem, co się dzieje. Kolejny dzień i kolejna trudna rozmowa, która prowadzi do zbliżenia, do złamania rozdzielającego muru – kolejne pojednanie. Oczywiście ta moja niewiedza co do tego, co się dzieje, nie jest dla mnie powodem do smutku, lecz wielkiej radości.
Fajnie jest zmęczyć się spotkaniem i rozmową, gdy widać pierwsze owoce. Oczywiście nie musi się to automatycznie przełożyć na dalsze owoce w krótkim czasie. Bo nigdy nie wiadomo, który upadek na drodze krzyżowej jest tym ostatnim. Po podniesieniu się z upadku zawsze mogą pojawić się i następne – być może i cięższe. Ale to już nie będzie to samo miejsce i nie dokładnie taki sam upadek. A koniec zmagania się z upadkami coraz bliżej… W którymś momencie będzie zbawienie – koniec upadków. I to nie mówię o zbawieniu po śmierci, ale o łasce, którą Jezus każdemu z nas już dziś ofiaruje. Tylko trzeba z niej skorzystać. Bóg wie, co robi – nawet jeśli my w tym nie widzimy sensu.
Przypomniała mi się dziś Ewangelia o burzy na jeziorze (Mk 4,35-41). Szokujące wydaje się, że Jezus celowo kieruje uczniów na jezioro, wiedząc dobrze (jako Bóg), co się wydarzy. Wtedy, gdy zerwała się burza, On sobie spokojnie spał. Sprawiał wrażenie, że nie obchodzi Go los uczniów, a być może, że celowo wysłał Apostołów na zgubę. Ale może właśnie pragnął, aby uczniowie wzywali Jego pomocy, a przez to mogli doświadczyć Jego ogromnej mocy. Wystarczyły trzy słowa naszego Pana: „Milcz, ucisz się!”, aby wszystko wróciło do normy.
Tak nieraz jest w naszym życiu. Mamy ogromne żale do Boga i podejrzewamy, że chce nas zniszczyć. A może po prostu chce okazać nam swoją moc, gdy Mu zaufamy i poprosimy Jego o ratunek. Człowiek jednak w swojej głupocie często w takich momentach wyrzuca Jezusa za burtę, dziwiąc się, że nikt nam nie chce, bądź nie jest w stanie pomóc.
Warto jednak do Boga powrócić, w pewnym sensie dać Mu kolejną szansę – nawet, gdy nie ma pewności, czy to już ostatni powrót. My tego nie wiemy, ale Bóg to wie… Pamiętajmy – natchnienia wzywające do powrotu, to kolejna szansa dana nam przez Zbawiciela. On w jednej chwili może zmienić nasze życie. Tylko pozwólmy Mu działać. On przecież wie, co robi i zrobi to najlepiej, o ile Go nie wyrzucimy z serca, lecz ponownie przywołamy.