Archiwum kategorii: Bez kategorii

Wiem… a może jednak nie…

Ostatnie kilkanaście godzin było dla mnie pewną ważną lekcją. Wczorajszy, opisywany przeze mnie, płacz nie dotyczył sprawy Moniki, ale zupełnie innej. Dziś uświadomiłem sobie, że we wczorajszych wydarzeniach można dostrzec sens i potwierdzenie tego, co w tytule mojego całego bloga.
O co chodzi? Otóż kilka dni temu pisząc o Monice użyłem stwierdzenia, że „nie mogę wykluczyć, że Bóg ją tu [na ziemi] zostawi”. Częściej używałem, że wierzę głęboko, że tak będzie. We wspomnianym poście odnosiłem się do pewnych słów Św. Pawła. Nie przypuszczałem wtedy, że te słowa w tych dniach pojawią się w liturgii mszalnej. Dziś w pierwszym czytaniu (Flp 1,18b-26) możemy usłyszeć te słowa o życiu, śmierci i zostawieniu na ziemi dla korzyści ludzi, do których Paweł był posłany. Powiem szczerze, że gdy dziś rano zajrzałem do czytań, to czułem, jak automatycznie łzy zaczęły zmierzać ku moim oczom. Nie mogłem tego nie skojarzyć z Moniką. 
Apostoł Narodów nazywa śmierć zyskiem. I wierzę, że tak jest także w przypadku śmierci Moniki. Ale pojawia się pytanie, dlaczego Bóg jej tu nie zostawił? Dlaczego moje przeświadczenie było mylne? Byłem przecież przekonany, że to zamysł Boga i że ma to sens. Być może wyjaśnieniem jest porównanie moich słów z dzisiejszym czytaniem. Jaka różnica? Ja byłem mocno przekonany, a św. Paweł pisze: „ufny w to wiem, że pozostanę”. On to po prostu wiedział. A nawet jeśli nie do końca, to jego słowa wypowiedziane z wiarą i mocą stały się prawdą. Moje słowa dopuszczały pewną wątpliwość w to, o czym mówię. Wydawało mi się, że w to wierzę, ale chyba tak nie było do końca. Co więcej – czym bliżej śmierci Moniki, tym mniej byłem przekonany, że tak właśnie ma być. Przypominają mi się tutaj słowa Jezusa: „Kto powie tej górze: Podnieś się i rzuć się w morze, a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się się to, co mówi, tak mu się stanie” (Mk 11,23). Niestety – muszę się tu przyznać, że – w mojej duszy coraz bardziej pojawiała się wątpliwość, jak to będzie.
Ktoś teraz może zapytać, to gdzie tu potwierdzenie, że Bóg wie, co robi… Żeby o tym Ciebie przekonać, muszę napisać troszkę, o tym co działo się u mnie kilka godzin wcześniej. Otóż mój opisywany po południu płacz był wyrazem bezradności i słabości wobec tego, co się wokół dzieje – i to nie dotyczyło bynajmniej sprawy Moniki. Miałem chyba jakiś żal do Boga, że nie rozwiązuje problemu, o który się modlę. Później jednak ten problem częściowo został rozwiązany. Jednakże zanim to się stało, ja w płaczu mówiłem Bogu, z jak najbardziej szczerym sercem o tym, co przeżywam. I wtedy to uświadomiłem sobie, że ja o pewne rzeczy proszę, ale nie do końca wierzę, że to się stanie. Jezus w swojej bytności mówił np. „bądź wolny od swej niemocy” albo „milcz i wyjdź z niego”. Św. Piotr do paralityka powiedział „w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3,6). A ja co? Nie mam odwagi tak powiedzieć, a jeśli nawet podobne rzeczy próbuję mówić, to jest w tym wszystkim ileś wątpliwości.

Jaki z tego wniosek? Wczorajsze popołudnie przygotowało mnie na przyjęcie prawdy usłyszanej wieczorem. Bóg nie musiał zostawić Moniki przy życiu (chociaż bardzo tego chciałem), bo ja nie do końca w to chyba wierzyłem, nawet jeśli o tym mówiłem innym. Bóg dał mi poznać pewną prawdę o sobie. Nie do końca wierzę w siebie, a dokładniej w możliwość mocy moich słów. To ważna prawda. Ja wierzę Bogu i wiem, że On wie co i kiedy robi. Ale na obecną chwilę nie do końca wierzę, że moje słowa – nawet wypowiadane w imię Jezusa Chrystusa – są skuteczne. Wiem jednak – i to potwierdziło wczorajsze popołudnie – że jeśli nie myślę tylko o mocy mojej modlitwy, ale z pokorą (a nieraz nawet ze szczerym płaczem) cierpliwie zanoszę moje modlitwy do Boga, to one są wysłuchane i wypełniane w taki sposób, jaki Bóg uzna za najlepszy.

Z tego wszystkiego wynika, że Bóg naprawdę wie, co robi. Do pewnych rzeczy przygotowuje ludzi. Długie umieranie Moniki było przygotowaniem mnie do przyjęcia prawdy o tym, że jeszcze długa droga do mojej pełnej wiary. Do tego Bóg przygotowywał mnie do stwierdzenia, że nie musi być tak z Moniką, jak mi się wcześniej wydawało.

               Przyjdź Duchu Święty i naucz mnie prawdy o sobie.
               Daj mi wiarę w to, że możesz i chcesz dać moc moim słowom i działaniom.
               Dodawaj mi tej mocy, abym mógł skuteczniej głosić i czynić dzieła Bożej miłości.
              Daj także i mi swoją miłość,  bym mógł bardziej kochać Ciebie i lepiej służyć moim braciom i siostrom.
             Daj także pokorę, abym w tym wszystkim nie szukał swojej woli i chwały, lecz był narzędziem w Twoim ręku i działał na Twoją chwałę.

Wiadomość zza światów [*]

Kilkadziesiąt minut temu zadzwonił do mnie telefon. „Mam wiadomość od Moniki Brzozy. Prosiła, abym do księdza zadzwoniła. Odeszła już do Pana, ale zaprasza na swój pogrzeb.”
Na razie nie płaczę… Chociaż smutek przeszywa me serce. śp. Monika Brzoza zmarła dziś o 20.38. Jeszcze kilka dni temu, baa… dziś byłem przekonany, że Monika będzie żyć. Widać Bóg miał inne plany.
Ale tak naprawdę, to wiem, że ona żyje. I to nie tylko dlatego, że mi przekazała zaproszenie na pogrzeb. W I Prefacji pogrzebowej są słowa „Życie Twoich wiernych o Panie, zmienia się, ale się nie kończy” oraz  „i choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności”. I to niewątpliwie daje pociechy. Wiem, że Monika już nie cierpi. Wiem, że już nie umiera. Ona żyje – tylko inaczej. Trudno stwierdzić jak. Widzi już to, czego oko nie widziało, czego ucho nie słyszało, czego serce nie zdołało pojąć. Ona już to wie. Bo ona już ogląda swojego Oblubieńca. I poznaje świat, tak jak On poznaje. Ale z radością i miłością wpatrując się w Boga, nie zapomina o nas. I jestem pewny, że jeszcze bardziej pamięta i bardziej nas kocha niż nawet kilka godzin temu.
Dzięki Ci Panie za życie Moniki i świadectwo jej życia. Dzięki Ci też, że postawiłeś ją na mojej drodze życiowej.

Wieczny odpoczynek, racz jej dać Panie…

Sługa Pański

Cały czas powtarzam, że Bóg wie, co robi. Często jednak po cichu dodaję słowa, że ja nie muszę tego wiedzieć, co i dlaczego robi Bóg. Jest w moim życiu wiele radości. Ale są też takie momenty, kiedy zupełnie nie rozumiem o co chodzi Bogu. W sumie nie powinienem się dziwić. Nieraz powtarzam słowa ze Starego Testamentu: „Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55,8). A jednak czasami te sprawy Boże są dla mnie na tyle nie zrozumiałe, a wręcz abstrakcyjne, że pojawia się w moim sercu ból, a nieraz nawet płacz.
Dziś też tak było. Dlaczego Bóg tak często pozwala na cierpienie swoich ludzi? Dlaczego nie zawsze łatwo zauważyć w Nim Ojca z przypowieści o Synu Marnotrawnym? Do końca tego nie wiem. Odpowiedzi jednak na to należy szukać w cierpieniu i śmierci Jezusa. Te nieludzkie męki, których doświadczył Syn Boży, miały sens – wyjednały nam zbawienie. I wierzę głęboko, że nieraz Bóg poprzez nie do końca zrozumiałe cierpienia, pozwala pewnym osobom mocno zbliżyć do Jezusa, a także pomóc Jemu zbawiać świat.
A dlaczego właśnie tak? Też nie wiem. W biblijnej IV Pieśni o Słudze Pańskim są słowa „Spodobało się Panu zmiażdżyć go cierpieniem” (Iz 53,10). Go…, czyli kogo? Na pewno ten tekst zapowiada Jezusa, ale może także każdego, o którym można powiedzieć „Sługa Pański”. To piękny tytuł i niekoniecznie wszyscy na niego zasługują. Ale może tak właśnie jest, że jeśli już ktoś jest przez Boga wybrany na umiłowanego Sługę, będzie przechodził drogę jak ta przedstawiona u Izajasza, a której fragment opisu zacytowałem…

A… wiesz co? Żeby nie wyszło tak całkowicie dołująco… Dziś mimo wszystko potwierdziło się, że Bóg słucha naszych próśb i lituje się nad dolą swoich owieczek. A, że nie zawsze od razu, albo niekoniecznie w taki sposób, jak byśmy chcieli, to inna sprawa. Ja nie muszę wiedzieć, dlaczego właśnie tak. Ale Bóg to wie.

Idźcie i nauczajcie…

Zastanawiałem się kiedy i w jakiej formie pojawi się mój pierwszy wpis pokazujący trudne życie księdza. Na pierwszą część pytania już daję odpowiedź: TERAZ!. W jakiej to będzie formie – okaże się, gdy skończę pisać tego posta :P.
Co niby takiego trudnego? Przede wszystkim sam w sobie długi i trudny dzień. Rano konfesjonał, potem kilka godzin na studiach, bezpośrednio do szkoły. Właśnie wróciłem. Za kilkadziesiąt minut do kancelarii. Potem Msza św., różaniec i spotkanie wspólnoty. Przy dobrych wiatrach około 21.15 będę miał względny spokój i będę mógł przygotować się do jutrzejszych lekcji. Niestety często po spotkaniach wychodzą różne sprawy i nieraz ten czas wolny mam ok. 23 – gdy jestem padnięty.
Zmęczenie fizyczne to jedna sprawa. A trudność i zmęczenie psychiczne, to rzecz inna. Dziś w Ewangelii scena powołania Apostołów. Mieli oni nauczać wszystkie narody. Czasami jednak zastanawiam się, po co iść do szkoły, jeśli nie da się poprowadzić lekcji. Uczę w liceum – klasy na wszystkich poziomach. Klasy pierwsze mam połączone. Zapisanych jest łącznie 35 osób. To już w założeniu jest dużo, bo nawet gdy nie ma 4 osób na lekcji i tak uczniowie nie mieszczą się w ławkach. Zasadniczo sale szkolne nie przewidują tak dużej ilości uczniów na jednych zajęciach – a jednak.
Gdyby jeszcze z tymi uczniami coś się dało robić. Dziś szczególnie muszę się przyznać do porażki. Nic nie zrobiłem. Sprawdziłem listę, zapisałem temat na tablicy. I później już zasadniczo nic. Nie było chwili względnej ciszy. Puszczana muzyka, chodzenie po klasie, odrabianie lekcji i robienie ściąg z przedmiotu, który ma być niebawem, próba gry w karty. To standardowe działania. I gdy próbuję zrobić porządek w jednej części, w drugiej się zaczyna od nowa. I tak w kółko Macieju.
Niedawno zadałem pewną pracę do napisania. Przez ostatnie 2 tygodnie prace przyniosło łącznie jakieś 30% uczniów. Pewno ich nie zainteresuje nawet, gdy dostaną jedynki. No może zainteresuje i będą mnie obwiniać. Takie życie. Wiem, że w tym wszystkim jest dużo mojej winy. Ale czy aby na pewno?

Pod koniec lekcji – kiedy zostało 10 min do dzwonka i wiedziałem, że nic nie zrobię, postanowiłem, że się wspólnie pomodlimy. Mieliśmy odmówić jedną tajemnicę różańca. Nigdy tak nie robię, ale stwierdziłem, że ponieważ ja nie jestem w stanie pomóc, to zaproszę do pomocy Boga. Gdyby wszystko było w porządku po 4 minutach uczniowie wyszliby z sali. Jednakże nie dało się i tego sensownie poprowadzić. Nie można było kilku „Zdrowasiek” odmówić po kolei, aby nie zaczęli rozmawiać,wariować, hałasować, korzystać z komórek itp. W TRAKCIE MODLITWY! Po iluś podejmowanych próbach kontynuacji modlitwy (czekałem zawsze na spokój) kilku agresywnych uczniów wyszło ostentacyjnie z sali, a całość modlitwy trwała 15 minut. I tak końcówka nie była idealna. Czy naprawdę młodzież chodząca na religię nie może 5 min w ciszy się pomodlić????????? Czy to naprawdę moja wina? Pewno też, ale łudzę się, że nie tylko.

No cóż… Średnio mi z tym. Pomodliłem się, by Bóg im przebaczył i pokazał inną drogę. Wierzę, że kiedyś nie będzie za późno i odnajdą Boga. A mi co pozostaje? Trwać i angażować się w swoje działanie. Jezus przecież zapowiadał, że sługa nie jest większy od swego Pana i ponieważ Jego prześladowali, nie mogę się dziwić temu wszystkiemu, co przeżywam próbując głosić Jego Ewangelię.

Dzień wolny

W sumie, to nie powinienem nic pisać. Wszak miałem dzień wolny. Tak… księża też raz w tygodniu odpoczywają. Przynajmniej tak powinno być. Ale nie zawsze jest.
Nie będę się rozpisywał, co dziś robiłem, a czego nie, ale muszę powiedzieć, że chyba i tak jestem bardziej zmęczony niż w ostatnich dniach.
Jednak kilka refleksji. Dziś szczególnie cieszę się wraz z jedną z moich podopiecznych. Idzie w niej i wokół niej ku lepszemu. Obecnie jakoś bardziej zdecydowanie.  Coś złego pęka, coś dobrego zaczyna się budować.
Kilka ostatnich dni przynosi mi wiele dobrych wiadomości. W człowieku, który mnie nie zna, może to budzić wątpliwości w prawdziwość tego, o czym piszę. Może się zdarzyć, że ktoś stwierdzi, że jestem urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Ja wyraźnie odcinam się od łączenia swojego życia z jakąś gwiazdą. Jeśli już, to ze Światłością, którą jest Jezus Chrystus. Natomiast prawda jest taka, że w moim życiu oprócz wielu dobrych chwil, jest także sporo trudności. Nieraz wieczorem jestem zdołowany, a bardzo często po prostu zmęczony, do takiego stopnia, że lepiej trzymać się ode mnie z daleka.
Ale może te ostatnie dni naprawdę mają mi i moim bliskim pokazać, że coś ważnego się dzieje. Brak wiadomości o chorej Monice wprawdzie nie napawa optymizmem, ale zapewne potwierdza trwanie i oczekiwanie. Może te ważne rzeczy rzeczywiście się zaczynają. Może czas pojawienia się mojego bloga nie jest przypadkowy. Naprawdę nie wiem…
Żeby nie wyglądało, że jest tak cukierkowo, to muszę jednak powiedzieć, że obecnie, obok tych dobrych rzeczy wokół, jest jednak sporo trudnych spraw. Jest ileś osób, które zmagają się ze sobą, swoją słabością, wolnością itp. Widzę, jak to dla nich trudne. Jednocześnie problemy tych osób nie spływają po mnie jak po kaczce i też to wszystko przeżywam, w mniejszym lub większym stopniu. Chciałbym tym osobom jakoś wyraźnie pomóc. Ale nie wiem jak. Wiem, że chyba jakoś pomagam, ale mam świadomość, że jestem za słaby, aby wyciągnąć ludzi z ich problemów. Wiem jednak, że jest taki Ktoś, kto może to zrobić, także wykorzystując mnie jako narzędzie. I wierzę głęboko, że pomoc przyjdzie. Kiedy? Nie wiem… Ufam Bogu! On wie lepiej, kiedy ma działać.
Do tego – warto skupiać się na tych dobrych rzeczach. To one budują człowieka i pomagają wyraźniej dostrzegać Boże działanie w życiu. 
Życzę Ci samych dobrych chwil i dostrzeżenia Bożego działania w Twoim życiu.