Archiwum autora: ks. Jacek Fijałkowski

f'(x)=0, f”(x)>0

Ktoś powie, że chyba zwariowałem. Takie tytuły postów, które zapewne niewielkiej liczbie osób coś powiedzą. W sumie, to nawet nie wiem, czy taki tytuł może być. Ale od razu wyjaśniam. Jeśli w jakimś punkcie funkcji ciągłej, pierwsza pochodna przyjmuje wartość zero, a druga pochodna jest dodatnia, to w tym punkcie ma minimum (przynajmniej lokalne). Czytaj „dół”. To jest opis mojej obecnej sytuacji. Dlatego skojarzenia z moim zwariowaniem mogłyby być trafne.
Inna sprawa, że nigdzie nie jest powiedziane, że to jest minimum globalne całej funkcji i nie może być gorzej. Jednakże ponieważ druga pochodna jest dodatnia, to znaczy, że funkcja zaraz za minimum zmierza – przynajmniej na chwilę do góry. I to też chyba tak jest w moim przypadku. I to jest plus tego całego. 
Przede mną najwyraźniej jakieś zmiany. Coś musi się zmienić, coś wydarzyć. Bo rzeczywiście pewnych trudności za dużo. Chyba za dużo wziąłem na siebie i trudno to dźwigać. Ale przecież nie zostawię dzieci pierwszokomunijnych tylko dlatego, że nie mam już sił. Podobnie nie wycofam się z tego, co mamy robić ze Wspólnotą dla kilkuset osób, a ja mam to prowadzić według ustaleń ogólnodiecezjalnych. Takie życie… Na szczęście są osoby, które pomagają dźwigać. A, że i one mają trudne ciężary do dźwigania… Ehh… Kojarzy mi się w tej chwili piosenka: „Bo nikt nie ma z nas tego, co mamy razem”. Na szczęście są inni ludzie. I na szczęście jest Jezus, który pomaga dźwigać Krzyż.
I kolejna piosenka, która przychodzi mi do głowy w tej chwili – bo cóż mi pozostało: „Pokładam w Panu ufność mą, zawsze ufam Jego słowu”. To refren do pieśni opartej na Psalmie 130. Zatem może go umieszczę i się nim pomodlę:

Z głębokości wołam do Ciebie, Panie,
o Panie, słuchaj głosu mego!
Nakłoń swoich uszu
ku głośnemu błaganiu mojemu!
Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, Panie,
Panie, któż się ostoi?
Ale Ty udzielasz przebaczenia,
aby Cię otaczano bojaźnią.
W Panu pokładam nadzieję,
nadzieję żywi moja dusza:
oczekuję na Twe słowo.
Dusza moja oczekuje Pana
bardziej niż strażnicy świtu.
Niech Izrael wygląda Pana.
U Pana bowiem jest łaskawość
i obfite u Niego odkupienie.
On odkupi Izraela
ze wszystkich jego grzechów.

Amen…

Trzęsienie ziemi

Napiszę tu pewną sprawę, która mi niedawno wróciła do głowy. To takie porównanie. Wolę to zrobić teraz, by ktoś inny mnie nie uprzedził :D.
W naszym życiu stykają się co najmniej 2 poważne warstwy – duchowa i zmysłowa. Często ta zmysłowość jest taka silna, że wypełnianie Bożych przykazań wydaje się niemalże niemożliwe do spełnienia, a przynajmniej jest odbierane jako bezsensowne. Kiedy nie ma w nas pokoju w sercu, otrzymanego od Ducha Świętego, pojawiają się olbrzymie napięcia między wspomnianymi warstwami (sferami). Może to przypominać różne naciski i działania płyt tektonicznych z których składa się powierzchnia naszej ziemi. Te naciski, powodujące zderzenia, wielokrotnie prowadzą do trzęsienia ziemi – nieraz tak silnego, że jedna z największych ziemskich gospodarek ma trudności spokojnie przetrwać. A inne kraje też mogą sporo stracić.
Podobnie bywa z nami, gdy w nas są silne napięcia pomiędzy naszymi żądzami, a tym, do czego wzywa nas Bóg. Pojawia się nieraz zderzenie tak mocne, że trudno spokojnie przetrwać. Konsekwencją tego może być np. depresja, agresja itp. Dodatkowo często dotyka to nie tylko nas samych, ale i naszego otoczenia. A to powoduje, że trudno z nami wytrzymać.
Jakie stąd wnioski? Przydałoby się wyeliminować, bądź zmarginalizować napięcia między sferą zmysłową i duchową. Nie da się tego, bez wyraźnej interwencji z Wysoka. Pokój serca mamy od Jezusa i Ducha Świętego. Dodatkowo ważną rzeczą jest wewnętrzna wolność. Człowiek, który czuje się wręcz zniewalany przez Prawo Boże i tylko z przymusu wypełnia przykazania, tak naprawdę nie jest w tej sferze wolny. Trzeba poznać dobrze siebie – swoje zranienia, zniewolenia i to wszystko, co jest dla nas problemem. A potem to wszystko trzeba oddać Jezusowi, który jako jedyny Zbawiciel może nas z tego uzdrowić i uczynić wolnymi. Tak, aby cały człowiek – tak duchowy, jak i cielesny – tworzył jedną spójność całość. Ważne jest także zaufanie Bogu, że On wie co robi i czuwa nad nami, chcąc doprowadzić do pełnego naszego uzdrowienia i uwolnienia. A, że droga do tego nie jest łatwa i zazwyczaj inna niż byśmy chcieli, to już zupełnie inna sprawa. Pozwólmy się Bogu poprowadzić, otwierając się na Jego działanie i prosząc o Jego pomoc.

Rollercoster

Tytuł tego posta początkowo miał brzmieć „x*sin x”. Pewno byłoby to sporo mniej zrozumiałe niż obecny tytuł. Chociaż być może byłoby to bardziej adekwatne.
Nasze życie przebiega falami. Są okresy dobre i złe. Jest czas ładowania akumulatorów, czy „tankowania naszej duszy”, a także czas niemalże jechania na rezerwie w oczekiwaniu na kolejną dawkę Mocy z wysoka. Gdyby chcieć narysować wykres funkcji odzwierciedlającej nasze życie, to mielibyśmy pewną sinusoidę. Ileś w górę, ileś w dół. Tyle tylko, że funkcja sin x ma stałą amplitudę, co znaczy, że tak samo odchylamy się w jedną stronę, jak i w drugą – i tak systematycznie na zmianę.
Funkcja występująca w planowanym tytule posta jest „ciekawsza”. To też pewnego rodzaju sinusoida, tylko amplituda coraz bardziej się zwiększa. A przez to zmiany są coraz gwałtowniejsze i bardziej wyraziste. W życiu duchowym często jest tak, że czym więcej dobrych rzeczy się dzieje wokół nas, tym bardziej szatan próbuje nas sprowadzić w przeciwną stronę. My duchowo wzrastamy, ale i trudności się zwiększają. Doświadczenie słabości i swej nędzy duchowej w tych momentach jednak otwiera nas na Bożą łaskę. Św. Paweł pisał: „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficie rozlała się łaska” (Rz 5,20). I tak właśnie się dzieje. Okresy wielkich spraw przeplatają się ze świadomością tej duchowej nędzy, z której tylko Bóg może wyrwać. I często to jest tak, że właśnie doświadczenie bliskości dna pomaga wybić ku ogromnej, coraz to większej, łasce, o ile nie uwierzy się szatanowi, który ciągnie nas w tych momentach ku rozpaczy. 

Tak właśnie ostatnio jest ze mną. Wiele dobrych rzeczy się dzieje – i to chyba coraz większych, ale pomiędzy tym jest wiele trudności – tak duchowych, jak i fizycznych. I dlatego nie wiem nieraz, co pisać, by nie być uznanym za pysznego chwalipiętę, albo człowieka, który próbuje w czytelnikach wzbudzić litość przez problemy, których doświadcza. Kiedy się nad tym wszystkim zastanawiam, przychodzą mi na myśl takie słowa:
Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? Ale we wszystkim tym odnosimy pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. I jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.” (Rz 8,35.37-39)
Życie otwarte na Boga staje się jak jazda kolejką górską – można wiele pięknych chwil doświadczyć, tylko nie można wystraszyć się trudnych momentów. I tego każdemu życzę.

Rzecz dla prawdziwych facetów

Byłem naciskany na to, by coś napisać, więc spróbuję to zrobić. Kiedyś obiecałem, że będzie o facetach, którzy płaczą. To, co tu napiszę, uświadomiłem sobie jakiś czas temu po obejrzeniu filmu „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. 
W świecie lansowana jest moda na faceta, jako twardziela. Slogan „chłopaki nie płaczą”, to nie tylko tytuł jednego z filmów, ale „prawda”, z którą mało kto jest odważny podjąć polemikę. Rozumowanie wydaje się tu w miarę jasne – zdecydowana większość tak uważa, więc ja nie będę się wychylał, bo mnie uznają za mamisynka itp., albo wręcz za niepełnego faceta.
Jaki zatem powinien być taki stereotypowy facet, wg tych, którzy takie treści głoszą? Zapewne nieokazujący uczuć, niepłaczący, silny fizycznie, bardzo mocno zbudowany, niczego się nie obawiający, z super szybką bryką i dużą kasą na koncie. Do tego tak przystojny, albo przynajmniej dobrze ubrany i zadbany, że wszystkie kobiety oglądają się za nim.
Cóż.. nie jestem stereotypowym prawdziwym facetem.
We wspomnianym wyżej filmie można zobaczyć błogosławionego ks. Jerzego, który łamie się, przeżywa, nieraz płacze, zapewne także boi się śmierci. Ks. Jerzy też nie był stereotypowym prawdziwym mężczyzną.
Pojawia się jednak pytanie: Czy oby na pewno prawdziwy facet, to ten, którego przedstawiają stereotypy? Mówiąc o prawdziwym facecie nie można oderwać się od słowa PRAWDA. Człowiek prawdziwy, to ten, który żyje prawdziwie – nie udaje kogoś innego niż jest. Chociażby nie udaje, że nie ma emocji (bo jeśli nie ma żadnych emocji, to nie jest w ogóle człowiekiem).  Nie udaje, że nic nie przeżywa, chociaż tak jest w rzeczywistości. Prawdziwy człowiek nie udaje, że się nie smuci, lub, że nie płacze, gdy serce niemalże pęka ze smutku. Prawdziwy facet, to mężczyzna, który umie przyznać się do swoich słabości, który nie nosi maski, pod którą ukrywa swoje prawdziwe oblicze. Nie kompensuje swoich kompleksów przez szybkie samochody, czy ilość ładnych dziewczyn wokół siebie.
Dodatkowo jest jeszcze jeden aspekt tej całej prawdziwości. Jeśli Jezus mówi: „ja jestem drogą i PRAWDĄ i życiem”, to prawdziwy facet, to ten, który żyje Jezusem. Jaki wniosek? Każdy może spróbować wyciągnąć. Ja poszedłem trochę dalej i stwierdziłem tak:
„KAPŁAŃSTWO, TO RZECZ DLA PRAWDZIWYCH FACETÓW”
Może jeszcze potrzeba mi czasu i łaski Bożej, ale myślę, że coraz bardziej zbliżam się do bycia prawdziwym facetem, a że niezgodnym ze stereotypami? Nie mój problem – a dokładniej (stając w prawdzie) – już nie.

Pardoks, a może nie

Może ileś osób to nie zdziwi, tym bardziej, że sam mogę sobie to jakoś logicznie wytłumaczyć, ale spróbuję opisać pewne zjawisko z ostatnich dni.
Od co najmniej miesiąca praktycznie rzecz biorąc nie jestem w stanie przespać całej nocy. Chodzę późno spać, ze zmęczenia w miarę szybko zasypiam. Tyle tylko, że po jakimś czasie się budzę i długo nie mogę zasnąć. Niby nic nadzwyczajnego – znam osoby, które prawie w ogóle nie sypiają. Jednakże w ostatnich dniach pewną rzecz zauważyłem. Którejś nocy obudziłem się około trzeciej nad ranem. Próbuję przekręcać się z boku na bok i usiłuję zasnąć – nic. W końcu mówię – dobra pomodlę się – może mnie to uśpi. Odmówiłem w łóżku Koronkę… i nadal nic. Ale myślę – dobra.. wstanę i się porządniej zacznę modlić. Modliłem się do około 5 nad ranem. W którymś momencie przyszedł pokój w sercu, przestałem czuć zmęczenie. O godz. 5 się położyłem i niedługo zasnąłem. Potem prawie cały dzień miałem siły i pokój w sercu. 
Podobna sytuacja powtórzyła się następnej nocy, tyle tylko, że o wcześniejszej godzinie. Po iluś minutach zmagania się z próbą zaśnięcia, Koronkę już odmawiałem na klęcząco w klęczniku. Po blisko 1,5 godz. modlitwy i spokoju w sercu położyłem się. Przez pewien czas jeszcze nie zasnąłem. Mówię – „Panie, ja wiem, że Ty spędzałeś całą noc na modlitwie, ale ja na obecną chwilę nie jestem w stanie”. Zaraz zasnąłem. W dzień znowu miałem siły i wewnętrzny pokój. 
Dzisiejszej nocy obudziłem się o 5 rano. Mówię… e… nie będę wstawał. Przecież to już nie noc (było dosyć widno). Spróbuję jednak zasnąć, bo 4,5 godziny snu, to mało. Kręciłem się i wierciłem w łóżku i do rana nie zasnąłem. A dziś – chociaż dopiero młoda godzina czuję się zmęczony, niewyspany, z bólem głowy i z jakimś niepokojem w sercu…
Jaki stąd wniosek? Chyba Bóg daje mi nocami przerwę w śnie, bym w tym czasie się modlił. To jest chyba obecnie recepta dla mnie na pokój serca i siły. Paradoksalnie zatem (po ludzku patrząc) bardziej się męcząc gdy poświęcam czas dla Boga, mam więcej siły, niż próbując rozwiązać problem po swojemu teoretycznie mniej się męcząc.
Zadziwia mnie ten Bóg coraz bardziej. Ale chyba nie pozostaje mi nic innego, jak za tym zadziwieniem podążać.