Zawieszenie broni

Może nie broni… Ale, by być szczerym z czytelnikami, ogłaszam, że na obecną chwilę zawieszam do odwołania publikowanie postów na tym blogu. Muszę po prostu stwierdzić, że brakuje mi czasu. W sumie to nie nowość, ale coraz bardziej mi głupio, że ileś osób czytało i chciałoby nadal czytać moje posty. Tyle tylko, że nie bardzo mam na to realną szansę. Mimo tego, że kilka postów jest w głowie, a nawet kilka postów zaczynałem pisać – więc niemalże mam je w głowie. Nic – tylko zapisać.
Kiedy ruszę z dalszym pisaniem? Trudno stwierdzić. Nie wiem nawet, czy w ogóle. Cały czas się coś u mnie dzieje. Może za 2 tygodnie – gdy skończą się u nas Komunie? Może po Zesłaniu Ducha Św., które przygotowujemy, może… itd. itp.
Tak, czy inaczej. Dziękuję, że czytaliście i jesteście ze mną. Proszę o modlitwę. A przy dobrym układzie za niedługi czas wrócę.
Pozdrawiam

Kiedy jest strasznie?

Rozmowa podczas spowiedzi:
– Proszę księdza, z moim chodzeniem do kościoła nie jest tak strasznie. Opuściłem tylko kilka Mszy św.
– A ile według pana Mszy św. opuszczonych, to „strasznie”?
– Noooo… dużo
– A niech pan sobie wyobrazi, że wraca do domu wieczorem. Próbuje pan otwierać drzwi kluczem, a okazuje się, że nie pasuje do zamka (bo zmieniony). Przed drzwiami stoi walizka z wszystkimi pana osobistymi rzeczami. A na drzwiach wisi kartka – „może pozwolę Ci odwiedzić mnie na święta, jak będzie mi się chciało”. Byłoby strasznie?
 – No… pewno tak
 – To niech pan pomyśli, że raz opuszczając Mszę św. robi pan z Jezusem to, co żona z mężem w tym przykładzie. Nadal pan twierdzi, że opuszczenie kilku Mszy św. to nie strasznie?
– 🙁

Czas powrotów

W sumie, to sam nie wiem, o jakie powroty może chodzić, bo teoretycznie donikąd nie wracam. Ale taki mi się nasunął tytuł posta. W sumie, to do posta zbierałem się od dwóch tygodni. Bo wtedy to skończył się u mnie okres wizyty duszpasterskiej. I niby miałem okazję trochę odetchnąć. Jednakże okazuje się, że niezupełnie jest tak. W tej chwili natomiast jakoś czuję większy spokój.
Za mną 3,5 miesiąca chodzenia po kolędzie. Faktycznie było o 4 tygodnie mniej. Ale przerwa świąteczna, czy nawet ferie szkolne, to czas, w którym jawiła się świadomość, że zaraz trzeba na kolędę wrócić. Na obecną chwilę wizyty duszpasterskiej nie będzie do listopada, więc trochę luzu powinienem znaleźć. Chociaż tak naprawdę, to nie wiem, czy koniec kolędy, bo ostatnio dzwoniła jakaś kobieta wydzierając się na mnie, jak to możliwe, że do niej po kolędzie nie poszliśmy w trakcie dodatkowych terminów. Ponieważ nierealne jest udowodnić, że ta pani rzeczywiście nas o taką kolędę prosiła i nie można wykluczyć, że ktoś z plebanii jest temu winny, więc zapewne jeszcze u tej pani się pojawię przed świętami – może w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin.
Reakcja tej pani, która być może rzeczywiście poczuła się zlekceważona przez księży, jest jednak pewnym wyznacznikiem, co to znaczy okres kolędowy. Dużo niestety w tym emocji, iluś żali, pretensji, przyjmowania z obowiązku itp. Na szczęście nie jest to jakiś ogromny procent parafian, ale nawet kilka procent rodzin spośród 1717 do których pukałem daje niezły wynik.
Kolęda była na tyle intensywna, że chyba minione dwa tygodnie dochodziłem po niej do siebie. Tym bardziej,  że w międzyczasie chyba nie miałem jakiegoś wolnego wieczora. Ileś osób czekało na moment, gdy wreszcie skończę wizyty duszpasterskie i będą mogli się ze mną spotkać, porozmawiać itp. Do tego w miniony weekend prowadziłem rekolekcje dla naszej wspólnoty. I to wszystko razem powodowało, że nie tylko nie miałem czasu/sił/serca do pisania na tym blogu, ale nawet do odpisywania na ileś maili. Dziś na sporą część odpowiedziałem. Inna rzecz, że nie potrafię powiedzieć, czy wszystkim odpisałem, bo codziennie średnio dostaję kilka i można z perspektywy czasu przegapić, komu jeszcze nie odpisałem. Na ileś w ogóle nie jestem w stanie.
Cóż… Takie kapłańskie życie. Ale dziś chyba zaczął się czas powrotów. Świeci słońce, idzie wiosna, dziś pierwszy raz od kilku miesięcy mogłem spać do ósmej rano. Można (mam nadzieję) wrócić do życia.
A więc… do poczytania następnego posta (być może już niedługo).

Zasada kanapki

W życiu często jest jak z kanapkami… 
Wytłumaczę o co chodzi…
Kanapka, to pewna rzecz, z którą spotykamy się na co dzień. Zazwyczaj składa się z dwóch ważnych elementów – jednej warstwy pieczywa oraz czegoś położonego na to pieczywo. Zdarzają się oczywiście kanapki z dwóch warstw pieczywa. No… w kanapce bywa jeszcze jakieś masło/margaryna, nieraz jakieś dodatki. Ale ja chciałbym się skupić na tych dwóch ważnych elementach pieczywo (jedna lub dwie warstwy) oraz np. wędlina.
Myślę, że dosyć jasne jest, że tym lepszym elementem jest wspomniana wędlina. Gdyby samo pieczywo było bardzo atrakcyjne w jedzeniu, to niczym trudnym nie byłby post o chlebie i wodzie, a producenci wędlin dawno by zbankrutowali. 
Zatem kanapka w uproszczeniu, to: pieczywo (gorsza część kanapki), wędlina (lepsza część) oraz niekiedy jeszcze jedna warstwa pieczywa (czyli znowu ta gorsza część).
Jaki to ma związek z życiem i moim porównaniem w pierwszym zdaniu tego posta? Mianowicie zauważam, że jeśli w życiu są dobre wydarzenia, to zaraz obok są też i te trudniejsze. I to jest tak, że czym lepsze rzeczy się zdarzają, tym i trudniejsze doświadczenia pojawiają się obok. Gdy coś dobrego się przytrafia w sposób niemalże niezaplanowany, to mamy do czynienia z jednowarstwową kanapką. Te trudne doświadczenia często są po prostu po tych dobrych. Gdy jednak dobre i ważne sprawy duchowe są w planach i się do nich przygotowujemy, to mamy kanapkę dwuwarstwową – tzn. dużo trudności przed tym dobrem, samo dobro oraz trudne doświadczenia później.
Może to wszystko zagmatwane. Ale ja widzę, że tak właśnie jest – także obecnie ze mną. Może nic w tym odkrywczego, ale jednak. Wokół mnie próbujemy robić ileś dobrych rzeczy – w ostatnich tygodniach ewangelizacyjny kurs „Nowe Życie” oraz Msza św. z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. I w obydwu sytuacjach – ważnych i dobrych duchowo – była taka dwuwarstwowa kanapka. Trudności przed i po. A w trakcie – nawet, jeśli trudno, to jednak pięknie.
W całej tej sprawie ważne jest, by się nie skupiać na tych trudnościach – na tych gorszych warstwach tej całej kanapki. To co istotne, to te dobro, które się wydarzyło. A gdyby dookoła nie było żadnych trudności, albo były niewielkie, to obawiałbym się o to, na ile wspomniane dobro było realne, a na ile tylko udawane.
I chociaż u mnie w ostatnim czasie i sporo zmęczenia i ileś różnych stresów (do takiego stopnia, że trudno coś opisywać na blogu), to się cieszę, że jednak pomiędzy tym jest też ileś dobra – na chwałę Pana!
Alleluja! (PS. jeszcze można, bo nie Wielki Post :P)