Archiwum autora: ks. Jacek Fijałkowski

Pustka

Znów zostałem wezwany do tablicy komentarzem o treści takiej, jak tytuł tego posta. Jak to mówią – z pustego to i Salomon nie naleje. Nie jestem typem człowieka, który chce pisać, by pisać. Raczej powinien mieć co pisać. To też nie jest tak, że żadne myśli i refleksje się nie pojawiają. Ale trzeba mieć czas i siły, by je w sobie pozbierać i przenieść na klawiaturę (a ostatecznie ekran) komputera.
Inna rzecz, że ktoś mi jakiś czas temu powiedział, żebym nie pisał o przeżywanych trudnościach. A chyba w ostatnim czasie, to chyba o tym głównie mógłbym pisać. Na tę kwestię można spojrzeć z różnych stron. Po pierwsze – nie należy udawać, że ksiądz ma łatwe życie. Życie chrześcijanina to krzyż. To także dotyczy księdza. I chociaż gdzieś ogólnie się utwierdzam w przekonaniu o tym, że moje kapłaństwo nie jest pomyłką, to jednak cały czas nie wiem, o co Bogu chodzi względem mnie i najbliższych. A do tego – pojawia się nieraz pytanie, czy oby na pewno w tej chwili idę drogą wybraną przez Boga, czy też nie do końca idę właściwą drogą, a (jak wierzę) Bóg i tak doprowadzi do tego miejsca, które dla mnie wybrał.
Drugie spojrzenie na kwestię pisania o przeżywanych trudnościach, to sprawa, że jeśli mam głosić Ewangelię, to jednak nie powinienem się skupiać na tych sprawach trudnych. Dobra Nowina, to głoszenie orędzia zbawienia i zwycięstwa nad grzechem i śmiercią. Grzech sam sobie takim orędziem nie jest i być nie może. I może dlatego warto poczekać z pisaniem do czasu, gdy będę mógł powiedzieć: „Jezus po raz kolejny zwyciężył – także w mojej sytuacji”.
Pojawia się zatem pytanie, czy jest coś pozytywnego, o czym mógłbym napisać? Oczywiście – jest. Szczególnie dziś. Zdałem bowiem trudny egzamin – chyba najtrudniejszy od ponad 8 lat. A, że za mną także wiele różnych innych rzeczy w tym roku szkolnym, coraz bliżej mi do wakacji. Za którymi tęsknię. Mówię szczerze – potrzebuje odpocząć – i od licznych obowiązków i od trudnych relacji z ludźmi i od tego wszystkiego, co mnie ostatnio niemalże wykańcza. Wierzę, że już niedługo będę mógł na nowo napełnić swoje akumulatory i z większą ochotą podejść do życia i do tego, co Bóg ode mnie oczekuje. Być może, gdy uda mi się zdystansować od tego, co wokół się dzieje w sprawach światowych, łatwiej będzie zbliżyć się do spraw Bożych. Bo może z nimi nie jest jakoś źle, ale za dobrze chyba też nie do końca. Po prostu… taka pustka… 
I tyle…

Kran i kaktus

Ponieważ wypadałoby coś napisać, więc podzielę się dwoma myślami z ostatnich dni. 
Człowiek jest jak kran, przez który przepływa woda . Tyle tylko, że tą wodą jest Miłość Boża. Jeśli człowiek zamyka się na Miłość Bożą, to staje się jak bezużyteczny kran odcięty od źródła wody – a taki obecnie nie jest potrzebny. Może kiedyś się przyda – o ile wcześniej całkowicie nie zardzewieje. Inna rzecz, że nie wystarczy mieć kontaktu z wodą (Miłością Bożą), trzeba także się otworzyć i pozwolić, by ta woda przepływała. Gdy kran jest stale zakręcony i nie przepływa przez niego woda, też jest bezużyteczny i w sumie można by wodę całkowicie odciąć od niego. Podobnie jest z nami – gdy próbujemy Bożą Miłość zostawiać tylko dla siebie, to i tak ona w nas nic dobrego nie uczyni. Nie dzielenie się miłością otrzymaną od Boga powoduje to, że tak naprawdę tej miłości i my nie otrzymujemy.
Zatem, by żyć Bożą Miłością, trzeba się na nią otwierać oraz otrzymaną przekazywać dalej. W innym wypadku nasze życie staje się bezwartościowe, a nasze piękno zaczyna zakrywać rdza naszych grzechów i problemów.
Drugi przykład też związany z wodą. Jednemu panu powiedziałem, że można próbować podlewać kwiatki wodą raz do roku, tylko pewno nie przeżyją tego. To miało być nawiązanie do jednokrotnego w roku przyjmowania Komunii św. Po chwili uświadomiłem sobie, że są kwiaty, które potrafią długo wytrwać bez wody – to kaktusy. Tyle tylko, że one kłują, chroniąc się przed intruzami. Ale to też dobrze pokazuje nasze życie bez Komunii – jeśli człowiek nawet potrafi przeżyć, to staje się jak te kaktusy. Lepiej się do takiego człowieka nie zbliżać, bo rani, broniąc się przed stanięciem w prawdzie i uświadomieniem sobie, że mimo wszystko lepiej żyć i miłością, Chrystusem i Jego prawdą na co dzień, a nie tylko od święta.

Świeca za 130 zł

Za mną (i nie tylko) dwie grupy komunijne dzieci. Tak, tak… Odbyły się w trakcie beatyfikacji Jana Pawła II. Nie podejmowałem nawet prób zmiany terminu Komunii, bo zarezerwowany lokal na I Komunię dziecka, to rzecz święta – na pewno (w mniemaniu wielu rodziców) ważniejsza niż jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Kościoła współczesnego.
W trakcie jednej z Mszy wydarzył się pewien incydent, który możliwe, że będzie dla mnie inspiracją do kazania – np. przy następnych dwóch grupach komunijnych (w najbliższą niedzielę). W procesji z darami przewidziana była świeca. Jedna z mam kupiła taką ładną – za 130 złotych. Trochę się zdziwiłem, że została przyniesiona w procesji nie zapalona. Gdy po Mszy zdziwiony zapytałem, dlaczego osoba odpowiedzialna nie zapaliła, dostałem odpowiedź, że były podjęte 3 próby zapalenia, ale bardzo szybko świeca gasła.
Pomiędzy kolejnymi grupami komunijnymi było jakieś pół godziny przerwy, więc podjęliśmy dochodzenie, o co poszło. Okazuje się, że ta droga świeca, to tak naprawdę lampka oliwna, tylko tak obudowana, że wygląda na ładną świecę. 
I co? Domyślasz się czytelniku, jaki był problem? Oczywiście – świeca (lampka oliwna) była – tyle tylko, że bez oliwy.
Jaki stąd morał? I dlaczego można to użyć w kazaniu – szczególnie na I Komunię? Nieraz z ludźmi jest jak z tą piękna i drogą świecą. Wszystko ładnie, pięknie… Tylko w środku pusto. A niektórzy się dziwią, dlaczego w życiu tak mało dobrych owoców? 
Nie potrzeba dziecku kupować pięknej sukienki, ani drogich prezentów na Komunię. Trzeba się zatroszczyć o wiarę dziecka oraz czystość serca i napełnienie Duchem Świętym. Bo inaczej, to nic dobrego z tej Komunii nie wyjdzie. Z pustego, to i Salomon nie naleje. A Pan Bóg za nas wszystkiego nie zrobi.

Święta, święta i…

Wbrew pozorom jeszcze nie po świętach. Prawdziwe święta zaczęły się przedwczoraj wieczorem (właśnie tak), a potrwają do następnej niedzieli. Trzeba sobie uzmysłowić, że Święte Triduum Paschalne, to nie jakieś tam dni poprzedzające święta, tylko jedno – największe i najdłuższe (trzydniowe) – święto chrześcijańskie. Jedno, a nie trzy. Do tego – później oktawa Zmartwychwstania – 8 dni jak jeden dzień. To też jedno ośmiodniowe święto – tyle tylko, że niedziele (rozpoczynająca i kończąca) oktawy są sporo ważniejsze od pozostałych dni. Dodatkowo przyszła niedziela – Miłosierdzia Bożego – będzie dniem beatyfikacji Jana Pawła II. Czy można zatem traktować, że święta jutro się zakończą? Chyba nie…
Tajemnica paschalna – przejścia ze śmierci do życia oraz ze starego do nowego człowieka – jest najważniejszą w życiu chrześcijanina. Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, daremna byłaby nasza wiara – jak mówi św. Paweł. Bo jeśli On nie zmartwychwstał, to jak mielibyśmy wierzyć w to, co mówił? Jeśli nie wypełniłby swojej obietnicy, to i Jego wzywanie do zmiany naszego życia, nie musiałoby przynieść pozytywnych skutków. Po co się mocno starać i rezygnować z uciech świata, gdyby nasza śmierć miała być po prostu końcem?
Chrystus jednak zmartwychwstał i dał nam nadzieję na przyszłą nieśmiertelność. My także możemy przejść ze śmierci do życia. Myliłby się jednakże ten, kto by twierdził, że to dopiero kwestia dalekiej przyszłości – po śmierci. Jezus mówi, że kto spożywa Jego Ciało i pije Jego Krew MA życie wieczne (a nie, że będzie miał). My JUŻ mamy udział w Jego zmartwychwstaniu. I JUŻ dostępujemy przejścia ze śmierci grzechu do życia w łasce Dziecięctwa Bożego – dzięki sakramentom – o ile tej łaski sami się nie pozbawimy. 
I to wszystko jest możliwe właśnie dzięki tajemnicy Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa oraz związanym z nią ustanowionym sakramentom – Chrztu, Eucharystii oraz pokuty i pojednania. Człowiek wchodząc w tę tajemnicę tak głęboko, jak może, staje się nowym człowiekiem. Dzięki dobrej spowiedzi można zrzucić z siebie starego człowieka i oddać Chrystusowi, by przybił z Sobą do Krzyża – a stać się nowym człowiekiem, który z Chrystusem zmartwychwstaje ku lepszemu życiu.
Żeby nie być gołosłownym, że tak się dzieje, odniosę się do dwóch wczorajszych spowiedzi. W jednej z nich w chłopaku coś najwyraźniej pękło – jeszcze wieczorem pisał do mnie SMSa, że jest w szoku, bo coś się wydarzyło, nawet nie potrafi wyjaśnić co, ale jest pełen radości i pokoju. Druga osoba też napisała – „Bardzo dziękuję. Życie znowu ma sens”. Z Chrystusem życie naprawdę jest pełne radości, pokoju i sensu. Tylko trzeba Mu na to pozwolić.
Na koniec może króciutkie życzenia. Życzę Ci, drogi czytelniku, tej radości i tego pokoju, który dać może tylko Zmartwychwstały Chrystus. Niech nadaje sens Twojemu życiu i pomaga co dzień stawać coraz to nowszym człowiekiem, który nieustannie przybliża się do swojego Mistrza – Pana i Zbawiciela.

Trochę lepiej

Po ostatnim poście jedna znajoma stwierdziła, że jest zasmucona tymi informacjami. Miło słyszeć, że ktoś się o mnie martwi. Szkoda jednak, że musi się smucić. Dlatego też śpieszę donieść, że już troszkę lepiej ze mną. Pewno przyczyn można co najmniej kilka znaleźć:
1. Tak jak pisałem – nasze życie składa się z różnych fal i teraz czas na lepszą falę
2. Wsparcie modlitewne (i nie tylko) innych osób.
3. W ciągu kilku ostatnich dni mniej trudnych spotkań z takimi ludźmi, którzy wiarę traktują tylko w kategoriach pustej tradycji i wymaganych zaświadczeń, a z żywą wiarą nie chcą mieć nic wspólnego.
4. Troszkę mniej trudnych obowiązków, więc więcej sił fizycznych
5. Ta przyczyna chyba najważniejsza, a ma związek z poprzednimi. Więcej siły i czasu na modlitewne spotkanie z Panem Jezusem. Po prostu – zawsze ileś czasu poświęcam na modlitwę (chociażby na obowiązkowy brewiarz). Jednakże przy zmęczeniu nieraz modlitwa potrafi sprowadzić się do wypełniania obowiązków. I tak chyba niedawno było. Przy moim mocnym zmęczeniu wieczorami, muszę więcej czasu na modlitwę znajdować sporo wcześniej. A wieczorem ograniczać się do podsumowania dnia wraz z kompletą. 
Jaki stąd wniosek? Przypominają mi się słowa o krzewie winnym i latoroślach, a szczególnie „beze mnie nic nie możecie uczynić”. Nie da się dobrze pomagać ludziom, a nawet chcieć z Bogiem współpracować, bez bliskiej relacji z Nim samym. Szatan działający w świecie chce zrobić wszystko, bym nie miał siły dobrze się pomodlić, a przez to czerpać od Jezusa sił. Trzeba zatem niejako przechytrzyć szatana i nieraz coś na bok odstawić, by nie zawalić relacji z Bogiem. Bo to w Nim jest moja siła i moja moc.