Archiwum autora: ks. Jacek Fijałkowski

Przeczytaj, jeśli chcesz uwierzyć…

Dawno już nie pisałem. Warto zatem coś tutaj „naskrobać”. Fakt jest taki, że ostatnio aż tak dużo się nie dzieje – a przynajmniej takich rzeczy, o których można by napisać. Po prostu jest wiele spraw objętych tajemnicą spowiedzi, albo przynajmniej wymagających dyskrecji. A ileś pozostałego czasu zajmuje mi choroba, którą od tygodnia przechodzę, a także wizyta duszpasterska w te dni, gdy nie mogę odpuścić z racji przewidzianej ilości wizyt.
To co tutaj napiszę jest iluś moim czytelnikom znane. Ale mam nadzieję, że wiele osób usłyszy to po raz pierwszy. Piszę tego posta teraz, gdyż nieraz tę historię przytaczam w trakcie wizyty duszpasterskiej. Ostatnio nawet po tej historii usłyszałem: „Naprawdę ksiądz daje ogromną nadzieję”. O co chodzi?
Opowiem o pewnej historii, która w dużej mierze dotyczy mojego brata i jego żony, a także mnie i części wspólnoty, do której należę. Brat i bratowa mają oboje ponad 35 lat. Są od „ładnego” czasu małżeństwem. Żyje im się nie najgorzej. Mieli jednak przez długi czas jeden poważny problem. Nie mogli mieć dziecka. I to bynajmniej nie była sytuacja, w której jakiś lekarz by zawyrokował, że przyczyna tkwi w czynnikach biologicznych, które nie dają możliwości na posiadanie potomstwa. Fakt jest taki, że oboje badali się. Coś niby wykryto, ale nie na tyle poważnego, by nie móc mieć dziecka. Podjęli jednak jakieś leczenie, które mimo wszystko nie dawało oczekiwanych efektów i dziecka cały czas nie było. Pamiętam kolejne uroczystości – święta, imieniny itp. Zawsze pojawiał się smutek na twarzy brata oraz szczególnie bratowej. Dla mnie, księdza, było to doświadczenie pozwalające dostrzec, jak wielkie w kobiecie jest pragnienie macierzyństwa. Ja cały czas byłem mocno przekonany, że to dziecko będzie. Ale pewności nie było. Jednakże bratowa podobno zazwyczaj po rozmowie ze mną była jakoś pozytywnie nastawiona i mówiła, że ja pomagam jej trwać w nadziei na oczekiwane dziecko.
Pewne ważne wydarzenia miały miejsce ponad 1,5 roku temu. W trakcie modlitwy zostało mi przekazane takie światło poznania – mój brat będzie miał dziecko. Warunkiem koniecznym jest wiara brata i bratowej, a także wspólna codzienna modlitwa częścią różańca w intencji dzieci nienarodzonych oraz właśnie wiary. Ja miałem te słowa przekazać bratu i bratowej. Powiem szczerze, że sam miałem wątpliwości, czy to na pewno słowa pochodzącego od Boga. Ale ponieważ miałem przekonanie o prawdziwości tego poznania, powiedziałem bratu i bratowej. Chyba nikogo nie zdziwię pisząc, że oni byli mocno tym zaskoczeni. Nie bardzo wiedzieli, jak możliwe jest takie poznanie i jakoś chyba powątpiewali w to wszystko. Wszak wydawać by się mogło, że niemożliwe jest, by Bóg w taki wyraźny sposób dawał jakieś słowa człowiekowi. Okazuje się, że to możliwe – szczególnie w różnych ruchach charyzmatycznych. Warto tu zajrzeć do lektury 1 Listu do Koryntian, rozdziały 12-14. 
Bratowa pod koniec naszej rozmowy powiedziała do mnie: „Wiesz co? Ty jedną rzecz dobrą robisz. Ty dajesz nadzieję”. Koniec końców brat z bratową zaczęli wspólnie odmawiać różaniec. Istotną tu była wspólna modlitwa. Wszak Jezus mówił: „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie.” (Mt 18,19) Po kilku miesiącach, gdy się spotkaliśmy z bratem i bratową, usłyszałem, że widzą coraz większy sens tej modlitwy i nie opuszczają. A gdy ktoś z nich musiał wyjechać na delegację, łączyli się duchowo, równocześnie odmawiając tę część różańca. 
Mijały miesiące i sytuacja zasadniczo się nie zmieniała. No – może zaczęło się zmieniać nastawienie tego bliskiego mi małżeńśtwa. Myśleli już nawet o adopcji. Pewne szczególne wydarzenia miały miejsce w październiku ubiegłego roku. W parafii organizowaliśmy kurs „Filip”, na który zaprosiłem brata i bratową. Przyszli raczej z kurtuazji, z nastawieniem, że będą tylko pierwszego dnia, tym bardziej, że potem mieli inne plany, nie do końca zależne od nich. Jakże wielka była moja radość, gdy okazało się, że ich plany się częściowo zmieniły, a im tak się ten kurs spodobał, że zdecydowali się kontynuować kurs do końca. Tamtej nocy (po pierwszym dniu kursu) niemalże nie spałem – z radości. Wtedy przyszło do mnie takie mocne przekonanie, że zbliża się czas narodzin dziecka. W trakcie pewnej modlitwy na kursie, było kolejne słowo poznania, które przekazane mojemu bratu brzmiało: „obietnica zostanie wypełniona”.  Nikt wcześniej – w tym żaden lekarz – nie mówił wyraźnie o tym, że to dziecko się narodzi. I co? W pierwszym możliwym terminie po kursie bratowa zaszła w ciążę. A córeczka urodziła się 9,5 miesiąca po kursie „Filip”. Przypadek? Nie… na pewno nie. Pomoc lekarska? Być może przy okazji też. Ale ustawienie tego wszystkiego w odpowiednim czasie, wyraźne potwierdzenie słowami, a także danie obietnicy i jej wypełnienie – to nie może nie być Boże. Tylko Bóg jest dawcą życia i śmierci. I jeśli to życie zostało dane, to znaczy, że Bóg nad tym wszystkim czuwał. W tzw. międzyczasie brat z bratową mocno zbliżyli się do Boga. Od roku są w prowadzonej przeze mnie wspólnocie. A opisywane przeze mnie wydarzenia są jednym z pierwszych i największych (a jednocześnie nie ostatnich) potwierdzeń tego, że Bóg nam błogosławi i wie co robi.
Taką właśnie historię nieraz opowiadam, chodząc po kolędzie. Oczywiście głównie małżeństwom, które nie mogą się doczekać poczęcia dziecka. Niedawno mówiłem to pewnemu małżeństwu. Pojawiły się łzy, wzruszenie. A ja powiedziałem im wtedy to, co naprawdę czułem: „jestem przekonany, że będziecie mieli to dziecko. Być może coś będzie wiadomo już podczas przyszłej kolędy. Tylko zaufajcie Bogu i pozwólcie Mu działać”. Na co usłyszałem: „księdza bratowa miała rację. Ksiądz naprawdę daje ludziom ogromną nadzieję”.
Powiem szczerze, że rodziny, które nie mogą mieć dzieci, a które znam, mają szczególne miejsce w mojej modlitwie. Już kilka takich dzieci się urodziło. Oby więcej. Oczywiście nie chodzi tu o moją modlitwę,tylko o działanie Boga. On chce dawać miłość i życie. Tylko niech ludzie uwierzą. Ale jestem przekonany, że to też się w wielu przypadkach stanie. Wszak Bóg wie, co robi i wie, jak do tego wszystkiego doprowadzić.

Chrzest za milion zł, czyli wizyta duszpasterska

Poczułem się ostatnio naciskany, aby coś jednak napisać na blogu. Wszak od kilku dni nic nowego się tu nie pojawiało. Częściowym wyjaśnieniem powodu braku wpisów, jest okres wizyty duszpasterskiej, który kilka dni temu rozpoczął się w naszej parafii. […]*  Tak, tak… Wizyta duszpasterska, zwana „kolędą” zaczyna się u nas w parafii na 1,5 miesiąca przed pierwszym śpiewem kolęd. Ale – taki to urok dużych parafii, szczególnie budujących się. Czas kolędy, to trudny okres. Szczególnie w naszej parafii, gdy trwa kilka miesięcy i codziennie zaczyna się o godz. 19.00 (sic!). Przedwczoraj wróciłem do domu o 23.24. Ale to jednak wyjątek. Zazwyczaj jednak odwiedzamy mieszkania do ok. 22.00. To niewątpliwie przekłada się na spore zmęczenie, bo ilość innych obowiązków zasadniczo się nie zmniejsza. 
Okres kolędy, to jednak możliwość poznania nowych ludzi. I chociaż zazwyczaj nie ma czasu, aby sobie szczerze z nimi pogadać, to zdarzają się sytuacje, w których rozmowa jest interesująca. Dziś miałem taką niedługą, lecz intensywną. Młody ojciec pytał się, czy musi chrzcić swoje dziecko i czy nie lepiej nie narzucać siłą wiary dziecku i poczekać, aby w którymś momencie życia mogło podjąć samodzielnie decyzję. Pierwsze moje argumenty dotyczyły wiary. […]. W rozmowie z moich ust padły słowa, dotyczące śmierci dzieci nieochrzczonych, które mniej więcej tak brzmiały: „W takiej sytuacji, boję się, że niekoniecznie największy problem musiałoby mieć dziecko, bo wierzę, że Bóg by sobie jakoś mógł poradzić i przyjąć je do nieba, nawet bez chrztu, ale pytanie, czy pan by sobie poradził przez całe życie z wyrzutami sumienia, że nie zatroszczył się o możliwość życia wiecznego dla dziecka”. Powiem szczerze, że te rozumowanie już chyba temu panu coś dało do myślenia i powód do przytaknięcia.
Jednakże chyba najbardziej trafiły do tego człowieka argumenty finansowe. […] Zapytałem go w ten mniej więcej sposób: „Gdyby pan miał założyć dziecku lokatę (czy ubezpieczenie) na życie, to czy lepiej to zrobić zaraz po urodzeniu, czy za kilkanaście lat, inwestując takie same pieniądze?”. Przyznał mi rację, że dziecku lepiej założyć lokatę wcześniej (co ciekawe właśnie niedawno takową założył). Bo za kilkanaście lat kwota wyjściowa jest powiększona już o sporo odsetek naliczanych przez te lata. […] Podobnie jest z chrztem. Człowiek wcześniej otwierając się na działanie Boga, ma szanse otrzymać od Boga więcej dobra, niż ten, który otworzy się późno. Oczywiście – warunkiem koniecznym jest to, aby dziecko wychowywało się w wierzącej i praktykującej rodzinie.
[…] Powyższy przykład doprowadził ponownie do tematu wiary. Wtedy pojawiła się kolejna moja refleksja: „Gdyby Pan wiedział, jak wygrać milion złotych, spróbował tego sposobu  i okazało by się, że zadziałał, zapewne chciałby pan ten sposób powtórzyć. Ale gdyby się okazało, że może to zrobić tylko w danym momencie i nie w swoim imieniu, ale nowonarodzonego syna, to pewno pan by też się nie zastanawiał, czy zadecydować za dziecko, czy czekać do jego dojrzałości”. Rozmówca kolejny raz przytaknął. Na to pojawiło się moje wyjaśnienie: Człowiek, który ma wątpliwości, czy chrzcić dziecko, najwyraźniej nie wie, co temu dziecku daje. Gdyby wiedział, że Bóg i Jego łaska, to najlepsza rzeczywistość, którą można ofiarować dziecku, to nie miałby wątpliwości, czy chrzcić, czy nie. Chrzest i powiązana z nim łaska Boża są o wiele cenniejsze niż milion złotych. Tyle tylko, że tak mogą powiedzieć te osoby, które w Boga naprawdę wierzą. 
Pan na koniec rozmowy stwierdził, że chyba kiedyś przyjdzie ze mną pogadać o wierze. Cieszę się. Chwała Panu!
* kilka fragmentów posta wyrzuciłem, gdy zobaczyłem, jak dużo napisałem

Niezły czas

Długi weekend, to dla wielu ludzi czas odpoczynku. Ja w pewnym sensie też odpoczywam, tyle, że w domu. Odpoczywam, mimo tego, że mam co robić. To czas kilku spotkań z różnymi ludźmi, przygotowywania pracy na studia, a także nadrabiania zaległości w spaniu.

Nie obyło się też bez modlitwy nad ludźmi. Modliłem się nad całą rodziną. W tej rodzinie jest kilkoro małych dzieci. Nie wiedziałem, jak mogą one zareagować i na ile to bezpieczne. Dlatego też więcej czasu poświęciłem na modlitwę w domu, jeszcze przed wyjściem. A sama w sobie modlitwa nad nimi była dosyć krótka. Co wynikło z tej modlitwy? Nie wiem… Dosyć spokojna sprawa. Może tyle tylko, że czułem, że Bóg w jakiś sposób dotykał głównie ojca tej rodziny. Matkę chyba nieustannie dotyka – kontakt z nią mam sporo częstszy niż z nim – wszak jest w mojej wspólnocie.

Oczywiście, wydawać by się mogło, że efekty modlitwy mogłoby być może jakieś większe, gdybym się dłużej modlił. I tak, i nie. Oczywiście Jezus wzywa nas do wytrwałej modlitwy, ale z drugiej strony Bogu nie chodzi przecież o gadatliwość, co wiarę i Jemu niewiele z naszej strony potrzeba, by dokonywać wielkich rzeczy. Ja zrobiłem swoje, co uznałem za stosowne w takiej sytuacji. A Bóg niech działa. Być może to, co zrobiłem, to tylko zasianie pewnego ziarna, które zakiełkuje i niedługo przyniesie plon. Oby… Ale spokojnie… Bóg wie co robi.
Wisienką na torcie całego opowiadania o tej modlitwie niech będzie pewna sprawa. Prosiłem znajomych, aby modlili się za nas w trakcie tej wczorajszej modlitwy. I dostali oni słowo poznania: „Oto daje Wam nowe życie”. Piękne… Prawda? Jeszcze piękniejsza może być sama interpretacja tych słów – Matki tej rodziny – „mi od razu skojarzyły się z kolejnym dzieckiem”. Wiem, że oni myślą o kolejnym dziecku. Ciekawe, czy to naprawdę o to chodziło. Jeśli tak, to za kilka miesięcy o tym tu napiszę. Tak, czy inaczej…. Chwała Panu!

Możesz wierzyć, lub nie

Jakieś 1,5 godziny temu poczułem się niezbyt dobrze. Kręciło mi się w głowie. Dostałem do tego biegunki. Zacząłem pytać: „O co chodzi?” Nie bardzo wiem, czym mogłem się zatruć. Oczywiście pewno by się coś znalazło. Ale w którymś momencie uświadomiłem sobie, że napisałem tu na blogu o działaniu szatana i pewno mu się to nie spodobało. Stwierdziłem – kto wie, czy to moje złe samopoczucie, to nie jego robota. Odmówiłem modlitwę do świętego Michała Archanioła i… biegunka na obecną chwilę odeszła. Chociaż nie jest tak, że idealnie się czuje. Ktoś może stwierdzić, że doszukuję się dziury w całym. Mam nadzieję, że tak nie jest. Ale to, co piszę, to prawdziwe moje odczucia. A Ty? Możesz wierzyć, lub nie… Warto może jednak nauczyć się tej modlitwy:

Święty Michale Archaniele,
wspomagaj nas w walce,
a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha
bądź nam obroną.
Oby go Bóg pogromić raczył,
pokornie o to prosimy!
A Ty wodzu niebieskich zastępów,
szatana i inne złe duchy,
które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
Mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

(Nie) Wszystko mi wolno

Dziś Święto Niepodległości. Dzień, w którym wspominamy moment, gdy Polska odzyskała wolność. Ważne było to wydarzenie. Pragniemy być wolni, bo prawdziwa wolność jest darem od Boga dla nas. To czyni nas prawdziwymi ludźmi i wyróżnia spośród innych ziemskich stworzeń. Także „ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1). Zatem wolność jest mocno związana z Bogiem i z naszym człowieczeństwem. Zatem wydarzenia sprzed 92 lat pomogły odzyskać to, co się nam należy.
Ale z tą wolnością jest różnie. W tym roku była beatyfikacja ks. Popiełuszki. Trochę wcześniej mieliśmy szansę zobaczyć film „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Właśnie. Prawdziwa wolność, to ta wewnętrzna i nikt nam nie może jej odebrać, jeśli sami jej nie oddamy. Ponieważ wolność jest darem Boga, to dzięki łasce chrztu świętego jest ona strzeżona przez Stwórcę. Problem pojawia się, gdy człowiek sam odrzuca tę wolność. Jezus powiedział kiedyś ważne słowa: Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu.” (J 8,34). Zatem nie można być wolnym, gdy się popełnia grzech. To grzech, który oddala nas od Boga, bądź definitywnie zrywa z Nim więź (grzech ciężki), powoduje, że ograniczamy możliwość korzystania z Jego darów – także prawdziwej wolności.
Ktoś powie – „przecież jeśli jestem wolny, to mogę robić, co mi się chce”. No właśnie niekoniecznie. Robienie co mi się chce, to niestety zezwierzęcenie. Przecież robienie co się chce, to robienie bez używania rozumu, bez refleksji. Prawdziwa wolność polega na świadomym wyborze. Robić, co się chce, to pozwolić, by zamiast rozumu wybory podejmowało nasze ciało, żądze, instynkt. A gdzie rozum i sumienie? Św. Paweł w cytowanym już tu przeze mnie liście do Galatów pisze: „powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału (Ga 5,13). 
Oczywiście – ktoś mógłby z tym wszystkich próbować polemizować. Może problem polega jednak na tym, że już jest na tyle zniewolony przez grzech, że nie jest w stanie inaczej myśleć. A może to nie sam grzech zniewala, co zniewala nas osobowo ten, który często mocno przyczynia się do naszych grzechów. Zniewolenie, czy opętanie demoniczne jest jak najbardziej prawdzie i możliwe. I z całą świadomością mogę się pod tym podpisać. Wszak z takimi osobami nieraz mam do czynienia. Człowiek, który odrzuca moc Boga i żyje w notorycznym grzechu może zostać zniewolony. A jeszcze bardziej jest to możliwe, gdy świadomie  sięga po moc ponadludzką i nie Bożą. Znam ileś takich przypadków. I wierz mi, drogi czytelniku, że nie jest to fajna sprawa. Powiem szczerze, że już nieraz byłem przez osobę opętaną: pobity, pokopany, podrapany, pogryziony, opluty i zwyzywany. A, żeby jeszcze ktoś sobie nie pomyślał, że mowa jest o osobach chorych psychicznie, to także od takiej osoby usłyszałem kiedyś – przy innych ludziach – swoje grzechy z przeszłości. Choroba? Tak i to poważna, ale nie psychiczna, tylko duchowa. I taka osoba, która w swoim czasie czuła się bardzo wolna grzesząc, uświadamia sobie, jak fałszywa to była wolność i jak bardzo prowadzi do zniewolenia.  To Bóg daje wolność i tylko życie zgodnie z Jego przykazaniami i Jego prawdą pozwala w prawdziwej wolności żyć.
Zacząłem od Święta Niepodległości i do niego pod koniec wrócę. Polska w XVIII wieku straciła wolność, bo pewne Boże i dobre wartości zostały przesłonięte przez prywatne żądze ówczesnych Polaków – czy to pragnienie posiadania ponad stan, czy sprzedawania kraju przez zaspokajanie swoich żądz w objęciach królowej innego kraju, czy też walki, które zamiast łączyć, Polaków dzieliły. Ktoś mógłby w tym momencie zapytać: „A gdzie w tym wszystkim był i jest Bóg?” On cały czas był. Tyle tylko, że On szanuje naszą wolę. Jeśli człowiek wbrew nawoływaniu Boga idzie własną drogą, potrafi wiele stracić. Bóg dopuszcza takie sytuacje, aby uświadomić ludziom, jak bardzo jest On potrzebny. Zniewolenie będące konsekwencją trwania w grzechu, może być na tyle poważne i ciężkie, że nieraz trzeba długo z niego wychodzić, po drodze uświadamiając sobie, jak ważne są pewne wartości, z Bogiem na czele. I niech to święto (a także cały ten post) będzie dla każdego z nas momentem uświadomienia sobie, jak nie warto żyć w sprzeczności z tym, co Bóg mówi – czy to na gruncie całego narodu, czy własnego życia. Może to się źle skończyć. A powrót do prawdziwej wolności może być bardzo długi i strasznie trudny. 
Niech puentą tego będzie kolejny cytat św. Pawła: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę. (1Kor 6,12)