Uwaga, zagrożenie z Hello Kitty

Dawno już nie pisałem, ale chcę się z Wami podzielić pewnym świadectwem, które brzmi przerażająco. Na szczęście jest happy end. To, co tu opowiem usłyszałem od znajomej siostry zakonnej, a rzecz miała miejsce w jej rodzinie.

Zanim powiem, co usłyszałem od Siostry Ewy, zapowiem, że sprawa dotyczy popularnego obrazku/gadżetu/zabawki (itp) Hello Kitty. Jakiś czas temu coś słyszałem, że ma to jakiś związek z demonem. Ale chyba w moim myśleniu było takie coś: „bez przesady”. Po tym, co usłyszałem od s. Ewy i zaraz napiszę, nie będę już mówił „bez przesady”. Oto ta historia:

S. Ewa usłyszała od znajomej o zagrożeniu duchowym związanym z Hello Kitty. Ponieważ skojarzyła, że jej pięcioletnia siostrzenica Gabrysia miała wiele rzeczy z tym związanych, znalazła w internecie jakieś informacje o tym, wydrukowała i wysłała normalną pocztą do domu swojej siostry (mamy Gabrysi). W międzyczasie bardzo się modliła, tym bardziej, że miała sen, iż Gabrysię ktoś chce siłą wyciągnąć z rąk mamy i samej s. Ewy.

Trzeba tu wyjaśnić, że Gabrysia bardzo nie lubiła chodzić do kościoła, unikała pogłaskania główki przez księdza, a nawet przywitania się ze swoją ciocią – tą siostrą Ewą. W nocy nieraz nie mogła spać i ileś razy wstawała.

W trakcie, gdy list od siostry Ewy był w drodze, Gabrysia gorzej przeżywała noce. Miała koszmary. Przez dwie kolejne noce przychodziła do rodziców i mówiła, że muszą się wyprowadzić z domu, bo jakieś duże oczy na nią patrzą.

Po dotarciu przesyłki na miejsce, mama Gabrysi przeczytała zawartość i pokazała córce. Ta, gdy zobaczyła wydrukowany obrazek (prawdopodobnie samo hello kitty, bądź jakaś jej wersja), powiedziała, że to właśnie oczy z tego obrazka ją w nocy straszyły. Wspólnie z mamą podjęły decyzję o zniszczeniu – spaleniu wszystkich rzeczy związanych z hello kitty.

Od tego momentu Gabrysia śpi spokojnie, nie boi się pójść do kościoła, a do cioci (s. Ewy), gdy ta była w domu, sama pierwsza podeszła i zachęcała, by razem poszły na spacer.

Wnioski? Chyba same się nasuwają. Raczej nie będę więcej mówił „bez przesady” w takich sprawach. Bo – oczywiście nie każde dziecko będzie miało problemy duchowe po zabawie takimi gadżetami – ale zagrożenie jest realne.

Na szczęście nie jesteśmy też sami. Jest Jezus Chrystus, który pokonał szatana. Modlitwa różnych osób oraz decyzja zerwania z grzechem, jest ogromną pomocą, by nie dać się złapać w szpony złego.

Wprawdzie daleki jestem od straszenia ludzi szatanem, ale stwierdziłem, że warto się podzielić tym mini-świadectwem, które pokazuje, że szatan istnieje i jest niebezpieczny, ale nie jest nie do pokonania. Jeśli używa się właściwej broni.

Olśniło mnie

Dziś mnie olśniło. Wprawdzie główną myśl tego, co tutaj napiszę już chyba kilka razy słyszałem, ale dopiero teraz trafiło do mnie, dlaczego przykład z dzisiejszej Ewangelii jest używany w kontekście Ewangelizacji.
Oczywiście na początku trzeba wyjaśnić, że odnoszę się do Przypowieści O Siewcy. Zawsze myślałem o tej przypowieści w kontekście odbioru Słowa Bożego. Zawsze ludziom mówiłem, że trzeba być żyzną glebą itp. Oczywiście to jak najbardziej prawda. Tyle tylko, że chyba za mało skupiałem się na kwestii samego obfitego plonu (trzydziestokrotnego, sześćdziesięciokrotnego, czy stukrotnego). Tak sobie myślałem – będziesz bardziej żyzną glebą, będziesz coraz świętszy. I to cały czas jest prawda. Prawdą też jest, że podchodzenie do wiary na sposób emocjonalny, brak właściwego środowiska do wzrostu oraz troski doczesne (np. praca, utrzymanie rodziny, inne zajęcia, zachowawcze podejście do zaangażowania w wiarę, a także np. skupienie na cielesności) utrudniają wydawanie plonu. 
To wszystko prawda i ileś z tych rzeczy wielokrotnie ludziom mówiłem. Ale dziś trafiła do mnie istota tego wszystkiego – mianowicie PLON. Jaki plon wydają ziarna zboża rzucone w glebę? Kolejne ziarna zboża. Jaki plon w takim razie powinno wydać ziarno Słowa rzucone w glebę naszego serca? Kolejne Słowa, rozrzucane wokół nas. Oczywiście wokół nas znowu będą ludzie o różnych sercach, o różnym przeżywaniu wiary, wychowani w różnych środowiskach, troszczących o sprawy przyziemne. Ale naszym zadaniem jest siać. A to, na ile ludzi się nawróci zależy przede wszystkim od Boga, ale także od tego, jakimi my jesteśmy glebami. 
Przypowieść o siewcy zatem nie skupia się tylko na naszej wierze, a na przekazywaniu Słowa Bożego innym. Dopiero wtedy można powiedzieć, że nasze serca są żyzną glebą, gdy dzięki naszej wierze i naszemu głoszeniu Ewangelii, inni nawrócą się do Boga. 
Powinno teraz pojawić się pytanie: Jak żyzną jesteś glebą? Ile osób dzięki Tobie się nawróciło? 30? 60? 100? A może jeszcze nikt? Może za bardzo troski codzienne zagłuszają w Tobie konieczność głoszenia Ewangelii? A może nie bierzesz na serio ostatnich słów Jezusa, które przed wniebowstąpieniem powiedział do wszystkich uczniów: „Idźcie i nawracajcie wszystkie narody” (dosłownie „idźcie i czyńcie uczniów spośród wszystkich narodów”)? Może nie wierzysz, że Jezus będzie Cię wspierał, rozwiązywał Twoje problemy i o wiele rzeczy się zatroszczy? Przecież powiedział: „jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata”. Ewangelizacja, to zadanie każdego ucznia Chrystusa. Nie tylko mnie, jako księdza, ale także i Ciebie. Nie wypełniając tego zadania nawet trudno powiedzieć, że sami jesteśmy uczniami. Bo cóż to za uczeń, który nie wypełnia wezwania swojego nauczyciela… Zatem głośmy i wydawajmy plon… trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stukrotny. Głośmy Ewangelię, a Bóg te plony będzie pomagał nam wydawać.
W sumie tu mógłbym zakończyć. Ale kilka uwag do tego – w kontekście różnych podłoży z przypowieści:
Po pierwsze – wydanie plonu stukrotnego, nie musi oznaczać nawrócenia stu osób. Być może masz pomóc się nawrócić 3-4 osobom. A jak te kilka osób ogłosi Ewangelię następnym, a ci jeszcze następnym. To grono ludzi, w których ziarno słowa, które wyszło z Twoich ust, przyczyni się do nawrócenia blisko stu osób. W taki sposób ważne jest nie tylko, by kogoś ewangelizować, ale także uczyć innych ewangelizować oraz uczyć tych, co będą innych uczyć… 🙂
Po drugie – trzeba mieć świadomość, że nie wszystkie Twoje słowa, doprowadzą do nawrócenia człowieka. To nie tylko od Ciebie zależy. Przecież oni mają różne serca i różne podłoża gotowe przyjąć Ewangelię. Zazwyczaj, by się nawróciły te 3-4 osoby, potrzeba głosić Ewangelię sporo większej grupie ludzi.
Po trzecie – aby gleba była żyzna potrzeba wody. Aby nasze serca były żyzne potrzeba wody żywej – Ducha Świętego. Nie da się Ewangelizować tylko swoją mocą. Potrzeba mocnej współpracy z Duchem Świętym. A to jest możliwe tylko dzięki modlitwie, lekturze Słowa Bożego, sakramentom i czynom miłości.
Po czwarte – potrzebne jest właściwe środowisko, by szatan nas nie wyciągnął – potrzebna jest solidna Wspólnota ludzi, którzy nie tyle fajnie ze sobą żyją, co razem wspólnie ewangelizują – to jest bardzo ważne. Wspólnota, to nie koło wzajemnej adoracji, tylko grupa osób, która ma jasny cel (stawania się uczniami Chrystusa, czyli także czynienia uczniami innych) i go wspólnie realizuje.
Po piąte – ważne jest, by wiara nie sprowadzała się tylko do emocji i momentów, w których będzie mi się chciało. Wiara nasza musi być trwała i dojrzała. A skąd ją czerpać? Z tego, co tu powyżej napisałem. Ale należy pamiętać, że „wiara rodzi się z tego, co się słyszy”. Więc potrzeba samemu zagłębiać się w Słowo Boże, poznawać Je, wręcz studiować. Ważna jest stała formacja duchowa człowieka, życie sakramentalne, stawanie w prawdzie przed Panem i ludźmi. 
Na zakończenie jeszcze sformułowanie, które kiedyś usłyszałem, które brzmi paradoksalnie, wręcz śmiesznie, jest jednak bardzo trafne: „Wiara wtedy się mnoży, gdy się dzieli”. Tzn. wtedy wzrasta nasza wiara, gdy się nią dzielimy z innymi ludźmi. Wtedy dopiero stajemy się żyzną glebą, która wydaje ogromne owoce.

Co autor miał na myśli, czyli wyjaśnienie testu

Pamiętam, że w czasach szkoły średniej jedną z form pracy na języku polskim była interpretacja wiersza (czy jakiegoś dzieła). Zawsze miałem z tym problem. Bo skąd ja mam wiedzieć, co autor miał na myśli? To, co mi się wydaje, nie zawsze musi być zgodne z tym, co było zamiarem autora. Z drugiej strony – skąd polonistka wie, co autor chciał przekazać? Tak się złożyło, że teraz stanąłem po drugiej stronie barykady. Nie zostałem zrozumiany w tekście „Test”.
Może forma tego testu była dziwna, ale morał miał być wnioskiem z pewnej – realnej – rozmowy w trakcie wizyty duszpasterskiej. Na moje pytanie, czy ten ktoś chodzi do kościoła, usłyszałem, że ma sporo innych zajęć i trudno znaleźć mu czas na Mszę św., ale ogólnie jest bardzo wierzący. Zapytałem go, czy gdyby się dowiedział, że ktoś mu chce dać milion złotych, tylko trzeba by w niedzielę po te pieniądze pojechać, to czy by znalazł na to czas i by się zgodził. Usłyszałem odpowiedź twierdzącą. Za chwilę jednak sam zasugerowałem że pewno nawet gdyby dawali tysiąc złotych, to by pojechał. Także usłyszałem twierdzącą odpowiedź. 
Innymi słowy pewien wniosek: to, czy człowiek znajdzie czas między różnymi zajęciami, by coś innego zrobić, zależy od tego, na ile mu się to opłaca. Idąc tym tropem można postawić pytanie: „dla jakiej wartości warto coś innego w niedzielę zrobić?” Dla 100 tys., tysiąca, stu złotych, czy mniej?
A jeśli człowiek gotów byłby stracić czas (nie ważne, czy jeżdżąc autobusem, czy np. idąc na spacer lub spotykając się z innymi ludźmi) dla jakichś marnych pieniędzy, to dlaczego nie jest w stanie znaleźć czasu na pójście do kościoła? Widocznie ten człowiek nie zauważa aż takiej wartości Eucharystii – największego daru Boga dla Kościoła (czyli wierzących). (por. bł. Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, 11). A jeśli największy dar Boga ma niską wartość, to i Bóg ma w oczach tego człowieka niską wartość.
Test, który napisałem w swojej formie trochę nawiązywał do targowania się Abrahama z Bogiem w sprawie Sodomy i Gomory (Por. Rdz 18,23-33). Tam stanęło na tym, że ostatecznie te miasta zostały zrównane z ziemią, bo nie znalazło się dziesięciu sprawiedliwych. Wprawdzie pisząc test o tym nie myślałem, ale może się okazać, że los Twój będzie podobny do Sodomy i Gomory, gdy Bóg i Jego dary nie będą miały dla Ciebie odpowiedniej wartości.
Trochę podsumowując – jeśli dla pewnych pieniędzy jesteś gotowy zmienić swoje plany niedzielne i zrobić nawet coś po ludzku bezsensownego, to dlaczego nie jesteś w stanie w tych planach umieścić niedzielnej Mszy św., mimo, że jesteś wierzący? I czy ma to dla Ciebie jakieś znaczenie i wartość?

Test

Mam dla Ciebie test… Chociaż nie wiem, czy akurat dla Ciebie, czy do wykorzystania dla Twoich znajomych. 
1. Wyobraź sobie, że dostałeś propozycję. Wystarczy wsiąść do wskazanego autobusu, w jakiejś części zapełnionego, w tym częściowo przez Twoich znajomych. I pojechać tam, gdzie kierowcy będzie się podobało. Za około godzinę wrócisz do domu. Jeśli to zrobisz, otrzymasz w nagrodę 100 tys. złotych. Czy skorzystasz z takiej propozycji?
2. Czy jeśli powyższa propozycja nie opiewałaby na 100 tys., a na 10 tys., to nadal byś się zgodził?
3. A gdybyś miał dostać tysiąc zł?
4. Co powiedziałbyś, gdyby za tą godzinę byś dostał „tylko” 100 zł?
5. 50 zł?
6. 10 zł?
7. 1 zł?
Przy jakiej kwocie byś zrezygnował z propozycji? A może dla przygody i znajomych pojechałbyś za darmo?
Zastanów się poważnie nad pożądaną kwotą.
Wyniki testu:
Ta najmniejsza kwota, za którą byłbyś gotowy pojechać nieznaną drogą autobusem, w sytuacji, gdy opuszczasz niedzielną Mszę św. określa znaczenie Boga w Twoim życiu. Jeśli jesteś gotowy stracić godzinę dla tej kwoty, a jednocześnie nie chcesz tracić godziny dla Boga, to widać, ile dla Ciebie jest warty Bóg.

Podsumowując pojawia się pytanie: Jak wielką wartość ma dla Ciebie Bóg, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa oraz możliwość pójścia do nieba? Odpowiedz sobie na to sam. Muszę Cię jednak przestrzec, że zapewne szatan mógłby Ci dać każdą z tych kwot, jeśli zrezygnujesz z możliwości pójścia do nieba.

Pranie i reklama, a miłość Boża

Tak mnie naszło znowu na pisanie. Może gdzieś w sercu brzmi wezwanie „biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”, albo to, co ostatnio cytowałem: „będziesz mówił, cokolwiek Tobie polecę”. Może czas na mówienie. Szczególnie, że w ostatnich dniach kilka przemyśleń się pojawiło, o których chciałbym napisać. Inna rzecz, że już kiedyś też miewałem seriami przemyślenia, a nie przekładało się to na kolejne posty. Ostatnio mi przyszła taka myśl:
Kiedyś w prezencie dostałem koszulkę z pewnym obrazkiem umieszczonym na niej. Nie mi oceniać, czy to było ładne, czy nie. Nieraz nosiłem – czy to na wierzchu, czy pod jakimś swetrem. W miarę noszenia i kolejnych prań koszulka, a szczególnie obrazek na niej, blakł. Niedawno całkowicie się zniszczył. Oczywiście można by się zastanawiać, czy były podjęte właściwe środki, by to wszystko było w stanie takim, jak na początku. Różne reklamy przedstawiają środki piorące, które nie tylko nie niszczą ubrań i ich kolorów, ale wręcz potrafią przywrócić ich dawny blask. Nie wiem. Nie jestem ekspertem. Wiem jednak, że czasami reklamy potrafią robić ludziom wodę z mózgu, a przez to wielu ludzi tym reklamom wierzy.
Co to ma do rzeczy w sprawach wiary? A no ma i to dużo. Otóż każdy z nas ma w sobie (albo na sobie) obraz Boga. W dużej mierze od poczęcia, a najpełniej od Chrztu Św. Dzięki temu potrafimy m.in. kochać i rozróżniać dobro od zła. Jednakże w miarę naszego życia obraz Boga w nas potrafi wyblaknąć, jak obrazek na mojej koszulce. Systematycznie potrzebny jest nam odpowiedni środek, który nie pozwoli temu obrazowi wyblaknąć, a wręcz przywrócić jego dawny blask. Tym środkiem jest sam Bóg, który jest Miłością. To On, gdy się do Niego zbliżamy oraz karmimy Jego Ciałem i Słowem, odnawia w nas dziecięctwo Boże i Jego w nas obraz, pełny miłości. 
Jaka z tego konkluzja? Można przez jakiś czas żyć miłością, bez bliskości Boga – bo każdy z nas ma w sobie Boży obraz – podobnie jak kiedyś ładny był obrazek na mojej koszulce. Ale jeśli człowiek nie będzie żył Bogiem na co dzień, to będzie w nim coraz mniej miłości. Albo tak zostanie ona wypaczona, że nawet nie zorientujemy się, że to z prawdziwą miłością niewiele ma związku, a tak naprawdę nadaje się prawie do wyrzucenia.
I jeszcze na końcu wypada stwierdzić, że to, co tu piszę nie jest reklamą robiącą wodę z mózgu. Ja osobiście doświadczyłem, że Bóg stale mnie odnawia i pozwala mi żyć coraz większą miłością, bo coraz bardziej staram się być blisko Niego. I wierzę, że Bóg Tobie też może dać nowe życie i to życie w obfitości (por. J 10,10). Ale Ty nie musisz w to wszystko wierzyć. Możesz zamiast Bogu wierzyć telewizyjnym reklamom i treściom. Tylko co z tego będziesz miał?