Archiwum kategorii: Bez kategorii

Czas powrotów?

Nie wiem, co się dzieje. Kolejny dzień i kolejna trudna rozmowa, która prowadzi do zbliżenia, do złamania rozdzielającego muru – kolejne pojednanie. Oczywiście ta moja niewiedza co do tego, co się dzieje, nie jest dla mnie powodem do smutku, lecz wielkiej radości.
Fajnie jest zmęczyć się spotkaniem i rozmową, gdy widać pierwsze owoce. Oczywiście nie musi się to automatycznie przełożyć na dalsze owoce w krótkim czasie. Bo nigdy nie wiadomo, który upadek na drodze krzyżowej jest tym ostatnim. Po podniesieniu się z upadku zawsze mogą pojawić się i następne – być może i cięższe. Ale to już nie będzie to samo miejsce i nie dokładnie taki sam upadek. A koniec zmagania się z upadkami coraz bliżej… W którymś momencie będzie zbawienie – koniec upadków. I to nie mówię o zbawieniu po śmierci, ale o łasce, którą Jezus każdemu z nas już dziś ofiaruje. Tylko trzeba z niej skorzystać. Bóg wie, co robi – nawet jeśli my w tym nie widzimy sensu.
Przypomniała mi się dziś Ewangelia o burzy na jeziorze (Mk 4,35-41). Szokujące wydaje się, że Jezus celowo kieruje uczniów na jezioro, wiedząc dobrze (jako Bóg), co się wydarzy. Wtedy, gdy zerwała się burza, On sobie spokojnie spał. Sprawiał wrażenie, że nie obchodzi Go los uczniów, a być może, że celowo wysłał Apostołów na zgubę. Ale może właśnie pragnął, aby uczniowie wzywali Jego pomocy, a przez to mogli doświadczyć Jego ogromnej mocy. Wystarczyły trzy słowa naszego Pana: „Milcz, ucisz się!”, aby wszystko wróciło do normy.
Tak nieraz jest w naszym życiu. Mamy ogromne żale do Boga i podejrzewamy, że chce nas zniszczyć. A może po prostu chce okazać nam swoją moc, gdy Mu zaufamy i poprosimy Jego o ratunek. Człowiek jednak w swojej głupocie często w takich momentach wyrzuca Jezusa za burtę, dziwiąc się, że nikt nam nie chce, bądź nie jest w stanie pomóc.
Warto jednak do Boga powrócić, w pewnym sensie dać Mu kolejną szansę – nawet, gdy nie ma pewności, czy to już ostatni powrót. My tego nie wiemy, ale Bóg to wie… Pamiętajmy – natchnienia wzywające do powrotu, to kolejna szansa dana nam przez Zbawiciela. On w jednej chwili może zmienić nasze życie. Tylko pozwólmy Mu działać. On przecież wie, co robi i zrobi to najlepiej, o ile Go nie wyrzucimy z serca, lecz ponownie przywołamy.

Monika Brzoza

W Warszawie umiera Monika. Przynajmniej wszyscy tak twierdzą, że umiera. A ja się pod tym nie do końca podpisuję… Mam jakieś głębokie przekonanie, że to nie koniec.
Monika jest ważną osobą w działaniach ewangelizacyjnych w Warszawie. Od 1,5 roku cierpi na nowotwór. Jej choroba już kilka razy zaskakiwała lekarzy. Ona teoretycznie nie powinna była dożyć do maja 2009. A jednak jeszcze żyje. I chociaż lekarze nie wykluczają, że dziś jest jej ostatni dzień, to jakoś dla mnie to wydaje się abstrakcyjne.
Znam Monikę od 2,5 roku. Poznaliśmy się przy Ewangelizacji na Juwenaliach. Czas jej choroby jakoś nas do siebie zbliżył. Niewątpliwie nie jestem jej najbliższym znajomym. Nie wiem, czy bym się znalazł w pierwszej setce jej znajomych. A ona w mojej na pewno tak. Ale myślę, że wiele jest teraz ludzi, którzy pozytywnie mówią o Monice. Wiele osób przeżywa, rozpacza, żegna się z tą, która swoim zapałem pomogła pobudzić ileś młodych warszawskich serc do głoszenia Ewangelii i bycia świadkiem Chrystusa.
Wiele osób płacze – ja na razie nie. Chociaż czuję, że gdyby Monia umarła, płakałbym jak bóbr – podobnie jak w tym momencie, gdy zmarł mój tata. Monika nie płacze. Jest szczęśliwa, mimo tego, że strasznie cierpi. W tej chwili to już w ogóle słabo jest z kontaktem z nią. Jest pogodzona ze śmiercią.
A ja? Co o tym myślę? Wiem, że Bóg wie, co robi. Wiem, że znajdzie dla tej sprawy najlepsze rozwiązanie. Święty Paweł pisał, że dla niego odejść i być z Chrystusem jest o wiele lepsze, ale zgadzał się zostać z podopiecznymi, jako pomoc dla nich. Pewno podobnie można by powiedzieć o Monice. Wiem – jestem pewny – że ewentualna śmierć Moniki, będzie jej przejściem na spotkanie z Oblubieńcem. Ale ja naprawdę nie mogę wykluczyć, że Bóg ją tu zostawi, aby pomóc nam tu na ziemi.  Kiedyś w trakcie kilku modlitw nad Moniką (także takiej, której byłem uczestnikiem) były prorocze słowa, że choroba Moniki jest na chwałę Boga. Różnie można to odbierać. To, co się dokonało przez ostatnie 1,5 roku, to nic innego, jak wychwalanie Boga za wielkie dzieła, które czyni przez różnych ludzi. Wielką manifestacją chwały Boga była modlitwa uwielbienia, na którą zapraszała oraz była obecna sama Monika. Uczestniczyło w niej grubo ponad 100 osób. Nieustannie trwająca modlitwa wielu osób oraz przekazywanie mailowe i smsowe informacji o stanie zdrowia Moniki i wzywające do modlitwy, niewątpliwie przyczyniały się do wielkiego dobra, które już się działo i które ma być owocem tego.
Ale czy to koniec? Czy Bogu wystarczy „tylko” takie dobro? Ja tego nie wiem. Bóg to wie. Nie wiem dlaczego, ale mam przekonanie, że to naprawdę nie koniec. Czuję, że Bóg chce czegoś więcej. Czego? Myślę, że Bóg chce dać nam jakiś ważny znak. Pismo Św. zapowiada, że będą różne znaki na ziemi i na niebie. Znaki różne. Sporo ostatnio było znaków trudnych – Smoleńsk, wulkan, powodzie, katastrofy drogowe… Dlaczego ma nie być dobrych znaków? Bóg chce, aby ludzie się nawrócili. Chce przecież ich zbawić. W świecie, w którym coraz więcej nienawiści, ataków na Krzyż, Kościół, życie, rodzinę i ważne wartości, nie może zabraknąć także i samego Boga z Jego mocą. To, że Jezus wstąpił do nieba i siedzi po prawicy Ojca, nie przeszkadza, aby mógł czynić na ziemi wielkie rzeczy. Dlaczego tego ma teraz nie zrobić? Przecież Jezus obiecał, że gdy dwaj będą zgodnie prosić, to Bóg Ojciec użyczy tego. To jest obietnica. Co nam pozostaje? Zjednoczyć się, wierzyć i gorąco się modlić. A może po prostu zaufać. Wszak kto, jak kto, ale Bóg wie, co robi…

„Jam zwyciężył świat” (J 16,33)

Obiecałem odpisać, co ze spotkaniem… Tak jak się spodziewałem – nie było rozwiązania wszystkich problemów – być może żadnego. Ale bardzo się cieszę z tego spotkania. I już w tym momencie mogę potwierdzić, że Bóg wie, co robi… A kiedy dodam, że pojawiło się światełko w tunelu na pojednanie z Bogiem, to pozostaje tylko powiedzieć: Alleluja! I poczekać, ufając Bogu. On doprowadzi do tego wszystkiego w najlepszym możliwym czasie. I nawet, gdy widać, że złemu się to nie podoba, to wiem, że i tak zwycięży ten, który o sobie powiedział „Jam zwyciężył świat” (J 16,33)

Wzięło mnie?

No tak… Założyłem bloga, jestem z siebie dumny, a teraz pewno przez kilka dni będę pisał różne rzeczy – do czasu, aż mi się znudzi. Chociaż kto to wie? Wzięło mnie na pisanie?
Tak, jestem trochę takim człowiekiem, który potrafi się na pewne sprawy zapalić – i dopóki jest gorliwość i widać sens, potrafię dosyć mocno się w różne rzeczy zaangażować. Później – z biegiem czasu i zmniejszaniem się zapału – zaangażowanie spada. To też jest tak, że przy ilości moich obowiązków, co chwilę pewne sprawy przysłaniają inne. I jeśli coś nie jest (bądź nie wydaje się być) ważne, schodzi na drugi, bądź kolejny plan.
Czemu teraz piszę? Właśnie uświadomiłem sobie, że dzisiejszy dzień jest potwierdzeniem mojego hasła z tytułu bloga („Bóg wie, co robi”). Po pierwsze – już jakiś czas temu namawiano mnie na bloga, ale dopiero dziś podjąłem to wyzwanie – przyszła myśl na modlitwie – czemu nie? Druga sprawa. Dziś spotykam się z osobą, z którą w ostatnich miesiącach miałem bardzo mało kontaktu. Powiem szczerze, że trochę mnie to martwiło – wiedziałem, że ta osoba ma dosyć poważne problemy. Ale czułem też, że na obecną chwilę nie bardzo mogłem pomóc – wszak „do tanga trzeba dwojga”. A w tej sytuacji można by powiedzieć „w tym największy jest ambaras…”. Ale myślę, że kwestią było danie czasu Bogu – temu, który wie co i kiedy robić.
W ostatnim czasie, gdy jakoś szczególniej modliłem się za tę osobę coś zazwyczaj się działo – były jakieś reakcje tej osoby – czy kontakt z naszą wspólną znajomą. Dziś też było ciekawie – bo gdy dziś się modliłem i poczułem natchnienie, że może warto byłoby tę osobę dziś odwiedzić (mam w miarę wolny wieczór) – dostałem sygnał z tamtej rodziny z prośbą o kontakt. Przypadek? Słyszałem, że takowe są tylko w języku polskim.
Nie wiem, co z tego wyniknie – Bóg wie… I wierzę, że będzie to coś dobrego. Nie oczekuję, że dziś muszą się rozwiązać wszystkie problemy. Wszak już nieraz Bóg uczył mnie pokory poprzez to, że nie było tak, jak ja chciałem. Ale myślę, że będzie to ważny punkt w życiu tej osoby, a może i jakiś jeden z ważnych przełomów.
Być może jeszcze opiszę, co z tego wyszło… Ale w sumie, to i tak nie wiem, czy dam komuś, by te blogi czytał. Na razie piszę dla siebie. A tak naprawdę po co to robię, to się okaże – Bóg przecież wie, co robi…

Co ja robię???????

Od dawna to czuję, ale od kilku tygodni coraz wyraźniej to wiem i niemal w kółko powtarzam:
„Bóg wie, co robi”.
Powiem szczerze, że nie wiem, co ja w tej chwili robię… Nie wiem, do końca, po co zakładam tego bloga, nie wiem, czemu ja to wszystko piszę. Natchnęło mnie i już. Ja nie muszę wszystkiego wiedzieć. Wiem, że Bóg wie. I wiem, że jeśli ma czemuś służyć prowadzenie przeze mnie bloga, to on powstanie i przyniesie owoce. Bóg to wie…
Czym bardziej przyglądam się temu, co dzieje się wokół mnie – szczególnie w sprawach Bożych, to coraz wyraźniej widzę, że jest w tym wszystkim ręka Boga. Dotyczy to spraw, które pojawiają się w odpowiedniej kolejności, osób, które trafiają do mnie z podobnymi problemami, układaniu planu zająć, bądź z nich zwalniania tak, by mogły się dokonać wielkie rzeczy… Gdyby była inna kolejność spraw, które mam załatwić, to zapewne bym sobie z tym nie poradził – musiałem zrozumieć istotę jednej sprawy po to, aby móc sobie poradzić z następną i następną. Te sprawy układają się często w logiczną całość, jak elementy puzzli. Są nieraz w tak skomplikowany sposób połączone, że mają sens tylko razem. Co więcej – nieraz nie ułożyłbym 3. elementu układanki, gdyby pierwsze 2 ze sobą nie były już właściwie połączone.
W ogóle widzę, że my wszyscy jesteśmy jedną wielką układanką w rękach Boga – my i nasze sytuacje życiowe. Nie – oczywiście nie chodzi o to, że Bóg się nami bawi – chociaż nieraz może tak wyglądać. Ale używa nas do tego, aby zrealizować swój wielki plan – Plan Zbawienia każdego człowieka i całego świata. Głównym punktem tego planu była tajemnica Męki, Śmierci i Zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa. Ale z tej tajemnicy my wszyscy czerpiemy, dążąc do naszego zbawienia – nie tylko po śmierci, ale także już tu na ziemi – zgodnie z obietnicą Boga Ojca i samego Jezusa.
Wciąż nie wiem, po co to piszę. Ale może to też dalsza część układanki, by stać się narzędziem pomagającym połączyć kolejne elementy w całość – na chwałę Boga i naszego dobra.
I może na razie tyle… nie wiem, czy coś jeszcze kiedyś będzie. Ale jeśli ktoś trafi na tę stronę niech próbuję – może coś jeszcze się tu znajdzie.